Chrystus z Neapolu w marmurowym całunie

Długo nie wierzono, aby człowiek mógł to wyrzeźbić w marmurze. Iluzja „Cristo Velato” – Chrystusa nakrytego całunem – jest tak potężna, że podejrzewano artystę o nałożenie na rzeźbę tkaniny, utrwalonej chemicznymi zabiegami. [ARTYKUŁ DOSTĘPNY W WERSJI AUDIO]
Czyta się kilka minut
Niewidomi dotykają rzeźby Chrystusa spowitego całunem, autorstwa Giuseppe Sanmartino podczas specjalnego otwarcia Muzeum Kaplicy Sansevero dla niewidomych i niedowidzących. Neapol, Włochy, 19 lutego 2013 r. // Fot. Cesare Abbate / EPA / PAP
Niewidomi dotykają rzeźby Chrystusa spowitego całunem, autorstwa Giuseppe Sanmartino podczas specjalnego otwarcia Muzeum Kaplicy Sansevero dla niewidomych i niedowidzących. Neapol, Włochy, 19 lutego 2013 r. // Fot. Cesare Abbate / EPA / PAP

Nie chciałem wracać do Neapolu. Pierwszy pobyt wystarczył mi na piętnaście lat. Dotarliśmy tam nocą całą rodziną po wielu nieudanych próbach znalezienia ulicy, gdzie mieliśmy mieszkać. Wszyscy kierowcy na mnie trąbili, bo nie rozumiałem, jak można na jednym pasie do skrętu ustawiać się w trzy rzędy. Wszyscy na nas patrzyli. Wyrzuciłem rodzinę z bagażami i pojechałem odstawić auto kilkaset metrów dalej. Parking był wykutą w skale plątaniną komór zapchanych samochodami.

Facet w budce wskazał mi miejsce, wziął ode mnie kluczyki, a w zeszycie w kratkę napisał dwa razy „Toyota” i numer rejestracyjny. Oderwał kawałek z jedną i podał mi. „Nie mam toyoty, mam mitsubishi” – protestowałem w panice. Machnął ręką i zajął się następnym klientem. Świstek papieru schowałem do portfela wyobrażając sobie, jak za trzy dni będę tłumaczył po włosku, którego nie znam, lub po angielsku, którym on nie mówi, że to auto jest moje. Rodzinie poszło lepiej. Mieszkanie było tam, gdzie miało być, więc padliśmy ze zmęczenia do łóżek prawie tak, jak staliśmy.

Uruchamianie odtwarzacza...

Następnego dnia w autobusie skradziono mi portfel. W Pompejach, na Capri, w Sorrento nie mogłem myśleć o niczym poza tym, czy odzyskam samochód. Miałem dość. Trzeciego dnia poszedłem na miękkich nogach do znanej budki. Tłumacząc na wszystkie sposoby, że zostawiłem tu samochód, ale nie toyotę, którą wpisał do zeszytu. A tę kartkę, którą mi dał, to mi ukradziono. Nie mógł zrozumieć. Nikt by nie mógł. Zadzwonił gdzieś i podał mi słuchawkę. Wytłumaczyłem, a głos po drugie stronie się nie zdziwił. Poprosił, żeby dać mu Franca, który wkrótce wyparkował mój samochód z groty, a ja oddaliłem się z poczuciem, że umknąłem fatum.

Obiecałem sobie nigdy więcej nie żartować z ludowej mądrości przysłów i wytartych powiedzonek. Przypisywane Goethemu powiedzenie „Zobaczyć Neapol i umrzeć” jest kalką włoskiego „Vedi Napoli e poi muori”. Odnosi się do „napolitudine” – odmiany melancholii, jaką rzekomo produkuje to miasto u wszystkich, którzy je opuszczą. Goethe, 2 marca 1787 r., zanotował: „O położeniu miasta i jego urokach, tylekroć już opisywanych i chwalonych, ani słowa. »Vedi Napoli e poi muori« – mawiają tu. »Zobaczyć Neapol i umrzeć«”. („Podróż włoska”, przeł. H. Krzeczkowski). Ja nie tęskniłem. Z czasem uznałem, że powiedzenie zrodziło się raczej w czasie jednej z epidemii nawiedzających miasto i było ostrzeżeniem.

