Pierwszego stycznia 2025 r. Leon Weintraub zaczął setny rok życia. Kiedy trafił do Auschwitz-Birkenau, miał lat osiemnaście.
– A tak naprawdę jestem chyba rocznik dwudziesty piąty – powiedział mi, gdy spotkaliśmy się na rozmowę w pustej jadalni skromnego hotelu w centrum Łodzi. – Był zwyczaj, żeby dziecko urodzone w końcu grudnia zapisywać na styczeń. Położna mówiła: „Wpiszę 1 stycznia, syn będzie o rok młodszy, fizycznie silniejszy jak pójdzie do wojska”.
Wyprostowany jak struna, niewysoki, szczupły mężczyzna z białymi włosami zaczesanymi do tyłu i białym wąsem. Elegancki, w jasnym garniturze i niebieskiej koszuli we wzór paisley. Brakowało mu tylko muszki, którą nosi od siedemdziesięciu lat jako znak rozpoznawczy.
Twierdzi, że po obozowych przeżyciach ubranie to dla niego kwestia nie tylko estetyczna, ale moralna: buduje poczucie odrębności i godności.
Był upalny ostatni dzień sierpnia 2024 r., nazajutrz po obchodach 80. rocznicy likwidacji getta w Litzmannstadt (tak Niemcy nazwali Łódź po tym, jak w 1939 r. wcielili ją do III Rzeszy). Weintraub przyleciał na tę uroczystość ze Sztokholmu jako jeden z honorowych gości – najstarszy z ocalałych.
Nie patrz w górę, patrz wokoło

Mówi o sobie Lodzermensch, człowiek łódzki, używając XIX-wiecznego określenia na typ zaradnego, oddanego miastu kosmopolity.
Urodził się przy Solnej 12, w żydowskiej dzielnicy. Ojciec Szmul Weintraub był tkaczem, ale w wypadku w fabryce stracił rękę, a tym samym pracę. Próbował z braćmi rozkręcać własny biznes, polegający na skupie starych ubrań i odsprzedaży na przędzę. Interes nie szedł i Szmul powiesił się w piwnicy.
Leon miał wtedy półtora roku. Nie zdążył taty zapamiętać – pamięta za to jedną ze swoich pierwszych zabawek: drewnianą rękę, którą znalazł pod łóżkiem.
Po śmierci męża Natalia Weintraub została sama z pięciorgiem dzieci: najmłodszym Leonem i jego czterema siostrami. W wywiadzie-rzece zatytułowanym „Pojednanie ze złem. Historia chłopca z łódzkiego getta” Leon będzie wspominać: „Mama była ciepłą osobą, niską, okrąglutką, ale nie otyłą. Miała złotą duszę, nigdy nie powiedziała złego słowa, nie słyszałem od niej skargi. Znosiła swój los. Powtarzała: »Nie patrz w górę, kto ma lepiej, patrz wokoło, ilu ludzi ma gorsze warunki niż my«”.
Jak damską pończochę
Matka nie miała czasu i pieniędzy, by dbać o edukację religijną Leona, dlatego szybko przestał chodzić do chederu i nigdy nie miał bar micwy. Ale zachowywali podstawowe nakazy judaizmu.
Leon pamięta, jak w piątek przed zmierzchem zanosił garnki z czulentem i cymesem do piekarni, żeby zostawić je w wygasłym piecu i wciąż ciepłe odebrać w szabas, kiedy nie wolno było rozpalać ognia. I jak pomagał mamie w robieniu Gefilte Fisch: ostrożnie nacinał skórę szczupaka przy głowie, zdejmował ją „tak jak się ściąga damską pończochę”, a po nafaszerowaniu zaszywał. Miał smukłe, zręczne palce i był w tym świetny – jak w przyszłości w pracy chirurga.
Pamięta też, jak przed świętem Pesach oddawali talerze i sztućce mężczyźnie, który je „koszerował”: na podwórzu w wielkim kotle gotował wodę, a potem zanurzał w niej zastawę.
