Warto wyjść poza wielkie miasta i opuścić utarte szlaki, bo teatralna mapa Polski zmienia się nieustannie. Łatwo udać, że to jest właśnie chwila, gdy odkrywa się Opole, ale byłoby to efektowne nadużycie. Bo Teatr Kochanowskiego, w ubiegłym roku obchodzący półwiecze istnienia, już wcześniej miewał znakomite momenty.
Sięgam do własnej pamięci i wydobywam z niej choćby czas dyrekcji Bartosza Zaczykiewicza i ikoniczne przedstawienia Marka Fiedora – prowokacyjny „Baal” Brechta, a przede wszystkim zatopioną w najprawdziwszym błocie „Matkę Joannę od Aniołów” Iwaszkiewicza. A potem choćby słynnego mafijnego „Makbeta” Mai Kleczewskiej i pierwszą jej przymiarkę do „Dziadów”.
Od tamtych inscenizacji minęła epoka, dziś w opolskim teatrze wciąż pracują ludzie, którzy je pamiętają (a niektórzy, jak wspaniała aktorka Judyta Paradzińska, grali w nich główne role), ale jego puls bije w innym tempie. Gdy się wchodzi na dużą scenę, nad ogromnymi schodami widać hasło: „Teatr wielu głosów, różnych spojrzeń”.
Założenie celowo szerokie i pojemne, by w gigantycznym budynku pomieścili się poszukiwacze przeciwstawnych konwencji, ci, co chcą propozycji konwencjonalnych, miłośnicy rzeczy progresywnych, a nawet sceny tańca, gdyż Kochanowski przygarnia pod swój dach także utalentowanych choreografów.
Trzeba pamiętać przy tym, że to jedyny dramatyczny teatr instytucjonalny w mieście oraz w niewielkim co prawda województwie, zatem nie może zapominać o potrzebach publiczności. Nie może iść w absolutną niszę, ryzykując utratę widowni. Musi żonglować tytułami i gatunkami, zapewnić namysł i rozrywkę. Tyle że w Kochanowskim nie uświadczysz modelu „lektura plus bajka”. Lektury szkolne nawet bywają, jednak w stricte autorskim ujęciu reżyserów. Bajki na afiszu nie dostrzegłem, chociaż spektakle dla młodzieży owszem.
Sceniczny maraton w Teatrze Kochanowskiego
Teatr Kochanowskiego organizuje raz do roku na wiosnę maratony i przez weekend pokazuje wycinek ze swych najnowszych produkcji. Robi się z tego showcase pozwalający ułożyć sobie własny obraz jak puzzle, bo trudno sprowadzić propozycje z Kochanowskiego do jednego mianownika. Z tegorocznego przeglądu pomijam zatem tytuły ewidentnie słabsze, przywołuję dwa widowiska, wyznaczające przeciwległe bieguny działań opolskiego zespołu. Najpierw rzecz autorska, coś z obrzeży głównego nurtu.
Nie miejsce tu i nie czas na monografię opolskiej placówki ani szerszą prezentację dokonań artystycznych i dyrektorskiej koncepcji Norberta Rakowskiego. Jego prace reżyserskie śledzę od lat, chyba nigdy nie udało mi się namówić go na odautorskie eksplikacje, a jednak z satysfakcją obserwuję jego drogę. Z pierwszego wykształcenia aktor, przez wiele lat inscenizował kawałki dobrze skrojone, formy zamknięte – komedie, tradycyjne dramaty, czasem sztuki z kluczem. Gdy zdobył w tym biegłość, mógł przebierać w ofertach, wykonał zwrot w stronę ryzyka.
W „Badaniach ściśle tajnych” Iwana Wyrypajewa szukał odpowiedzi na pytanie o to, czy jest instancja wyższa, zasada rządząca światem. W przejmujących „Czterech dobrych powodach, by rzucić wszystko w cholerę”, opowiadając historię muzealnej strażniczki (wspaniała rola Mileny Lisieckiej), upominał się o ludzi na co dzień niewidocznych, pozornie zbędnych. Powstałe w polsko-hiszpańskiej koprodukcji „I’m Nowhere/Znikanie” (również w części oparte na tekście Wyrypajewa) odważnie podejmowało temat eutanazji.
„Autentik”: świetny spektakl Rakowskiego
A teraz zrealizowany we współpracy z Wrocławskim Teatrem Pantomimy „Autentik” – jeszcze inna historia. Historia? A może raczej impresja, sceniczny drobiazg, tylko siedem scen, z czego zaledwie dwie oparte na tradycyjnym dialogu. Godzina, w której nie wiedzieliśmy niczego o sobie nawzajem – by zacytować tytuł niemego dramatu Petera Handkego.
