Ks. Józef Tischner i lekcja radykalnej nadziei: jak uporać się z lękiem przed wojną i chaosem?

Spotkania z ks. Józefem Tischnerem w końcówce PRL-u dawały siłę i nadzieję na utrzymanie ducha w czasach niepewności.
Czyta się kilka minut
Rosyjskie ataki na infrastrukturę Ukrainy pozostawiły bez ogrzewania mieszkańców Kijowa. Około 1330 wieżowców w mieście pozostało bez prądu, służby ratownicze instalują namioty grzewcze. Ukraina, 25 stycznia 2026 r. // Fot. Danylo Antoniuk / Anadolu / AFP / East News
Rosyjskie ataki na infrastrukturę Ukrainy pozostawiły bez ogrzewania mieszkańców Kijowa. Około 1330 wieżowców w mieście pozostało bez prądu, służby ratownicze instalują namioty grzewcze. Ukraina, 25 stycznia 2026 r. // Fot. Danylo Antoniuk / Anadolu / AFP / East News

Była druga połowa lat 80., studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim filologię polską. Koło Naukowe Polonistów (może zresztą było to jakieś inne grono, tego dokładnie nie pamiętam) zaprosiło na spotkanie ks. Józefa Tischnera. Czas był szczególny: w związku ze zmianami zachodzącymi w Rosji pojawiły się – z początku nieśmiałe, z czasem coraz śmielsze – nadzieje na to, że i w Polsce system zbudowany na przemocy i ograniczaniu wolności słowa zacznie się sypać. Nasze wykładowczynie i wykładowcy już się nie krępowali: zadawali nam do czytania teksty wydawane poza cenzurą, wiedząc, że w ten lub inny sposób mamy do nich dostęp. Oczekiwaliśmy od Tischnera komentarza do tej nowej sytuacji: czy nasza nadzieja jest uzasadniona?

Utrzymać ducha: lekcja wolności po góralsku

Tischner przyszedł na spotkanie, ale zamiast mówić o tym, co się dzieje i czego można się spodziewać, wyciągnął tom opowiadań Tetmajera „Na Skalnym Podhalu” i zaczął czytać „Notatkę o polskim chłopie”. 

Bohaterem opowiadania jest niejaki Tomek Gadeja z Polan, który wybrał się w Tatry szukać w jednej ze skalnych szczelin rudy, kiedyś wydobywanej na przemysłową skalę. Tomek Gadeja opowiada, że podczas pierwszej wyprawy nagle posypała się na niego lawina drobnych kamieni. Nie było rady: żeby nie zostać zasypanym, trzeba było energicznie przebierać nogami. Trwało to długo.

Uruchamianie odtwarzacza...

Pamiętam dobrze głos Tischnera czytającego: „Depcem, depcem, jo sie hań nie pytoł wtoro godzina? Bo śmierzć za mnom stała i coraz to ręcyskiem sięgała ku mnie”.

Na szczęście w porę nadeszła pomoc. Niemniej Tomek Gadeja nie daje za wygraną. Znów idzie w góry, znów w to samo miejsce. Tym razem – z powodzeniem. I tu w opowieści Tetmajera przychodzi czas na ogólniejszą refleksję. Pozwólcie, że zacytuję cały fragment: 

„S cłowieke by nié miało być nika źle, kieby umioł duha utrzimać. Jak cie duk odstompi, to jus nogorse. Jo se to nieroz przibacujem i tagek se uwazował, bok i nieroz ze Sieckom z Maćke o tem radziéł, zeby trza duha w narodzie utrzimować. Coby nie béł bojący. Wygramodlas sie z bodejscego, ale sie nie bój! Kiebyk béł zginon, no to nic, a kiebyk béł po te rude nie poseł, toby béła przepadła”.

Pamiętam, że Tischner zatrzymał się dłużej przy tym zdaniu: „Kiebyk béł zginon, no to nic...”. Komentarz nawiązywał do myśli Hegla. Przecież nie chodziło tylko o tę rudę, ale również o to, żeby śmierć, żeby strach przed śmiercią nie miały władzy nad człowiekiem. Jeśli człowiek potrafi wznieść się ponad swoje rozmaite strachy, jest wolny. 

Jeśli im ulegnie, jego wolność pozostanie jedynie marzeniem. Fragment opowiadania sprzed wielu dziesięcioleci nagle odsłonił swój aktualny – a może raczej ponadczasowy – sens.