Więcej kontaktu z religią Leon miał w Warcie koło Sieradza, gdzie spędzał wakacje u ciotki: tam musiał kąpać się w mykwie i chodzić do bożnicy. Tam też pierwszy raz poczuł się obcy – gdy polscy chłopcy obrzucili go kamieniami.
Ręce śmierdziały okropnie
Leon Weintraub: – Po paru latach od śmierci ojca mama sprzedała wszystko, co mogła. I otworzyła małą pralnię na rogu Wschodniej i Kamiennej, obecnie Włókienniczej.
Pralnia była jednocześnie ich mieszkaniem: dwa pomieszczenia wypełnione parą, zapachem płatków mydlanych i krochmalu. W tej samej balii prało się i kąpało. Leon jako jedyny poza matką miał prawo do spania na łóżku (w pokoju-suszarni mieściły się tylko dwa).
Większość czasu spędzał poza domem. Z kolegami biegał po niskich dachach i ponurych podwórzach, bawił się w Indian i kowbojów, przegrzebywał rynsztoki jak poszukiwacz złota. W „Pojednaniu ze złem” wspominał: „Potem ręce śmierdziały okropnie, ale jak się znalazło pięć groszy, nie mówiąc o dziesięciu, to było niewyobrażone szczęście. Mogliśmy sobie kupić kilka cukierków”.
Na największą przyjemność w życiu Leona – seans filmowy – dziesięć groszy nie starczało. Miał inny sposób: wchodził za darmo jako dziecko, dołączając się do przypadkowych par. Najbardziej lubił filmy o Tarzanie i westerny z Kenem Maynardem. Wyniósł z nich przekonanie, że dobro zawsze zwycięża, a zło zostaje ukarane.
Miłość do kina została mu do dziś: ogląda przynajmniej jeden film dziennie. Nazywa to „prysznicem dla mózgu”.
To tak wygląda wojna?
W szkole był prymusem i w czerwcu 1939 r. dostał przepustkę do prestiżowego polskiego gimnazjum. Niecierpliwie czekał na 1 września.
Ten dzień został mu w uszach i pod powiekami. A niedawno miał okazję go sobie przypomnieć: – 7 października 2023 r. byłem z żoną w Tel Awiwie, odwiedzałem rodzinę i przyjaciół. Obudziły mnie syreny. Wiedziałem od razu: to nie ambulans, to nie straż ogniowa. Ten sam ciąąągły, niekończący się ton... Od razu przeniósł mnie przestrzennie i czasowo do Łodzi 1 września 1939 r. Jeszcze słyszę: „Uwaga, uwaga, nadchodzi!”, ostrzeżenie przed bombowcami, które szły na Warszawę nad naszymi głowami.
Tak samo mocno zapamiętał 9 września 1939 r.: – Zebraliśmy się na Piotrkowskiej. Nadeszli. Niekończące się kolumny rosłych, tryskających zdrowiem żołnierzy. I ten grzmot zelówek podbitych gwoździami. Na bruku z kocich łbów grzmot był tak przenikliwy, że do dzisiaj na wspomnienie ciarki przechodzą mi po plecach. Promieniowali taką siłą... Sprawiali wrażenie, że wszystko zmiażdżą, co im w drogę wejdzie.
Kilka dni później zobaczył pod domem scenę, która powtarzała się w miastach i wsiach całej Polski. Niemiecki żołnierz obcinał staremu Żydowi brodę. Bagnetem, razem ze skórą. Leon pomyślał zszokowany: „To tak wygląda wojna?”.
Na początku 1940 r. Weintraubowie, tak jak 160 tys. łódzkich Żydów, musieli przenieść się do getta. Zamieszkali z siostrą matki i jej mężem. Potem wuj zmarł, ale dokwaterował się kuzyn. Osiem osób na 30 metrach kwadratowych.