We fragmentach mówionych obserwujemy grę między adeptką Miją (Aurora Lipartowska), która trafia do renomowanego laboratorium, by tu zdobywać naukowe doświadczenie, i starszym mężczyzną (Bartosz Woźny), może właścicielem tego miejsca, filantropem, który może pozwolić sobie na manipulację innymi. W sekwencjach bez słów mamy dwoje naczelnych (Karolina Pewińska i Jakub Klimaszewski w sugestywnych kostiumach… małp) w dziwnym, naładowanym agresją, a może i erotycznym dygotem układzie przyciągania i odpychania.
Streszczenie – dochodzi jeszcze pies robot! – nie oddaje esencji seansu Rakowskiego. Seansu dziwnego, niepokojącego, niepostrzeżenie dusznego, jak pełna niedopowiedzeń rozmowa Lipartowskiej i Woźnego. Można interpretować ją jako rozgrywkę o dominację, można w całym godzinnym przedstawieniu jeszcze raz szukać zasady rządzącej rzeczywistością. To chyba jednak się nie powiedzie, więc najlepiej wrócić do tytułu.
„Autentik” pyta bowiem o to, gdzie kończy się udawanie, a zaczyna prawda, co jest autentykiem, a co falsyfikatem. Powracając do owych naczelnych, każe nam pochylić się nad naszą własną sytuacją ontologiczną. Jesteśmy, czy nas nie ma? Jeśli żyjemy, to czym różnimy się od naczelnych, dokąd zaprowadziła nas ewolucja? Może donikąd, gdyż wysoka kultura to tylko sztafaż skrywający wrodzoną agresję?
Seans Rakowskiego mnoży pytania i nie daje odpowiedzi. Rodzi się z tego świetny, bardzo osobny teatr, w dodatku taki, jakiego nie zobaczycie nigdzie poza Opolem.
„Piana dni” Igora Mendjisky'ego: pełna poezji i absurdalnego humoru opowieść
„Piana dni” jest propozycją zdecydowanie bardziej tradycyjną, ale jej urok w tym, że podążając za książką Borisa Viana raz po raz ten konwencjonalny szkielet demoluje. Spektakl wyreżyserował Francuz Igor Mendjisky, a jest to twórca, który najwyraźniej bardzo lubi bawić się teatrem.
Od pierwszej chwili przydługiego przedstawienia widać, że Viana zna i lubi, a powieść francuskiego skandalisty idealnie pasuje do inscenizacyjnego stylu artysty. „Piana dni” bowiem to pełna poezji i absurdalnego humoru opowieść o grupie przyjaciół, różnicach klasowych, mieszaniu alkoholi, zamiłowaniu do poezji niejakiego Jean-Sola Partre’a, a przede wszystkim o miłości.

Właśnie ten motyw Mendjisky podkreśla najmocniej, w wielu sekwencjach czyniąc ze swego przedstawienia melodramat pełną gębą. I w miejscu, gdzie polski twórca zapewne uznałby, że tak nie wypada, że trzeba szukać drugiego dna i uzasadniać zdarzenia w bardzo wyrafinowany sposób, artysta z Francji bawi się materią powieści, proponując spektakl bezczelny i bezwstydny, bo tak lubi i tak mu się podoba.
Dlatego w opolskiej „Pianie dni” zapewne nie chodzi o nic więcej poza samą opowieścią, radością grania, smakowaniem absurdu. Mendjisky i jego ekipa aktorska sprawiają, że chce się wrócić do literatury Viana, a na razie bezkrytycznie wierzyć, iż w płucu dziewczyny mógł urosnąć pokaźnych rozmiarów nenufar. Bo w końcu dlaczego nie.
Spektakle Rakowskiego i Mendjisky’ego: wyjątkowe doświadczenie
Opolski spektakl przynosi zatem czystą przyjemność oglądania, ożywczy powrót do zapomnianego melodramatycznego gatunku, w którym – podobnie jak w zaproponowanym przez pisarza i reżysera humorze – świetnie czują się aktorzy: znów Woźny, Lipartowska i Klimaszewski, ale też Monika Stanek, Magdalena Maścianica, Karolina Kuklińska, Rafał Kronenberger i występujący w Kochanowskim gościnnie Miron Jagniewski.
Także dzięki nim przedstawienie bywa szaloną komedią, ale przede wszystkim płynącą samoistnie opowieścią. Gdy jej nurt się zatrzyma, okaże się, że był zwodniczy, bo pod absurdem i beztroską zabawą kryła się gorzka refleksja o kruchości świata, o tym, że to, co teraz jest, za chwilę może zniknąć, rozpłynąć się, nie być.
Jeden teatr, dwa teatry, a może nawet jeszcze więcej. Spektakle Rakowskiego i Mendjisky’ego są całkiem inne i chyba niewiele je łączy. No może poza jednym. Kompletnie nie spodziewałem się, że coś podobnego zobaczę. Nie tylko w Opolu. Gdziekolwiek.
Autor jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