Współczesne lęki: Jak manipulacja i wojna niszczą solidarność?

Przywołuję to wspomnienie z oczywistych powodów. Niewątpliwie stajemy dziś przed jakąś próbą nadziei. Wystawia naszą nadzieję na próbę nie tylko obawa przed wojną i wszystkim, co z wojną się wiąże – to ostatecznie jest zrozumiałe. Ten, kto wywołał wojnę, stara się manipulować naszymi emocjami: podsycać nasze strachy, siać wątpliwości, osłabiać wolę oporu.

Główne uderzenie skierowane jest w naszą solidarność. Ogromne środki zaangażowane zostały w to, by przekonać nas, że solidarność z napadniętymi i z uciekającymi przed wojną jest naiwnością i nieroztropnością. Uderzenie wymierzone jest więc w to, co w nas najpiękniejsze. Szyderstwo, kłamstwo i strach – oto główne narzędzia, którymi posługuje się nasz przeciwnik.

Ale nie tylko wojna jest tym, czego się boimy. Być może jeszcze większym lękiem napełnia nas myśl o chaosie, jaki zapanował w świecie. Czy można nadal polegać na solidnych – jak się do niedawna zdawało – sojuszach? Czy polityka międzynarodowa nie jawi się nam wyłącznie jako gra interesów, w której silni nawet nie starają się udawać, że zależy im na sprawiedliwości, prawach człowieka i tak dalej? A polityka wewnętrzna – czy nie stajemy się zakładnikami krzykliwej mniejszości, która straszy nas rozmaitymi zagrożeniami, w większości wydumanymi? 

Charakterystyczne, że ta mniejszość – nielubiąca demokracji, tęskniąca za taką lub inną formą rządów autokratycznych – chętnie posługuje się pojęciem wolności (jej przedstawiciele nazywają samych siebie „wolnymi ludźmi”) i chętnie też sięga po religię, żeby kolejny raz w naszej najnowszej historii użyć jej w walce o władzę.

Radykalizm bez nadziei – dlaczego dialog w polityce zanika?

Mówi się dziś coraz częściej o powrocie faszyzmu. Nie wiem, czy określenie jest adekwatne. Ja wolę mówić o „radykalizmie bez nadziei”. Dla prawdziwej przemiany naszego świata konieczna jest radykalna nadzieja. Nadzieja, która nie boi się pomyśleć, że wszystko może być ułożone inaczej niż obecnie. Że dominacja arogancji i siły nie jest jedynym scenariuszem na przyszłość, a wartości takie jak sprawiedliwość czy solidarność mogą być podstawą skutecznych polityk. 

Naprzeciwko nadziei radykalnej stają wspomniane „radykalizmy bez nadziei”.

Radykalizmy te – pisałem w „Dzienniku pocieszenia” – żywią się wizją wojny kulturowej, w której „nie można brać jeńców”, bo chodzi o być albo nie być świata jako takiego.

 „Język, którym posługują się ich reprezentanci, jest ostry i nieprzejednany, każde ustępstwo i odstępstwo jest piętnowane, każdy półton podejrzany, a dialog z inaczej myślącymi wykluczony. Dlatego nazywam je »radykalizmami bez nadziei«: chcą budować świat wedle swojej i tylko swojej wizji, nie próbując tworzyć opowieści wspólnej i scenariusza, którego zasadą nie byłoby separowanie i wykluczanie, lecz wzajemność”. 

Plan na przyszłość, jaki mają, to zazwyczaj karykaturalne odwzorowanie tego, co już nie raz w historii zawiodło i w konsekwencji sprowadziło na ludzkość cierpienia, których można było uniknąć.

Potęga dobra i solidarności jako odpowiedź na chaos świata

Odwaga w świecie, w którym zdają się dominować chaos i strach, polega najpierw i przede wszystkim na przywracaniu poczucia rzeczywistości. Choćby w postaci tej prostej prawdy, iż świat trwa dzięki temu, że istnieją ludzie skłonni budować, a nie niszczyć, pomagać, a nie pogardzać, cierpliwie sklejać to, co rozerwane, a nie eskalować konflikty. 