Getto Litzmannstadt było wyjątkowe. Zarządzający nim Hans Biebow i Chaim Rumkowski stopniowo zamienili je w obóz pracy, podzielony na resorty. W 120 fabrykach i zakładach produkowano wszystko, co potrzebne III Rzeszy.
Silni i zdrowi mieli prawo przeżyć. Niepracujący, a także przesiedlani z Kujaw i krajów zachodnich Żydzi, Romowie i Sinti byli stopniowo wywożeni do Kulmhof: obozu natychmiastowej zagłady w Chełmnie nad Nerem.
Najbardziej pamiętny był wrześniowy tydzień 1942 r., nazwany Wielką Szperą: ze szpitali, placówek opiekuńczych i mieszkań Niemcy wraz z żydowską policją wyciągnęli wszystkie dzieci poniżej 10. roku życia, przewlekle chorych i dorosłych powyżej 65 lat.
Wcześniej Rumkowski apelował o dobrowolne wydawanie bliskich na śmierć. „Ojcowie i matki – dajcie mi swoje dzieci! Oddajcie mi chorych. W ich miejsce możemy ocalić zdrowych” – wołał z mównicy.
Tylko nie strzelać!
Leon pracował w resorcie metalowym, potem elektrycznym. Po 12 godzin dziennie, często zmarznięty, ciągle głodny – najczęściej jadł brukiew, na wspomnienie której do dziś ma mdłości.
Wieczorami próbował odwrócić uwagę od głodu czytaniem: – Ale nie mogłem zasnąć, wybudzałem się z tym bolesnym uciskiem w dołku i jedyne, co wypełniało mi mózg, to rozmyślania, jak wypełnić żołądek.
Tak przeżył do likwidacji getta w sierpniu 1944 r. Wtedy zrobił dla rodziny kryjówkę za szafą. Przetrwali tam kolejne obławy, aż mama nie wytrzymała. Gdy usłyszała po niemiecku: „Jak kogoś znajdziemy, zastrzelimy na miejscu”, krzyknęła, też po niemiecku: „Tylko nie strzelać!”.
Wyszli z podniesionymi rękami. Nie wszyscy: jedna z sióstr i kuzyn zostali za szafą. Kuzyn przeżył wojnę, siostra nie.
Leon Weintraub: – Róża ukrywała się z grupą socjalistycznych bojowników, złapano ją i przez Auschwitz-Birkenau wywieziono do Stutthofu, a później do Królewca, gdzie miała sprzątać miny z torów kolejowych. Tam zginęła. Nas zaprowadzono do więzienia, a rano na stację Radogoszcz, gdzie zostaliśmy załadowani do wagonów bydlęcych.
Zobaczymy się w środku
Powiedziano im, że jadą do pracy. Jechali dwa dni, stojąc w fekaliach, które wylewały się z wiadra ustawionego w kącie. Leon trzymał plecak, do którego spakował największe skarby.
Gdy zerwano mu go z ramion na rampie w Auschwitz, krzyknął: „Ale ja mam tam znaczki!”. Ktoś nachylił się nad nim i powiedział: „Tu się nie przychodzi, żeby żyć”.
Nie miał czasu się nad tym zastanawiać, poganiany w stronę esesmanów, którzy kciukiem kierowali przybyłych w lewo lub prawo. Odwrócił się jeszcze do mamy – pamięta, że miała na sobie granatowy kostium i białą bluzkę, resztki różu na policzkach – pomachał jej i zawołał: „Mama, zobaczymy się w środku!”.
– Zginęła od razu tego dnia, gdy nas przywieziono.
Dopiero wiele lat po wojnie zapytał siostry o szczegóły. Mówiły, że w selekcji brał udział Josef Mengele, autor eksperymentów pseudomedycznych. Miał nachylić się nad mamą i o coś pytać, ona odpowiedziała, on skinął kciukiem w prawo. Ale jej starsza siostra kurczowo trzymała ją za rękę. A że sama została skierowana w lewo, pociągnęła Natalię ze sobą. Do komory gazowej.
Co tu robicie nago?
