Wystarczy, że ktoś użyje przy mnie słów „strumień” lub „potok”, natychmiast się uśmiecham. A kiedy używający tych pięknych nazw dodają odpowiedzialnie przymiotnik „czysty”, do uśmiechu dołącza się pragnienie, aby niezwłocznie do tego strumienia lub potoku wejść i w nim brodzić.
„Powoli, krok za krokiem, wstępowałem w wasze wody / I nurt mnie podejmował milcząco za kolana” – pisał Czesław Miłosz o swojej miłości do rzek. Podzielam ją, z tą różnicą, że uwielbiam rzeki nieżeglowne i niespławne, których głębokość jest na ludzką miarę zdjętych spodni lub podkasanej spódnicy. Cieszy mnie niezmiennie melodia, widok i zapach płynącego, zwłaszcza w górach, potoku. Ruchliwa zmienność płynnej materii; jej nieustające próbowanie się z ziemią, skałą, korzeniami, którym ustępują lub je kształtują. Bystra szybka woda, a przecież do zgłębienia, do przebycia, do przeniknięcia wzrokiem. „Ta przejrzystość sprawia, że rzeczka jest piękniejsza od wszelkich rzek, najpiękniejsza” – zachwycał się Olek Nawarecki pochylony nad „Rzeczką” Tuwima. Potok nie skrywa, nie może skryć życia, które w nim się dzieje. Wszystko, czym jest, można mieć na dłoni. Przez chwilę. Wyjęte z potoku – ryba, roślina, kamień – umiera, marnieje, brzydnie.
„Potok był istotą żywą, ściśle współżyjącą ze słońcem. Był przesycony jego blaskiem, nie tylko odbijał słońce, ale więził jego promienie, nasycał się nimi, błyszczał i świecił wśród kamieni i kęp smreków. Potok miał liczne wodospadziki i większe wodospady, niektóre naturalne, inne sztuczne, a pod wodospadami były plosa, głębokie i pełne dziwów. Jasna, świecąca i przejrzysta woda w plosach stawała się ciemna i tajemnicza. Może dlatego, by ukryć mieszkających tam utopców, tajemniczych mieszkańców wód, wciągających nieostrożnych ludzi na dno. W plosach były pstrągi ciemne i zwinne i jeśli podchodziło się cicho, można było je zobaczyć grzejące się w słońcu na płyciźnie, ale znikające szybko czarną smugą w głębinie” (Jan Szczepański „Gościradowiec”).
Nieskończone próby zatrzymania potoku dla siebie i w sobie sprawiają, że przez całe życie wracam w ich wody, ciągnąc tam naszych synów, kiedy byli mniejsi. Nie tylko dla zabawy, ale jakbym w ten sposób chciał im powiedzieć, że jeśli im się to podoba – to, że jesteśmy razem w nurcie strumienia, radośni mimo grabiejących stóp i dłoni, że to jest życie! Które im bardziej ich zachwyci, tym zachłanniej będą próbować utrzymać je w dłoniach; jak tę wodę; jak tę rybę, „po którą trzeba wejść do potoku i macać rękami pod stromym brzegiem i wśród kamieni. (...) Na to nie może sobie pozwolić nikt, kto ma skłonności do kataru, anginy, kogo dręczy ischias albo reumatyzm. Woda w potoku ma teraz na początku lata najwyżej dziesięć stopni” (Jan Ryska „Dziennik pokładowy, czyli o przygodach Buddy, Fai i Szeryfa”, przełożył Antoni Kroh).
I jeszcze to, że kiedy jestem nad czystym strumieniem, wówczas dwie siły przejmują nade mną władzę. Jedna ciągnie mnie w górę. Brzegiem lub po dnie, ale zawsze pod prąd, do źródła. Kto wie, ile biegów bym zmierzył własnymi stopami, gdyby nie siła druga, z pierwszą prostopadle sprzeczna. Ona pcha mnie tam i z powrotem na drugi brzeg, bo przecież to miejsce, to zakole, ten jaz, ta bystrzyna...; ich uroda sprawia, że porzucam rzeczny dylemat „skąd-dokąd” i wchodzę wciąż w tym samym miejscu do zawsze innej wody, z którego zachwycona radość nie pozwala się ruszyć. Znad Jasionki, Bajerki, Jurgowskiego Potoku, Białki, Szerokiego Potoku, nienazwanych strumieni spływających sezonami ze zboczy Błatniej.