Jak poznałem Eugenia Marinellę i kupiłem płaszcz od Aquascutum

Wracaliśmy do Włoch wielokrotnie, także głęboko na południe. Nigdy do Neapolu. Dwanaście lat później zatrzymaliśmy się w Weronie. Celem był ogromny hangar na przemysłowych przedmieściach miasta, gdzie umieszczono wszelkie używane wcześniej dobra, których właściciele już nie chcieli lub nie potrzebowali. Zbieraliśmy się do wyjścia, gdy zatrzymały mnie krawaty. „Zobacz ten” – Krystyna wskazała na egzemplarz w gablocie. Zapytałem o cenę i zgodnie z naturą tego miejsca od razu chciałem się targować. Młodziutki sprzedawca spojrzał na mnie wzrokiem pełnym pogardy. „This is Marinella” – wycedził zimno. No jasne, Marinella, od razu widać, że to jej krawat – chciałem powiedzieć, ale się oddalił. Upokorzony zapłaciłem w kasie 38 euro.

Po wyjściu z hangaru sięgnąłem po telefon. Pan Eugenio Marinella otworzył w 1914 r. luksusowy sklepik odzieżowy w Neapolu, w eleganckiej dzielnicy Chiaia, gdzie istnieje po dziś dzień jako jedna z ikon miasta. Z czasem zasłynie z krawatów wykonywanych ręcznie, przynosząc chwałę neapolitańskiemu rzemiosłu i owijając wiele sławnych szyi. Po powrocie do domu nieostrożnie zachciało mi się wiedzieć więcej. Pan Eugenio okazał się anglofilem, który początkowo zaopatrywał swój sklep w towary z Wysp. Między innymi sprowadzał płaszcze „słynnej marki Aquascutum” – przeczytałem i poczułem, że jednak jestem kompletnym ignorantem modowym.

W roku Wielkiej Wystawy Światowej (1851) krawiec i przedsiębiorca John Emary otworzył sklep z odzieżą męską przy 46 Regent Street. Dwa lata później wyprodukował pierwszą wodoodporną tkaninę wełnianą, opatentował swoje odkrycie, a nazwę firmy zmienił na „Aquascutum”. Od łacińskiego: aqua – woda; scutum – tarcza. Przełomem w rozwoju firmy był dzień, w którym płaszcz zamówił najważniejszy dandys Imperium Brytyjskiego, czyli przyszły król Edward VII. Od 1897 r. trwa długi królewski patronat nad firmą.

Wkręcony na dobre, kliknąłem kolejny link. Otworzył się sklep z używaną odzieżą w Pradze. Na fotografii był mężczyzna z rowerem, miał na sobie płaszcz w kratkę. „Fajny – pomyślałem. – A co mi tam”. Po kilku dniach przyszła paczka. Włożyłem. Wełniany, do kolan, szeroki niczym peleryna, z dużymi kieszeniami, jak lubię. Zdumieni spoglądaliśmy w lustro jak bardzo był na mnie. „Możesz mnie w nim pochować” – zażartowałem do Krystyny.