Nie wie, ile czasu był w Auschwitz II – Birkenau. Jak inni przywiezieni wtedy z Łodzi, nie został zarejestrowany. Ogolono mu głowę, podbrzusze i pachy, wysmarowano parzącym środkiem do dezynfekcji, kazano założyć drewniaki i przypadkowe ubrania. Ale nie zrobiono mu zdjęcia, nie wytatuowano numeru, nie posłano do pracy.
Dni spędzał pod swoim blokiem 10, starając się nie zwracać na siebie uwagi sadystycznego kapo, Polaka. Patrzył na druty i czarne chmury przez całą dobę unoszące się z kominów. Po porcelanowych izolatorach domyślał się, że druty są pod napięciem, po smrodzie dymu – że palą ludzi. Więcej nie wiedział.
Był w stuporze, który przerwało nagłe olśnienie: – Zobaczyłem między blokiem 16 a 18 grupę nagich mężczyzn. Zapytałem: „Co tu robicie nago?”. Pokazali mi, że są rejestrowani, czekają na odzież, żeby wyjechać do pracy. I słowo „wyjechać” stało się sygnałem. Bez zastanowienia – tylko spojrzałem w lewo, w prawo: ani esesmanów, ani kapo – w cieniu budynku zrzuciłem łachy, które nosiłem już wiele tygodni. Wmieszałem się w ten tłum nagich mężczyzn. Na szczęście – jak wiele razy zadziałała moja dobra gwiazda – nie sprawdzali, że nie byłem rejestrowany. Wszedłem z nimi do pociągu.
To był projekt „Riese”
Trafił do obozu w Oberwüstegiersdorf na Dolnym Śląsku. Tam, znowu bez zastanowienia i pewności, że to dobra decyzja, podniósł rękę na apelu.
– Jak zawołali, że szukają elektryków, zgłosiłem się. Tym razem wylądowaliśmy w Dörnhau, innym podobozie Gross-Rosen. To był projekt „Riese” [po niemiecku: Olbrzym – red.]. Żydzi drążyli system tuneli w Górach Sowich na przyszłe fabryki zbrojeniowe.
Ale tę wiedzę Weintraub posiadł długo po wojnie; prowadzony z rozmachem projekt inżynieryjny III Rzeszy do dziś ma swoje tajemnice.
– Nigdy nie byłem w środku. Doprowadzałem prąd do tego systemu. Dostałem żelazne buty, słupołazy, wdrapywałem się na słup, zahaczałem o niego pas, by się oprzeć, i mocowałem izolatory oraz przewody podawane z dołu.
– To mnie uchroniło od tego, co widziałem wiele razy z góry – dodał. – Esesmani, szczególnie młodzi, strasznie się nudzili. Brał taki esesman karabin za lufę i szedł, machając. Jak głowa więźnia była na drodze kolby, tym gorzej dla głowy. Prawie codziennie jeden-dwa trupy nosiliśmy z powrotem do obozu.
Jadłem, jadłem, jadłem
Widział też wieszanie więźniów za próbę ucieczki. Ale pracujący przy projekcie „Riese” umierali głównie z zimna, głodu i wycieńczenia. Według danych Muzeum Gross-Rosen z 13 tysięcy robotników przeżyło 8 tysięcy.
Leonowi pomogło, że został uznany za fachowca. Strażnicy pozwalali mu ogrzać się przy ognisku, do tego nie był kontrolowany przy wyjeździe do pracy i mógł nosić koc pod pasiakiem.
Najlepiej wspomina niemieckiego majstra: – Choć nie pamiętam, żebym z nim słowo zamienił. Ten człowiek sprawił, że jedyny raz, od września 1939 r. do wyzwolenia około 20 kwietnia roku 1945, powtarzam, jedyny raz w ciągu tych pięciu lat, siedmiu miesięcy i trzech tygodni najadłem się do syta.
Pewnego dnia majster przyjechał swoim motocyklem i pokazał straży pismo, że przejmuje za Leona odpowiedzialność, bo potrzebuje go jako fachowca do szukania materiałów.