Wygnany dobrowolnie do miasta, mieszkam nad rzeczką, która płynie przez kawałek Górnego Śląska, przecina środek Katowic, mija kampusy dwu uniwersytetów i wpada do Brynicy. Nazywa się Rawa i nie ma prawa do tytułu „rzeki”, gdyż pod koniec XIX w. kopalnie pozbawiły ją naturalnych źródeł. Wraz z nimi wyginęły ryby i większość naturalnego środowiska. Kapryśną i skłonną do wylewów Rawę okiełznaliśmy betonowym korytem z wysokimi brzegami; wypełnili deszczówką, wodami gruntowymi i ściekami. Przykry zapach i ponury kolor uczyniły z niej obiekt wstrętu, więc w miastach ukryliśmy ją pod powierzchnią ulic.
Ustępujący przemysł ciężki oddaje pole naturze, stąd od jakiegoś czasu woda w Rawie jest czystsza, wraca roślinność nad brzegi i na dno. Zaczęliśmy znów na nią patrzeć i widzieć wreszcie w jej brudnej toni swoje nieczyste sumienie. Ale też plan odkupienia. Od kilku lat uczymy się wspólnie z naukowcami, samorządowcami, aktywistami, jak spłacić dług wobec Rawy i oddać mieszkańcom i przyrodzie czystą rzekę. To jest możliwe. Niemcy zrobili to z cztery razy dłuższą niż Rawa i równie zdegradowaną rzeką Emscher. Ścieki poszły do kanałów, rzekę i jej dopływy wypełniły wody naturalne, w wielu miejscach pojawiły się rozlewiska, woda meandruje; do niej i nad nią wróciły zwierzęta, rośliny i ludzie. Wiemy, jak to się robi, ale zachowujemy się, jakbyśmy nie wiedzieli, czyli nie działamy.
Być może do decyzji potrzeba mądrości dziecka. W ubiegłym roku 25 maja odbyło się nad Rawą pierwsze Święto Rzeki. Dziewczyny tworzące kolektyw „Siostry Rzeki” weszły do jej brudnej toni, tańcem i śpiewem przyzywając wszystkich na pomoc. A dzieci tłumaczyły nam dorosłym, dlaczego miastu potrzebna jest czysta rzeka.
„Przecież rzeka była pierwsza, więc po co miasto rzece.”
„Chcemy rzeki, bo jest bardzo dobra.”
„Żeby słyszeć szum. Spacerować i słyszeć szum.”
„Jak jest lato, to przydaje się taki chłód rzeki.”
„Ludzie będą mogli się tam napić albo pochlapać tak samo jak psy.”
„Chcemy ryb zamiast śmieci.”
„Rzeka w mieście jest potrzebna, bo może zrobić prąd. Bo może załadować baterie w telefonie.”
„Będzie rzeka, będzie most. Będą strony połączone. Będą widoki.”
„Jeszcze nigdy nie jechałem nad rzekę z rodzicami.”
Nie umiałbym znaleźć lepszych argumentów. Czerpię z nich nie tylko nadzieję na dobrą przyszłość Rawy, ale i przekonanie bardziej fundamentalne. Żeby nie odrzucać kłopotliwego dziedzictwa człowieka. Krytykować je, ale nim nie pogardzać, gdyż jest świadectwem, że my, ludzie, mamy w sobie zdolność nieustannej samonaprawy.
I to mnie pociesza.
RYSZARD KOZIOŁEK jest literaturoznawcą, historykiem literatury i eseistą. Rektor Uniwersytetu Śląskiego, laureat Nagrody Literackiej Gdynia za esej „Ciała Sienkiewicza”. Ostatnio opublikował „Czytać, dużo czytać”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2003 roku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