Cieknący dach Bazyliki Grobu Pańskiego i wojna krymska

Kariera trenczy Aquascutum zaczęła się na długo, zanim wsunęli się w nie król Anglii, Winston Churchill czy Margaret Thatcher. Pierwszą falę popularności firma zawdzięczała wojnie krymskiej między Rosją a Turcją i sprzymierzonymi z nią Anglią i Francją. Z wielu powodów wyjątkową i ważną po dziś dzień. Była pierwszą wojną nowoczesną, do której użyto dalekosiężnych karabinów, okrętów parowych, kolei, telegrafu, nowoczesnej medycyny, reporterów wojennych z aparatami fotograficznymi. Mimo użycia nowoczesnych technologii do zabijania był to konflikt tradycyjny, a może nawet archaiczny, przypominający średniowieczne krucjaty. Jak pisze Orlando Figes w książce „Wojna krymska 1853-1856. Ostatnia krucjata”, jej zarzewiem był spór między łacinnikami a prawosławnymi o zarządzanie Bazyliką Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Strony wspierała odpowiednio Francja i Rosja.

Kiedy w Wielki Piątek 1846 r. księża katoliccy przybyli z białym obrusem, aby przykryć nim ołtarz Grobu, był tam już obrus prawosławny. Doszło do sporu, kto ma prawo pierwszy rozpocząć obrzędy wielkopiątkowe. „Wkrótce cała bazylika zmieniła się w pole bitwy. Rywalizujące ze sobą grupy walczyły nie tylko z użyciem pięści, ale też krucyfiksów, świeczników, kielichów mszalnych, kaganków i kadzielnic, a nawet kawałków drewna z relikwiarzy. Starcie kontynuowano z użyciem noży i pistoletów, przeszmuglowanych do bazyliki przez wiernych z obu stron. Kiedy w końcu straże Mehmeda Paszy oczyściły świątynię, na jej posadzce spoczywało ponad 40 zabitych” (przeł. Maciej Balicki).

Od XIX w. wyraźnie nasila się prawosławny ruch pielgrzymkowy do Jerozolimy. „Rosjanie w pewnym sensie uważali Ziemię Świętą za fragment swej duchowej ojczyzny. Idei »świętej Rusi« nie wiązały granice państwowe” (Figes). Podobnie twierdzili Francuzi, których z Palestyną wiązały krucjaty średniowieczne, a katolicka prasa przypominała, że Francuzi przelali najwięcej krwi w obronie Kościoła w Palestynie. Oba państwa udzielały więc wsparcia swoim pielgrzymom, podsycając tym samym konflikt między nimi. Czarę przelał przeciekający dach Bazyliki Grobu Pańskiego i kłótnia o to, kto ma prawo go naprawić. W 1851 r., dzięki naciskowi Francji na Turcję, konflikt o klucze do bazyliki wygrali łacinnicy, co wprawiło w furię cara Mikołaja I, który zagroził Turcji wojną.

Terytorium właściwego sporu nie była jednak Palestyna, ale Krym, traktowany przez Rosję jako miejsce święte chrześcijaństwa prawosławnego. Dla nacjonalizmu rosyjskiego XIX w. religia nie była prywatną sprawą obywateli. Tożsamość religijna i polityczna poddanych miała być wspólna i jedna. Wojna z muzułmańską Turcją była traktowana przez propagandę rosyjską na równi z obroną pielgrzymów prawosławnych w Palestynie: to była ta sama święta krucjata. Nie wolno stracić z oczu tej wielowiekowej linii frontu rosyjskiego. Z powodów religijnych i strategicznych na terytorium wzdłuż północnej granicy imperium osmańskiego toczą się wszystkie wojny rosyjsko-tureckie od XVII do końca XIX w. – z krymską i tą z lat 1877-1878, na której Wokulski zrobił majątek, aby zaimponować Izabeli. Zajęcie ukraińskiego Krymu w 2014 r. przez Putina jest najnowszą odsłoną tego fundamentalnego celu politycznego carów rosyjskich.

Florence Nightingale, najsłynniejsza pielęgniarka, i szpitalne zarazki

Do jednej z tych wojen, zwanej krymską, przystąpiła w 1853 r. Anglia, a pan Emary zrobił świetny interes, dostarczając swoje płaszcze walczącym na niej oficerom. Tym, którzy mieli szansę je nosić, ponieważ ochrona przed deszczem nie była pierwszym zmartwieniem walczących tam żołnierzy żadnej ze stron.

