To nie jest film dla szekspirologicznych nerdów ani opowieść o mistrzu ze Stratfordu jako pomysłodawcy czy szkoleniowcu dla przyszłych scenarzystów filmowych. Nie jest nawet apokryfem, bo poprzedziła go nagradzana powieść Maggie O’Farrell, wydana również u nas. A była w dużej mierze literacką fantazją na temat wczesnych losów Williama Szekspira i jego żony Anne, nazywanej tam imieniem Agnes.
„Hamnet” – filmowa wariacja na temat Szekspira i „Hamleta”
Już sam tytuł, „Hamnet”, mógłby wskazywać na spory margines dowolności, z jaką obie twórczynie – Farrell jest także współscenarzystką filmu Chloé Zhao – traktują obrosłą domysłami biografię. Dostajemy raczej historię z gatunku „jak być mogło”, kiedy na przełomie XVI i XVII wieku doszło do powstania nieśmiertelnego dramatu o pogrążonym w rozpaczy księciu duńskim.
Chodzi tu bardziej o twórczą wariację, gdzie „Szekspir współczesny” to nie tyle ponadczasowy geniusz czy wiecznie żywa literacka legenda, ile facet z krwi i kości. Anonimowy wtedy ojciec i mąż, który rodzinną traumę miał przepracować w napisanej przez siebie tragedii Hamleta. Powstał z tego kawał intensywnego kina, a po seansie bardziej niż o prawdzie historycznej chce się dyskutować o przeżywanych emocjach.
Właściwie na główną osobę dramatu wyrasta Agnes (Jessie Buckley), co nie dziwi w czasach, kiedy przesuwa się akcenty na postacie kobiece, schowane dotąd w cieniu wielkich męskich nazwisk.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Dla filmu owa zmiana perspektywy wiele znaczy, albowiem otwiera przestrzeń dla osobnego mikrokosmosu Agnes Szekspir – trochę „wiedźmy z lasu”, trochę Kate Bush z teledysku „The Sensual World”, trochę zielarki tańczącej z jastrzębiami i czytającej przyszłość.
Wizualna baśń i dwa światy: Agnes i William
Kamera Łukasza Żala wydobywa surową baśniowość tego świata, choć zarazem film nie przytłacza „magią kobiecości” w czerwonej sukni. I taki wybór, wbrew pozorom, stanowi naturalne dopełnienie dla dużo mniej żywiołowego świata Williama (w tej roli Paul Mescal), skromnego korepetytora z łaciny, tłamszonego przez ojca i skrobiącego coś przy świeczce w mieszkanku na poddaszu.
To ich współdzielony, zrośnięty uczuciem wszechświat wypełnia czy wręcz rozsadza ekran. Wpierw namiętnością, która łamie konwenanse i przesądy, potem wyzwaniami, jakie przynosi małżeństwo i rodzicielstwo. Oraz frustracją pisarza, który „zgubił drogę” i nie jest w stanie zapewnić rodzinie godnego bytu.

Aż w końcu, pod wpływem mądrej żony, chwilę potem obarczonej kolejnym przychówkiem, rusza za chlebem do Londynu. Ot, proza życia, ale tymczasem, niczym u prawdziwego Szekspira, musi się wypełnić zarówno śmiertelna przepowiednia czarownicy, jak też mit Orfeusza i Eurydyki. Czyli prorocza opowieść filmowego Williama o uwięzieniu w świecie zmarłych i o próbie przechytrzenia śmierci.
Naturalizm, magia i cytaty – siła i słabości reżyserskiej wizji
Zhao w swoim wiedźmowym kociołku miesza więc na gładko rozmaite ingrediencje: naturalizm (z uwzględnieniem ówczesnych standardów higienicznych), magię, zmysłowość, żałobę, szekspirowskie cytaty… Te ostatnie, o dziwo, wypadają w „Hamnecie” najmniej przekonująco, szczególnie w scenach mówionych Szekspirem.
Pół biedy, jak dzieci pisarza nieświadomie odtwarzają w zabawie pierwszą scenę z „Makbeta”. Gorzej, gdy załamany i osamotniony William recytuje nad Tamizą monolog „być albo nie być”, co wypada ilustracyjnie i sztucznie, biorąc ludzkie cierpienie w literacki cudzysłów. Są to nieliczne, na szczęście, momenty, kiedy reżyserkę, doskonale kreującą atmosferę coraz gęstszego fatalizmu, zawodzi umiar czy intuicja.