– Wylądowaliśmy w jakimś mieście, chyba Wałbrzychu. A tam zamiast magazynów – dom prywatny. Mieszkanie otworzyła nam młoda pani, usadzili mnie w kuchni przed miską zupy i taaakim stosem chleba, a sami poszli do sypialni. Nie wiedziałem nawet, co oni tam robią, widziałem tylko tę zupę i kromki. Wyłączyłem wszystko inne i jadłem, jadłem, jadłem.
Jakby ludzkie mrowisko
W lutym 1945 r. zaczęła się ewakuacja więźniów z podobozów Gross-Rosen. Leon przeżył trzydniowy „marsz śmierci” – bez jedzenia i okrycia, w drewniakach na gołych stopach. We wspomnianej rozmowie-rzece opisywał: „Przede mną płatki śniegu i ludzie po horyzont, za mną płatki śniegu i ludzie po horyzont. Obok żołnierze SS z wilczurami. Słyszę strzał: więzień nie mógł dalej iść, upadł, więc został zabity”.
Kolejny przystanek: Flossenbürg, już w północno-wschodniej Bawarii.
Weintraub gorączkował, zamiast w kamieniołomie miesiąc spędził w kwarantannie. Pamięta spanie w czwórkę na jednej pryczy i budzenie się ze sztywną stopą przy policzku, gdy kolejny towarzysz nie przeżył nocy.
Został mu stamtąd filmowy obraz: – Staliśmy na placu apelowym i się do siebie tuliliśmy, by chronić się od zimna. Przychodzili nowi, nowi, nowi. I w końcu ci, co byli w środku, próbowali się wydostać, bo pod tym naciskiem się dusili. A ci, co byli na zewnątrz, plecami do chłodu, chcieli wejść w głąb. I to wszystko poruszało się po tym placu, jakby ludzkie mrowisko. Jak obraz Breughla, apokaliptyczny.
Gdy przyjeżdża teraz do Flossenbürga na rocznice wyzwolenia i staje w tym miejscu, ma wrażenie, że czuje drgania. A potem w hotelu – choć na ogół sypia spokojnie – krzyczy i rzuca się przez sen. Wie to od żony; treści koszmarów nigdy nie pamięta.
A czemu panie zdziwione?
Ostatnim obozem Leona był Offenburg, w południowo-zachodnich Niemczech. Znowu miał szczęście: koledzy musieli rozbrajać miny, a on dostał bezpieczną pracę.
Wspomina: – Widocznie wyczytali w dokumentach, że mama miała pralnię i kazali mi prać bieliznę wartowników. Raz coś popsułem. Położyli mnie na stół, ręce i nogi pod stołem podwiązali sznurem, spodnie ściągnęli i na gołą... Nie pasem, nie szpicrutą, tylko gumowym szlaufem wypełnionym piaskiem, żeby to ważyło. Miałem liczyć, przy ósmym uderzeniu straciłem przytomność, obudziłem się na pryczy. Następne dni mogłem leżeć tylko na brzuchu. Ale przeżyłem.
Przeżył też tyfus plamisty, który zdiagnozowano u niego już po wyzwoleniu przez armię amerykańską. Miesiąc leżał w śpiączce. Ważył 35 kilo. Do zdrowia wracał w prowadzonym przez Francuzów sanatorium, gdzie co rano do łóżka podawano karafkę czerwonego wina i paczkę papierosów marki Gauloises.
– I znowu: jaki przypadek! Sanatorium było nad Jeziorem Bodeńskim, odwiedzałem kumpli w pobliskiej Konstancji. We wrześniu 1945 r. przychodzę do nich do hotelu, siedzą z nimi dwie młode kobiety. Były tam tylko tego dnia, przejazdem. Przedstawiłem się. Krzyknęły: „Weintraub?! Łodzianin?”. „A dlaczego panie zdziwione?”. „Bo my jesteśmy z Bergen-Belsen i tam spotkałyśmy trzy dziewczyny: Lolę, Frankę i Malę”. Moje siostry!