Wspomnienia sanitariusza przynoszą przerażający obraz pola bitwy pod Almą: „Setki rannych, porzuconych przez własne pułki, z rozdzierającymi serce krzykami, jękami i błagalnymi gestami, prosiły, aby wsadzono ich na wozy. Cóż jednak mogłem dla nich zrobić? Byliśmy przeładowani. Próbowałem ich pocieszać, mówiąc, że wrócą po nich pułkowe wozy, choć oczywiście tak się nie stało. Jeden z żołnierzy prawie nie mógł się czołgać – stracił obie ręce i przestrzelono mu brzuch. Inny miał urwaną nogę i rozbitą szczękę, urwany język i ciało pokryte ranami. Na twarzy malowała się tylko prośba o łyk wody. Skąd jednak można było wziąć choćby tyle?” (Orlando Figes).

Wojna wymusza inwencję zarówno w sztuce niszczenia ciał, jak i w ich leczeniu. Symbolem nowoczesnej opieki nad rannymi jest najsłynniejsza pielęgniarka wojny krymskiej Florence Nightingale. Nazwana przez żołnierzy „Damą z lampą”, stała się mitem za życia; kobiecym wcieleniem wiktoriańskich cnót: opiekuńcza, zaradna, pracowita, religijna, nowoczesna, pełna poświęcenia, gospodarna, ambitna, zdyscyplinowana, praktyczna, obdarzona silną wolą.

Kiedy przybyła 4 listopada 1854 r. do frontowego szpitala w Scutari, zastała angielskich żołnierzy w potwornych warunkach. Ranni, umierający i chorzy leżeli razem w brudzie i odchodach. Nie było ogrzewania, za to pełno robactwa. Dziennie umierało kilkudziesięciu żołnierzy. Florence przywiozła wykwalifikowane pielęgniarki, postawiła szpital na nogi, wprowadziła żelazną dyscyplinę, obsesyjnie dbała o czystość. Mimo to wskaźnik zgonów rósł.

„Okazało się, że główny szpital został zbudowany na dole kloacznym, kanały przeciekają, a nieczystości dostają się do wody pitnej. Nightingale nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, uważała bowiem, że zarazki przenosi zanieczyszczona para wodna. (...) Żołnierze znajdujący się pod opieką Nightingale mieliby większą szansę na przetrwanie w przeciętnej tureckiej wiosce niż w jej szpitalach w Scutari” (Orlando Figes).

Ludzkie ciała są takie przenikliwe; tak delikatne jest ich okrycie, w porównaniu ze skórą większości ssaków. Przecież to się rwie, pruje i pęka przy byle skaleczeniu. Jakby natura nie była wystarczającym wyzwaniem dla naszej kruchości, od wieków wymyślamy coraz skuteczniejsze narzędzia do otwierania ciał. Wojna wydobywa z nich gwałtownie wszystko, co staramy się zatrzymać w granicach skóry. Ledwie możemy je ochronić przed wilgocią i chłodem – za „wodną tarczą”; w śmiesznym płaszczu pana Emary’ego.

Powrót do Neapolu, czyli odkupienie winy 

Oczywiście wróciliśmy. Ja w płaszczu i krawacie, niczym w pokutnym stroju, który był dowodem uznania siły tego miasta. A może zostaliśmy skutecznie wezwani, aby odkupić winę pierwszego pobytu w Neapolu? Wtedy nie poszliśmy zobaczyć Chrystusa Zakrytego.

Kaplica Sansevero nie jest osobnym budynkiem, jej fasada ciasno przylega do sąsiednich kamienic. Poświęcona została Marii Dziewicy, co może dziwić, zważywszy że od XVIII w. stała się publicznie dostępną lożą masońską. Ale u jej XVI-wiecznych początków leży cierpienie matki – Adriany Carafy della Spina, żony pierwszego księcia Sansevero. Jej syn, Fabrizzio Carafa, został przyłapany ze swoją ukochaną Marią d’Avalos, której mężem był słynny kompozytor Carlo Gesualdo da Venosa.