Dorzuca wtedy do kotła zbyt dużo jakiegoś składnika, na przykład egzaltowanej muzyki Maxa Richtera. Tak, „przed kosą czasu nic się nie obroni”, czasem jednak lepiej potraktować dosłownie inny cytat – że „reszta jest milczeniem”.
Dotyczy to zwłaszcza finału w elżbietańskim teatrze, gdzie stężenie emocji przebija sklepienie ponad sceną. Inscenizacja „Hamleta” zamienia się w zbiorowy rytuał, w którym widzowie, bo nie tylko Agnes, przeżywają swoje katharsis, swe osobiste utraty i żałoby (Londynem wstrząsały wówczas śmiercionośne zarazy).
A co z kinowymi widzami?
Wiele zależy od tolerancji na tego rodzaju celebracje. Najwyraźniej Zhao celuje w widownię możliwie zróżnicowaną i szeroką, trochę na wzór tej z XVI-wiecznego Londynu, a tym samym w lubiącą takie klimaty komisję oscarową. Dlatego nie boi się maksymalnie docisnąć pedału. Chodzi jej wszak o rzeczy pisane największą literą – o mierzenie się z nieuchronnością śmierci i próbę unieśmiertelnienia poprzez sztukę.
Jessie Buckley i Paul Mescal – aktorstwo wysokiej wrażliwości
Ostatecznie wychodzi zwycięsko z tych szarż i przeogromna w tym zasługa jej irlandzkich aktorów. Mescal, a zwłaszcza Buckley reprezentują aktorstwo „wysokowrażliwe”, na wskroś współczesne. Jego Szekspir, choć rzeźbi w słowie, z trudem wypowiada swoje uczucia. Z kolei u niej wszystko jest na wierzchu, na twarzy rozedrganej, plastycznej, jakby nadmiernie unerwionej, i w ciele heksy, organicznie stopionej z naturą.
Podczas spektaklu twarz aktorki zamienia się w równoległy spektakl – złość, zawód, zwątpienie przechodzą stopniowo w zdumione rozpoznanie, na koniec zaś w przeżycie oczyszczające. I nawet drobna ciekawostka: że małego Hamneta, który chciał zostać aktorem, i dorosłego Hamleta z teatralnego przedstawienia grają bracia, Jacobi Jupe i Noah Jupe, jeszcze coś do tej opowieści wnosi. Uruchamia wyobraźnię skuteczniej niż wszelka dosłowność i emocjonalna wylewność.
„Hamnet” przedstawia zatem piękną, acz wielce życzeniową i celowo anachroniczną biografię młodych Szekspirów oraz genezę najsłynniejszego dramatu. Wersję taką, w której dostrzega się kobiety i dzieci, na długo zanim stało się to ważne czy modne. Chociaż my wiemy, że miłości do dziecka wcale nie „wynalazł” dopiero wiek XIX – Hamnet Szekspir urodził się prawdopodobnie kilka lat po tym, jak inny słynny ojciec bolesny, z mazowieckiego Czarnolasu, napisał swoje „Treny”.
Ambitne kino środka – sztuka, emocje i ironia losu
I mimo że reżyserka „Nomadland” miewa skłonność do nazbyt romantycznych i podniosłych tonów, nie zmienia to faktu, że jej nowy film, wyprodukowany przez Stevena Spielberga i Sama Mendesa, to kino, jakie tworzy się coraz rzadziej, łączące artystyczne ambicje z angażującą opowieścią. Taką, która potrafi opisać przygodność ludzkiego losu i jednocześnie jego tragiczną ironię. Los zaś ten igra tutaj z życiem i śmiercią, popisując się iście dramatopisarskim talentem, włącznie ze skłonnościami do qui pro quo i rosyjskiej ruletki.
HAMNET – reż. Chloé Zhao. Prod. Wielka Brytania/USA 2025. Dystryb. UIP. W kinach od 23 stycznia.
Chloé Zhao, amerykańska reżyserka urodzona w Chinach, debiutowała filmem „Pieśni braci moich” (2015). Potem był nagrodzony w Cannes „Jeździec” (2017) i głośny „Nomadland” (2020), uhonorowany m.in. weneckim Złotym Lwem i Oscarami za reżyserię i dla najlepszego filmu. Flirt z kinem komercyjnym, czyli „Eternals” (2021) z uniwersum Marvela, nie przyniósł jej sukcesu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















