Gdy zaczynała się II wojna światowa, dopiero co ukończył 30 lat. Pastorem był od lat ponad siedmiu – pracował w tym czasie na różnych placówkach, w stolicy Węgier i na prowincji. Dał się tam poznać jako człowiek energiczny, któremu zależy nie tylko na duchowym życiu wiernych, ale także na ich edukacji – zwłaszcza dzieci.
Od trzech lat był już wówczas żonaty. Okoliczność ta okaże się istotna, gdy przyjdzie mu ryzykować życiem nie tylko swoim, ale też bliskich.
Holokaust na Węgrzech
Zacznijmy jednak tę opowieść od historii węgierskich Żydów – ona zawiera całą „skondensowaną” tragiczność Zagłady. Z liczby 550 tys. jej ofiar, ogromna większość zginęła w ostatnim roku wojny, gdy byli już przekonani, że uda im się przeżyć – zbliżała się Armia Czerwona, a rząd Węgier, dotąd sojusznik Hitlera, chciał zawrzeć rozejm z aliantami.
Niemcy zapobiegli temu, opanowując w marcu 1944 r. Węgry, a potem doprowadzając do powołania nowego pronazistowskiego rządu. Getta powstały w całym kraju – z wyjątkiem Budapesztu (tu założono je w listopadzie). Dlatego gdy wiosną 1944 r. zaczęły się wywózki Żydów do Auschwitz, stolica stała się głównym miejscem, gdzie szukali oni schronienia. Rodzice wysyłali do niej dzieci w nadziei, że zostaną uratowane.
Ocalenie Żydów nie stało się priorytetem dla Kościołów chrześcijańskich na Węgrzech. Nie podjęły odgórnie takiego wysiłku ich ratowania, który byłby adekwatny do ich pozycji w państwie i społeczeństwie. Większą energię włożyły tylko w pomoc Żydom chrześcijanom.
Schronienie, bez względu na wyznanie, dawali za to oddolnie ludzie związani z Kościołami. Obok nuncjusza Angela Rotty byli też biskupi, księża, zakonnicy i zakonnice, którzy odegrali w ratowaniu znaczącą rolę. Także duchowni innych wyznań, a wśród nich – pastor Gábor Sztehlo.
Kościoły na Węgrzech wobec Zagłady
W obrębie Kościoła rzymskokatolickiego utworzono dla Żydów chrześcijan instytucję charytatywną: Stowarzyszenie Świętego Krzyża. W praktyce pomagała często także Żydom nieochrzczonym, jak również chrześcijanom, katolikom i protestantom. Niektórzy z zaangażowanych w to stowarzyszenie przypłacili swoją działalność życiem.

Kościoły protestanckie założyły własne stowarzyszenie, które nazwano Komitetem Dobrego Pasterza. Reprezentantem Kościoła luterańskiego został w nim Sztehlo. Dołączył do tej instytucji w maju 1944 r.
Sztehlo miał wśród przodków prześladowanych za wiarę luteranów – być może dlatego był wrażliwy na kwestię konwersji. Wbrew linii swojego Kościoła sprzeciwiał się temu, by prześladowanych Żydów zachęcać do przejścia na chrześcijaństwo.
Wydaje się, że zanim przyłączył się do Komitetu Dobrego Pasterza, nie interesował się polityką, nie działał w żaden sposób na rzecz Żydów węgierskich i nie uświadamiał sobie ich położenia. Dopiero rozmowa z przedstawicielem Czerwonego Krzyża, Szwajcarem Friedrichem Bornem (później odznaczonym medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata) miała zwrócić jego uwagę na powagę sytuacji i potrzebę działania. Born miał mu powiedzieć: „To ostatnia godzina, Niemcy chcą deportować Żydów”.
Domy dziecka pod egidą Czerwonego Krzyża
Zaczynając swoją misję, Sztehlo postanowił poszukać miejsc schronienia dla żydowskich dzieci. W ten sposób powstał najpierw pierwszy, a potem kolejne domy, w których je kwaterowano – na koniec było 28 takich domów. Dzięki Bornowi udało się objąć je patronatem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.
Domy prowadzone przez pastora należały do tzw. sekcji B Czerwonego Krzyża. To znaczyło, że wszyscy ich mieszkańcy oficjalnie byli chrześcijanami. W istocie obok dzieci żydowskich wyznania chrześcijańskiego przebywały w nich dzieci ze sfałszowanymi chrześcijańskimi metrykami i pielęgniarki Żydówki (istniała też sekcja A, którą kierował syjonista Ottó Komoly; ona zajmowała się Żydami bez „chrześcijańskich” dokumentów).
Jak długo dzieci pozostawały w domach Czerwonego Krzyża, Niemcy niespecjalnie się nimi interesowali. Inaczej rzecz miała się ze strzałokrzyżowcami. Członkowie tej węgierskiej partii nazistowskiej, wcześniej nielegalnej, jesienią 1944 r. ze wsparciem Niemców objęli władzę.