Przez całe lata napędzało mnie i napędza marzenie, że moje przyjaciółki i przyjaciele z niepełnosprawnością intelektualną będą w społeczeństwie witani jako ludzie, którzy to społeczeństwo potrafią uleczyć, właśnie skleić, pokazać taki wymiar człowieczeństwa, który jest trwalszy niż wszelkie przemijające polityki i wszelkie krzykliwe radykalizmy. 

Nie wiem, czy tego dożyję, ale wiem, czego doświadczyłem. Wiem, że najgłębszym ludzkim pragnieniem jest, aby nie być samotnym, dzielić życie z innymi, być przez innych akceptowanym i docenianym. Wiem też – widziałem to – że dobro jest potężną siłą, która może dokonywać cudów.

„Człowiek jest takim drzewem, które czuje w sobie dobro i dlatego nie chce złych owoców rodzić”, pisał Tischner. Wizja ta może się wydawać wizją naiwną, ale tak naprawdę jest wizją odważną. Tischner nie twierdził, że człowiek nie rodzi złych owoców; sądzę, że o ludzkim złu wiedział nawet więcej niż inni. Wiedział też jednak, że zło nie jest tą siłą, która może człowieka odrodzić. 

Człowiek odradza się, zmartwychwstaje, zaczyna na nowo żyć, gdy dotknie go czyjeś dobro, czyjaś wspaniałomyślność, czyjaś – tak, może niekiedy nieporadna, ale jednak realna – solidarność. Albo wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy sam obdarza innych dobrem.

Odwaga w codzienności: Dlaczego warto być miłym dla ludzi?

Taka jest rzeczywistość. Kto stłumił w sobie głos dobra, jego nawoływanie, kto pozwolił, żeby zapanowały nad nim iluzje, błędne wyobrażenia, fałszywe sny o potędze, ten musi niszczyć. Odwaga w podejmowaniu życia jest wobec tego życia pokorna. Taka odwaga nie krzyczy – krzyk jest oznaką bólu albo lęku. Kiedy polityk krzyczy, wyśmiewa, obraża, na ogół się boi. Czego się boi? 

Tego, co i tak nieuchronne: dziś jest, jutro go nie będzie. „Przemija postać tego świata”. Gdyby na chwilę wyjrzał spoza swoich iluzji i lęków, może zobaczyłby, jak wiele dobrych owoców mógłby po sobie pozostawić. Ale czy tylko polityk?

Sytuacje życiowe bywają skomplikowane, nieraz stajemy przed dramatycznymi wyborami, w których rozważyć musimy różne dobra. Nie zmienia to faktu, że dobro zawsze pozostaje naszą możliwością, czymś, co może być przez nas rozważone i zrealizowane. Najczęściej chodzi o coś bardzo podstawowego. 

„Byłem głodny, a dałeś mi jeść... Byłem przybyszem, a przyjąłeś mnie...” Nie musisz być od razu ideałem. Czasem wystarczy, że będziesz mniej uciążliwy dla otoczenia. Pamiętacie Państwo modlitwę św. Tomasza z Akwinu? „Użycz mi chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać”.

Wielka polityka a życie codzienne – kto naprawdę odpowiada za przyszłość?

Czy nie za szybko przeskoczyłem z poziomu tzw. wielkiej polityki na poziom życia małego, powszedniego – życia, jakie na co dzień prowadzimy? Wbrew pozorom, poziomy te są ściśle sprzężone. Błędy popełnione „na dole” owocują nieszczęściami popełnianymi „na górze” – i na odwrót. Umieszczam pojęcia „dołu” i „góry” w cudzysłowach, bo są to pojęcia umowne. Oczywiście, że zależymy od tak zwanych wielkich tego świata. Nie znaczy to jednak, że nic od nas nie zależy.

Jest w Polsce ciągle olbrzymi obszar biedy, o którego istnieniu myślę ze smutkiem i wstydem. Ale zawstydzające jest także to, że poza tym obszarem wielu ludzi ma skłonność do przedstawiania sobie swojego życia gorszym, niż ono jest w rzeczywistości. To jest teren, na którym radykalizmy pozbawione nadziei czują się najlepiej. 

Są ludzie, którzy nie chcą słuchać o tym, że ich życie mogłoby wyglądać inaczej i co trzeba by zrobić, żeby to osiągnąć. Wolą słuchać o tym, jak bardzo są uciemiężeni i kto jest winien ich niedoli. Na ogół zresztą „radykalizmy bez nadziei” wskazują nie tych, którzy są naprawdę winni. Przyszłość często rozstrzyga się „na dole”, tam, gdzie formułowane są opinie, gdzie idee nabierają ciała, gdzie powstaje aura, w której wszyscy później się poruszamy.

