Dziś mało kto pamięta o Iraku, bo wyparły go z mediów dużo bardziej zapalne miejsca tego regionu. A w kinie ten kraj bardziej kojarzy się z plenerami dla zachodnich produkcji czy niedawnymi wojnami (inscenizowanymi wszelako w innych miejscach) niż z rodzimymi tytułami czy nazwiskami.
Za czasów dyktatora z partii Baas mocno niedoinwestowana kinematografia iracka stawiała głównie na propagandową epikę. Dziś, w dużej mierze dzięki zewnętrznemu wsparciu, zaczyna się zwolna podnosić, dlatego warto zwrócić uwagę na film, który w niezależnej sekcji festiwalu canneńskiego, zwanej Directors’ Fortnight, otrzymał Złotą Kamerę za najlepszy debiut oraz nagrodę publiczności.
Tort w głodnym Iraku
Jesteśmy niedługo po inwazji Saddama na Kuwejt. Oglądamy kraj ekonomicznie wyniszczony i na dodatek obłożony sankcjami, a zwykłym Irakijczykom często zagląda w oczy głód. Toteż trudno się ucieszyć, kiedy dziewięcioletnia Lamia (Baneen Ahmad Nayyef), mieszkająca na Rozlewiskach Mezopotamskich, dostaje szkolne zadanie, ażeby uczcić urodziny Saddama Husajna własnoręcznie upieczonym tortem.
Niby nic prostszego: jajka, mąka, cukier… Z tą listą zakupów, ogromną determinacją i ze schorowaną babcią dziewczynka udaje się do Bagdadu, a towarzyszy im ukochany kogut Hindi. Jest bowiem „Tort dla prezydenta” bliski pod wieloma względami dawnemu kinu irańskiemu: mamy tu dziecięcych bohaterów i trochę naiwną perspektywę, mamy małe i wielkie dramaty, a także kawałek realiów i szczyptę zawadiackiego humoru.
Te dwa ostatnie elementy składają się na nieco klaustrofobiczną rzeczywistość, rządzoną przez kult jednostki, donosicielstwo, obyczajową hipokryzję, urzędniczą opieszałość i korupcję. Mała dziewczynka w wielkim mieście doświadcza wielu przygód, z których nie wszystkie są zabawne. A i tak najgorsze dopiero ma nadejść, wraz z amerykańskimi nalotami.
Stroni jednak „Tort” od najtwardszej polityki – powstał wszak z nostalgii i rozgrywa się dopiero w przededniu wydarzeń, które pogrążą Irak w jeszcze większym kryzysie i chaosie. A konwencja, podobnie jak w irańskim kinie sprzed kilku dekad, ma wiele z włoskiego neorealizmu, choć próbuje czasem go przeskoczyć, dodając trochę lokalnych ingrediencji.
Kino z kraju bez kin
Reżyser Hasan Hadi wspomina w wywiadach, że dorastał w kraju bez kin, zdobywając bardzo eklektyczną edukację filmową z kaset wideo, oglądanych u znajomych. W czasach politycznego zamordyzmu i gospodarczej izolacji były one swoistym oknem na świat. Potem Hadi studiował w Nowym Jorku, wykładał na tamtejszych uczelniach, lecz powrócił do ojczyzny, żeby właśnie tam nakręcić swój pierwszy film, głównie z udziałem miejscowych naturszczyków.
Co ciekawe, jego współscenarzystą był sam Eric Roth, stary hollywoodzki wyjadacz, pracujący wcześniej przy takich produkcjach, jak „Forrest Gump”, „Monachium” czy „Diuna”. I rzeczywiście, znać tutaj rękę kogoś, kto umie układać filmowe klocki. Kto chciałby stworzyć kino czytelne pod każdą szerokością geograficzną i w każdej kulturze – ze wszystkimi tego konsekwencjami artystycznymi.
Albowiem „Tort dla prezydenta” najlepiej smakuje wtedy, gdy nie wygląda, jakby był pieczony pod Oscary (film znalazł się na tzw. krótkiej liście), ale gdy po prostu zanurza się w lokalną rzeczywistość. Kiedy z paradokumentalnym nerwem filmuje Hadi znane sobie dobrze mokradła czy gwarne ulice, sklepiki i warsztaty Bagdadu.
A już najbardziej film urzeka, zatrzymując swoją akcję na dłuższą chwilę – na przykład w jakiejś kafejce, gdzie Irakijczycy grają na tradycyjnych arabskich instrumentach. Wtedy nie czuć, że oglądamy sprawdzony format festiwalowy nakręcony w egzotycznych dla nas dekoracjach, lecz film wyrosły z autentycznej miłości do miejsca urodzenia.
„TORT DLA PREZYDENTA” – reż. Hasan Hadi. Prod. Irak/Katar/USA 2025. CANAL+ VoD, TV Smart, Polsat Box Go, Rakuten TV, Play Now, Apple TV, Pilot.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