Sztehlo w siedzibie strzałokrzyżowców
Strzałokrzyżowcy domyślali się, co jest istotą działalności pastora i wielokrotnie próbowali wtargnąć po domów Czerwonego Krzyża. Dzieci chroniły jednak fałszywe dokumenty, a pastorowi i Bornowi udawało się przekonać władze, że domy mają status eksterytorialny (nie było to prawdą – Czerwony Krzyż nie miał statusu państwowego). Były chwile, gdy dzieci nie mogły wychodzić nawet do ogrodu.
O tym, że strzałokrzyżowcy nie dali się oszukać, świadczą relacje pastora. Sztehlo wspominał swoją wizytę w siedzibie węgierskich nazistów: „Zostałem zwyzywany dość ohydnymi słowami i zapytano mnie, jak ja, jako chrześcijański duchowny, mogę poświęcić się tego typu pracy i dlaczego raczej nie jestem zajęty ratowaniem i karmieniem dzieci, które błąkają się po ulicach lub uciekają w strachu przed wojskami sowieckimi?”.
Sztehlo oświadczył wtedy strzałokrzyżowcom, że przyjmie wszystkie potrzebujące dzieci. Ci jednak nigdy żadnych do niego nie przysłali.
W domach Czerwonego Krzyża dzieci szczęśliwie przetrwały dramatyczne oblężenie Budapesztu przez Armię Czerwoną, trwające od końca grudnia 1944 r. do połowy lutego 1945 r. Był moment, gdy mieszkańców jednego z domów uratowali niemieccy żołnierze Waffen SS – prawdopodobnie nieświadomi tego, że ratują żydowskie dzieci.
Sieroty bez względu na pochodzenie
Wojna się skończyła, ale nie skończyła się misja pastora. Teraz należało znaleźć schronienie tym dzieciom, które zostały sierotami. Pojawiły się też dzieci z innych środowisk – te, które rodziców straciły u samego kresu wojny.
Sztehlo nie podzielał linii Kościoła luterańskiego, że należy zająć się chrystianizacją tych Żydów, którzy przeżyli. Za ważniejsze uważał pomoc dzieciom bez względu na to, czy rokowały szanse na zmianę religii, czy może były już wcześniej chrześcijanami.
Doprowadziło to do zerwania pastora z Komitetem Dobrego Pasterza, który skupił się na działalności misjonarskiej. Sztehlo odrzucił też sugestie organizacji żydowskich, by jego sierocińce przyjmowały tylko żydowskie dzieci. Później przeciwstawił się też sugestiom Kościoła luterańskiego, że domy PAX-u (tak nazwano je po wojnie, od prowadzącej je fundacji) powinny pozostać luterańskie – uznał to za sprzeczne z ich duchem.
W efekcie pod jego opieką, obok dzieci żydowskich, od 1945 r. znalazły się również i takie, których rodzice padli ofiarą nowego reżimu. Trafiały tam nawet dzieci z rodzin strzałokrzyżowców, których komuniści skazali na śmierć za kolaborację.
Dzieci w zniszczonym wojną Budapeszcie
Warunki życia w zniszczonym Budapeszcie były ciężkie. Równie trudne były w domach pastora – te psychologiczne i te materialne. Część nowo przybyłych dzieci przywykła do życia na ulicy, gdzie funkcjonowały dzięki kradzieżom. Inne po stracie najbliższych były w depresji. Dzieci spały na materacach na podłodze. Jadły to, co mogły znaleźć, ukraść lub wyżebrać. Wiele chorowało.
Wtedy to, dzięki kontaktom pastora, udało mu się pozyskać niezamieszkane domy, zaoferowane mu przez rodzinę przemysłowców nazwiskiem Weiss, niegdyś wpływową. Było to siedem willi w leśnej części Budy, otoczonych ogrodami.
Wille, zamieszkane przez podopiecznych pastora, zyskały malownicze nazwy. Najstarsi chłopcy zamieszkali więc „Gniazdo Wilków”, inne zaś nosiły takie nazwy jak „Dom Antylop”, „Gniazdo Jaskółek”, „Willa Tęczy”, „Willa Wiewiórek”. Młodsze dziewczyny mieszkały w „Zamku Dziewcząt”, starsze w „Gnieździe Żmii”.
W tym pierwszym prowadziły sklep z lalkami i warsztat dziewiarski. Jeden z obiektów miał basen, kręgielnie i korty. Dzieci same zbudowały boisko do piłki nożnej. Ponieważ w Budapeszcie brakowało żywności, pracownicy domów wraz z dziećmi uprawiali w ogrodach zboże.
Dziecięca Republika Gaudiopolis: eksperyment edukacyjny
Gábor Sztehlo widział, jakim wyzwaniem jest utrzymanie tylu straumatyzowanych dzieci w harmonii, ich integracja i wychowanie do samodzielnego życia. Stąd pomysł, by utworzyć Dziecięcą Republikę Gaudiopolis (w skrócie: GA-PO).