Zazdrosny mąż zabił oboje w łóżku w nocy z 16 na 17 października 1590 r. Matka Fabrizzia wymogła na mężu rozpoczęcie budowy kaplicy, która miała być pocieszeniem i odkupieniem. To, czym kaplica jest dziś, zawdzięczamy Raimondowi di Sangro, siódmemu księciu Sansevero. Mason, chrześcijanin, naukowiec, erudyta zbudował w niewielkiej kaplicy symboliczną ścieżkę mądrości, której kolejne etapy zawierają zaszyfrowane znaczenia, umieszczone w zgromadzonych tam posągach, na czele z najważniejszym i najsłynniejszym – „Chrystusem Zakrytym”, wyrzeźbionym przez Giuseppe Sanmartina.

Rzeźba przedstawia leżącego Chrystusa nakrytego całunem, miękkim i niemal przezroczystym. Kamienna iluzja jest tak potężna, że długo nie wierzono, aby człowiek mógł to wyrzeźbić. Podejrzewano, że tkanina została nałożona na rzeźbę i poddana chemicznym zabiegom, które ją utrwaliły. W świetle ostatnich badań wiadomo, że Chrystus został wyrzeźbiony z jednego kawałka marmuru, a szczegóły całunu noszą ślady używanych narzędzi. Gdyby nie obcęgi, gwoździe i ciernie leżące obok prawej nogi Chrystusa, posąg emanowałby wyłącznie kojącym pięknem. Nie taki jednak był cel zadziwiającego projektu księcia di Sangro.

Kaplica Sansevero jest wspaniałym epizodem z dziejów oświeceniowego rozumu, kiedy człowiek nie chciał się specjalizować, ale upierał się ogarnąć w harmonijną jedność wszystko, co zwykle ludzkie oko postrzega jako chaos, sprzeczności, nieprzezwyciężalne konflikty. Wiedza i wiara; nauka i alchemia; męskie i kobiece; przemijające i wieczne zostały sobie w kaplicy symbolicznie zaślubione. Żeby jednak stać się gościem tej uczty weselnej, trzeba przejść drogę wtajemniczenia znaczoną sekretnym sensem masońskich rytuałów.

Ostatnim punktem tej drogi inicjacyjnej, a zarazem pierwszy etapem odrodzenia, miało być spotkanie z Chrystusem Zakrytym, czyli rozważanie i zrozumienie śmierci – własnej śmierci. Zgodnie z planem księcia, rzeźba nie miała spoczywać w centralnym punkcie kaplicy, ale na gołej ziemi w podziemnym pomieszczeniu. Uczeń powinien dotknąć śmierci, czyli wejść za Chrystusem do grobu i z niego wyjść, wcześniej kontemplując sens przesłoniętej całunem figury zdjętego z krzyża Chrystusa.

Jeśli pojmie jej znaczenie, narodzi się na nowo. Ale tylko jeśli rozwiąże kluczowy dylemat, który ilustruje dzieło Sanmartina: jaki mianowicie będzie następny ruch postaci pod całunem? W głąb ziemi czy w przeciwną stronę – ku życiu wiecznemu? Czy rzeźba obrazuje spokój śmierci, czy błogość odrodzonego życia? Nie sposób sprawdzić, czy Chrystus jest jeszcze martwy, czy już żywy. „Nie tykaj się mnie, bom jeszcze nie wstąpił do Ojca mego” (Jan 20, 17; przeł. Jakub Wujek) – powstrzymał Chrystus Marię Magdalenę, podobnie jak ochrona kaplicy powstrzymuje zwiedzających, którzy nie mogą się oprzeć.