Tego samego dnia ruszył w drogę do Bergen-Belsen. To był kawałek drogi, kilkaset kilometrów na północ. – A tam siostry od kilku dni siedziały w żałobie, bo przyjaciel rodziny widział mnie w bloku dziesiątym w Birkenau i był świadkiem, jak ten cały blok poszedł do gazu. Nie wiedział, że kilka dni wcześniej udało mi się stamtąd umknąć.
Być użytecznym
Za datę powtórnych narodzin uważa 11 listopada 1946 r.: wtedy zaczął wymarzone studia medyczne w Getyndze. Rok później był już żonaty ze slawistką Katją Hof, Niemką z Berlina, i oczekiwali narodzin dziecka.
A potem? Drugie życie Leona Weintrauba to już inna opowieść. Gdy się spotkaliśmy w łódzkim hotelu, nie było na nią czasu – tego dnia miał w rozpisce jeszcze inne wywiady. Zadzwonił, by przesunąć kolejny i z uśmiechem powiedział do mnie: – Szafa gra! Jeszcze coś pani leży na sercu?
– Na przykład: jak po tych doświadczeniach można zachować radość i chęć życia? Jest pan radosnym człowiekiem.
– Pogodnym – poprawił. – Po prostu cenię to, że przeżyłem. Że się hitlerowcom nie udało mnie zamordować. Dlatego jestem nieuleczalnym optymistą.
– Użytecznym optymistą – nawiązałam do jego motta.
– Być użytecznym: ta myśl była myślą przewodnią wielu moich współocalałych. Żeby żyć nie tylko sobie, aby nie chować dla siebie doświadczenia i talentów, lecz się nimi dzielić.
– Rozumiem, że to daje poczucie sensu życia? Bo nie jest pan wierzący, prawda? – dopytałam.
– Nie! Nie chcę urażać niczyich uczuć religijnych, ale dla mnie jako przyrodnika personifikacja pojęcia „bóg” – że siedzi tam w niebiosach starszy pan z brodą, który kieruje naszym życiem – jest nie do przyjęcia.
Miał dla mnie jeszcze kilka bon motów. Nie mógł się zdecydować, który będzie lepszy na zakończenie. Wybrałam ten: – Astronomowie nam pokazują, że takich galaktyk jak nasza są try-lio-ny! Ziemia jest pyłkiem w kosmosie. Na tym małym pyłku dzielić mieszkańców jednego gatunku homo sapiens na tysiące kategorii, organizacji, niekiedy walczących ze sobą – jest czystym nonsensem.
Korzystałam m.in. z książki Magdy Jaros i Leona Weintrauba „Pojednanie ze złem. Historia chłopca z łódzkiego getta”, wyd. Bellona, 2021.
BIOGRAM:
LEON WEINTRAUB (ur. 1926) jest emerytowanym ginekologiem-położnikiem i chirurgiem. Więziony w łódzkim getcie, Birkenau i innych obozach. W 1946 r. zaczął studia medyczne w Niemczech, ukończył je w Warszawie. Po obronieniu pracy doktorskiej został ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w Otwocku. W 1968 r. szykanowany, w 1969 r. pod fałszywymi zarzutami zwolniony ze stanowiska. Załamany komunistycznym antysemityzmem, wyemigrował z rodziną do Szwecji.
Od 1992 r. udziela wywiadów i wygłasza wykłady o doświadczeniach wojennych – po szwedzku, niemiecku i polsku. Zainicjował budowę Miejsca Pamięci w Dobrej koło Turku: pomnika żydowskich mieszkańców, wśród których byli jego przodkowie. Dwukrotnie żonaty, ma czworo dzieci, liczne wnuki i prawnuki. Znawca i kolekcjoner nagrań Sonaty Kreutzerowskiej. Na jego pogrzebie ma być wykonana jej trzecia część: Rondo (Allegro).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