W listopadzie 1945 r. Sztehlo zwołał zebranie w sali największej willi. Miał zwrócić się do dzieci słowami „Teraz stwórzcie republikę!” – i opuścił salę. Oryginalny eksperyment edukacyjny, jaki właśnie się zaczynał, częściowo był inspirowany przedwojennym amerykańskim filmem.

W dziecięcym samorządzie, mającym kształt systemu administracyjnego „republiki”, każde z dzieci miało pełnić jakąś funkcję. Obok ogólnych „władz państwa”, każdy dom był „miastem”, które miało „burmistrza” (dorosłym przyznawano tylko honorowy tytuł głowy państwa).
Za psychologiczną opiekę nad dziećmi odpowiadała doktor Margit Révész, żydowska konwertytka na katolicyzm, której większość krewnych zginęła podczas Szoah. Aby dać dzieciom namiastkę uczuć rodzicielskich, zatrudniono też kilka samotnych kobiet.
Życie codzienne dziecięcej „republiki”
Dziecięca „republika” wydawała gazetę i miała własną „walutę”: GAPO-dolara (kurs ustalano w oparciu o cenę biletu tramwajowego). Opracowano kodeks karny, wybrano sędziów i policjantów; najsurowiej karano przemoc fizyczną. Ministerstwo opieki społecznej odpowiadało za wyjścia do kina i muzeów. Fundacja PAX porozumiała się z fabryką zabawek, która utworzyła płatne warsztaty dla dzieci.
Nie wszystko przebiegało idealnie. Dochodziło do konfliktów dzieci z dawnych domów Czerwonego Krzyża z sierotami, który dołączyły po wojnie. Te pierwsze, pochodzenia żydowskiego, wywodziły się często z klasy średniej – podczas gdy „nowi” zwykle z warstw niższych. Te ostatnie dzieci często naznaczone były także życiem na ulicy.
Niektórzy chłopcy postrzegali demokrację jako anarchię i sprzeciwiali się regułom. Raz doszło do buntu, po którym „premier” podał się do dymisji i wybrano nowy „rząd”. Dziewczętom ciężej było uzyskać bardziej sprawcze stanowiska.
Historyk Gergely Kunt, autor monografii poświęconej Gaudiopolis, twierdzi, że Sztehlo obwiniał się po latach o to, że nie zawsze pozwalał dzieciom na demokrację i wpływał na funkcjonowanie „republiki”.
W Gaudiopolis rozwiązywano jednak szereg problemów, których nie potrafiliby rozwiązać dorośli. Panowała tu wolność religijna, nie było zbiorowej odpowiedzialności – na jednego z „ministrów” dzieci, w większości żydowskie, wybrały chłopca, którego ojciec był wcześniej prominentnym strzałokrzyżowcem.
Gaudiopolis nie było jedyną „republika dziecięcą” na Węgrzech. Kolejna powstała w Hajdúhadház. Ale tam nadzór państwa nie pozwalał na swobodę, jaka panowała w GA-PO.
Rok 1950: węgierscy komuniści likwidują Gaudiopolis
Komuniści, którzy ze wsparciem Moskwy stopniowo przejmowali rządy na Węgrzech, początkowo pozwalali na istnienie domów PAX-u. Pewną rolę odgrywały tu osobiste relacje – rodzice niektórych z uratowanych dzieci zostali decydentami partii komunistycznej.
W 1947 r. powstał film „Gdzieś w Europie”, opowiadający historię gangu sierot. Miał on być inspirowany historią Gaudiopolis, a w rolach statystów wystąpiło wiele dzieci z „republiki”. Film wyprodukowano ze wsparciem Komunistycznej Partii Węgier.
Gdy jednak w 1949 r. komunistom udało się objąć pełnię władzy, międzynarodowe organizacje, w tym te wspierające PAX, musiały opuścić Węgry. Komuniści chcieli, aby istniała jedna tylko organizacja dla dzieci – pionierzy, na wzór sowiecki.
W 1950 r. domy znacjonalizowano, „republika” Gaudiopolis przestała istnieć. Sztehlo nie przestał jednak pomagać – w późniejszych latach kierował luterańskim domem dla seniorów, założył też dom dla upośledzonych dzieci i osób starszych. Wspierał rodziny prześladowane za rzekome związki z kolaboranckim rządem.
Wychowankowie Gábora Sztehlo
Eksperyment pastora w jakimś stopniu okazał się sukcesem: wielu mieszkańców Gaudiopolis znakomicie odnalazło się w dorosłym życiu. Zostali naukowcami, lekarzami, sportowcami. Byli wśród nich laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii George Olah czy pisarz Mátyás Sárközi (wnuk Ferenca Molnara, autora „Chłopców z Placu Broni”). Jego brat Ádám Horváth, „minister kultury” Gaudiopolis, został naukowcem i reżyserem.
Dawni mieszkańcy Gaudiopolis spotykali się co roku, by upamiętniać swoją wspólną przeszłość. Po śmierci pastora, który zmarł w 1974 r., odwiedzali jego grób, by oddać hołd swojemu opiekunowi.
Gábor Sztehlo jako pierwszy Węgier otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