Testament Tischnera: Jak budować świat oparty na współpracy?

Czasy dzisiejsze wymagają od nas odwagi. Odwaga jest ściśle związana z nadzieją. Bez nadziei odwaga może być kierowaną na ślepo agresją. Albo bohaterszczyzną. Albo zmarnowaną, bo rozproszoną energią. Bez odwagi nadzieja staje się odległym marzeniem. Tęsknotą. Niezrealizowaną możliwością. Spotkanie nadziei i odwagi jest warunkiem wszelkiej zmiany.

Nie możemy żyć dłużej na koszt przyszłych pokoleń. Musimy myśleć o tym, jaki świat im zostawimy. Musimy myśleć nie tylko o sobie, swoim środowisku, swoim kraju. Musimy myśleć szeroko, z otwartością i wiarą, że zmiana jest możliwa. Że można budować świat oparty – powtórzę – nie na dominacji i egoizmie, lecz na współpracy i solidarności.

Wśród patronek i patronów takiej otwartości i takiej wiary widzę Józefa Tischnera. Słyszę jak dziś jego głos i chciałbym, abyście i Wy go usłyszeli: „Jak cie duk odstąpi, to jus nogorse. (...) Wygramodlas sie z bodejscego, ale sie nie bój!”.

Tekst został wygłoszony przez Autora podczas gali Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera 27 listopada 2025 r. w Krakowie.


PISAŁEM O SOLIDARNOŚCI

Wojna, wojna, wojna... Nie sposób wciąż o niej mówić, nie sposób o niej mówić przestać. Byle nam nie spowszedniała, nie opatrzyła się, nie zaczęła irytować, a los jej ofiar nam nie zobojętniał – oto modlitwa, którą powinniśmy odmawiać dzień w dzień, wierzący i niewierzący.

Zło najpierw chce nas przerazić, a potem zmęczyć i zniechęcić. W widoku cierpienia nie ma nic pociągającego. Obrazy wojny są nieznośnie powtarzalne. Ulica kilka godzin po wybuchu, wypalone samochody, wybite szyby, ciała pospiesznie nakryte tym, co było pod ręką. Przepatrywanie ruin, kolejki po wodę i chleb, pełne niepokoju twarze koczujących w piwnicach.

  Nocne niebo rozjaśniane eksplozjami, psy błąkające się wśród wraków, starsi ludzie patrzący na kupę gruzu, w którą wojna obróciła ich dom. Wszystko to na przemian oburza, przygnębia i budzi współczucie, ale też zawstydza, bo nad emocjami górę bierze w końcu przyzwyczajenie. Upór cierpiących jest monotonny, ich zmagania są szare, ich bohaterstwo jest wielkie i nieefektowne. Prawdziwy teatr wojny to nie teatr właściwie, lecz same kulisy, gdzie krzątają się ci, którzy na koniec nie wyjdą do oklasków.

Pisałem więc o solidarności, która musi okazać się silniejsza od zniechęcenia. Solidarności, która musi przeniknąć całe życie społeczne. (…) Pisałem o solidarności, bo ona jest próbą scalenia tego, co rozbite.

Z minionego roku zostanie mi w oczach na pewno ta jedna scena: stałem, czekając na kogoś, w punkcie, w którym wydawano żywność potrzebującym. Przy ladzie starsza kobieta, Ukrainka, pakowała do torby przygotowane dla niej produkty. To były zwykłe rzeczy: chleb, jajka, mąka, konserwy rybne. W pewnym momencie kobieta uniosła konserwę, zrobiła nią w powietrzu znak krzyża i ucałowała. Gest był dyskretny, pewnie zawstydziłaby się, gdyby zdała sobie sprawę, że na nią patrzymy. A jednak tym gestem przeniosła siebie i nas w inną rzeczywistość, w coś sakralnego w najgłębszym tego słowa sensie. Bo nie było to sacrum strachu czy zagubienia, lecz wdzięczności.

Fragmenty felietonu Wojciecha Bonowicza „Zło najpierw chce nas przerazić” opublikowanego w rocznicę napaści Rosji na Ukrainę („TP” nr 3/2023).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Lekcja ducha