Odkąd rzeźba stała się światową sensacją, turysta nie ma czasu na masońskie rytuały. Obsługa popędza, bo inni też przyjechali z całego świata, żeby podziwiać. Chrystus spoczął ostatecznie w centrum kaplicy, a większość z nas nie zwraca w ogóle uwagi na rzeźby dookoła. Mimo to książę i tak osiągnął swój pedagogiczny cel. Kolejne tysiące zwiedzających co roku kontemplują śmierć Jezusa. Lub przynajmniej z zachwytem na nią patrzą. Piękno i kunszt tej rzeźby to estetyczna korupcja zalęknionego umysłu, który broni się przed rozważaniem własnej śmierci.

Jakie jest najważniejsze pytanie na ścieżce mądrości księcia Rajmunda

Jeśli chcemy odczuć jej terapeutyczne działanie lub przynajmniej uchwycić ideę kaplicy w trybie nieerudycyjnym, warto zacząć ją zwiedzać od pomieszczenia z „Maszynami Anatomicznymi”. Tak zostały nazwane – odtworzone w wosku – ciała mężczyzny i kobiety, z których zdjęto skórę, aby ukazać wnętrzności oraz żyły i tętnice człowieka. Szok i odraza na widok makabrycznych eksponatów zmienią się w zachwyt, kiedy osłoni je skóra i całun oszałamiająco pięknego posągu Chrystusa.

Teraz widać lepiej, o co chodziło księciu. Nasz zachwyt jest pułapką, gdyż podziwiając nakryte woalem martwe ciało, mimowolnie medytujemy nad tym, w co przystrojone są wszystkie naturalne „maszyny anatomiczne” na tej ziemi, nie wyłączając Boga, kiedy stał się człowiekiem.

„Miała w trumnie strój bogaty, / Malowany w różne światy, / Że gdy w nim się zapodziała, / Nie wędrując – wędrowała. / Strój koloru murawego, / A odcienia złocistego, / Murawego – dla murawy, / Złocistego – dla zabawy” (Bolesław Leśmian „Strój”).

„Dla murawy” czy „dla zabawy” jest wszystko, co istnieje? To ostatnie i pierwsze, czyli najważniejsze pytanie na ścieżce mądrości, którą zbudował dla nas książę Rajmund w kaplicy Sansevero. Wezwany na pomoc Leśmian w balladzie o zgwałconej zbiorowo dziewczynie podpowiada, że po to i po to. Nadal nie rozumiem tej lekcji. Jaki sens ma ten krawat i płaszcz, i całun koronkami wykończony; całe to strojenie się, aż do śmierci?

No to jeszcze raz. Nie da się sprawdzić, czy żyją, czy nie. Chłopaki z wojny krymskiej i ukrzyżowany Jezus. Nie da się nawet przekonująco wyjaśnić, dlaczego ktoś im to zrobił i nadal robi, i to w tak okrutny sposób; na wojnie i podczas pokoju. Jedno wszelako jest pewne. Że zostały nam po nich na ziemi całun i narzędzia uśmiercania – instrumenty troski lub okrucieństwa wobec ludzkich ciał. Porzucone; gotowe do wykorzystania. No i my, żyjący przez chwilę wystarczająco długą, aby wybrać. Winni i tak już jesteśmy.

„I nie było nikogo, kto by jej nie zabił. // I nie było nikogo, kto by nie był dumny, / Że ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny. // Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył / I przez łzy się uśmiechał, że ją w niebie przeżył. // „Ty musisz dla mnie polec na śmierci wezgłowiu, / A ja muszę dla ciebie trwać na pogotowiu! // Ty pójdziesz tą doliną, gdzie ustaje łkanie, / A ja pójdę tą górą na twoje spotkanie. // Ty opatrzysz me rany, ja twych pieszczot ciernie, / I będziem odtąd w siebie wierzyli bezmiernie!”

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Całun z marmuru