Sprawiedliwi wśród Narodów Świata: dziś to oni potrzebują pomocy

Starzy i często schorowani, ostatni z żyjących Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, wymagają wsparcia. Jakub Rympel, wdzięczny ludziom, dzięki którym przeżył jego ojciec, zorganizował taką pomoc.
Czyta się kilka minut
Jakub Rympel na piewszym planie, po lewej, podczas spotkania Sprawiedliwych i Uratowanych w synagodze Izaaka w Krakowie. Czerwiec 2015 r. // Fot. Archiwum prywatne
Jakub Rympel na piewszym planie, po lewej, podczas spotkania Sprawiedliwych i Uratowanych w synagodze Izaaka w Krakowie. Czerwiec 2015 r. // Fot. Archiwum prywatne

Pod górę ciężko. Do tego na drodze leży jeszcze sporo błota – ślisko. I wąsko, miejsca starcza właściwie tylko na jeden samochód. Na szczęście z góry nic nie jedzie – zresztą tam mieszkają już tylko trzy rodziny. Wieś została daleko w dole – nawet dachów domostw stąd już nie widać. Zakryła je zupełnie zieleń drzew rosnących u podnóża zbocza.

Uruchamianie odtwarzacza...

Po chwili robi się jeszcze trudniej – wjeżdżamy na łąkę, koła zaczynają się niemiłosiernie ślizgać. Najlepiej byłoby zostawić auto i dalej iść na nogach. Ale jak? Przecież Kuba, chory na stwardnienie rozsiane, nawet jednego kroku sam nie zrobi.

Józef Jarosz to jeden z ostatnich żyjących Sprawiedliwych. Na zdj. z sadzonką drzewa dla Sprawiedliwych w rodzinnej Męcinie k. Nowego Sącza // Archiwum prywatne

– O, tam – wskazuje na budynek pod lasem. Ostatni dom w Męcinie, wsi nieopodal Nowego Sącza. Mieszka w nim rodzina Jaroszów: pan Józef i pani Kazimiera. Józef Jarosz to jeden z ostatnich żyjących Sprawiedliwych. Z siostrą i rodzicami uratował życie czternastu Żydom.

Pomysł, by zaopiekować się polskimi Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata, pojawił się w głowie Jakuba Rympla wiele lat temu, trochę przypadkiem. Kuba, z zawodu fizjoterapeuta (po krakowskiej AWF), krakowski Żyd, którego rodzina (zarówno od strony matki, z domu Horowitz, jak i ojca) od pokoleń mieszka w Krakowie, oprowadzał na początku lat dwutysięcznych wycieczki izraelskiej młodzieży, która przy tej okazji spotykała się ze Sprawiedliwymi – Polakami ratującymi Żydów podczas okupacji. 

Na jednym z takich spotkań Kuba poznał Mirosławę Przebindowską-Gruszczyńską, która wraz z matką i siostrą ukrywała w mieszkaniu przy ul. Sławkowskiej w Krakowie kilkunastoletnią Annę Allerhand.

Dlaczego Sprawiedliwi nie chcieli wyróżnienia

Gdy przy kawie pani Mirosława dowiedziała się, że Kuba należy do krakowskiej gminy żydowskiej, wyjawiła mu swoje marzenie: odsłonięcie tablicy w Krakowie ku pamięci Sprawiedliwych. Pani Mirosława rozmawiała już na ten temat z przewodniczącym gminy Tadeuszem Jakubowiczem, ale sprawa utknęła. Czy Jakub mógłby się tym zająć? Kuba nie zastanawiał się długo. – Wiedziałem, że ludzie, którzy uratowali mojego ojca, nie zostali uhonorowani w Yad Vashem. To zawsze mnie bolało – wspomina.

Sąsiadami rodziny ojca Jakuba, Ludwika Rympla, byli przed wojną Kuczmierczykowie, z pochodzenia Austriacy. Mieli cztery córki, które przyjaźniły się z babcią Kuby. Jedna z nich wyszła za mąż za oficera wojska polskiego, majora Kubicę, druga (już w czasie wojny) za Niemca, esesmana. Majorowa Kubica mieszkała z mężem w willi na Osiedlu Oficerskim – skąd Niemcy wyrzucili Polaków i zasiedlili ich domy urzędnikami Generalnej Guberni. 

Kubicy, dzięki protekcji wżenionej w esesmana siostry, pozwolono nadal mieszkać w jej willi przy ul. Zaleskiego, ale tylko w części przeznaczonej dla służby. I w tej służbówce majorowa Kubica ukrywała ojca Jakuba, kilkuletniego Ludwika. Ludwik Rympel przebywał z rodzicami w czasie wojny również w Iwli koło Dukli – u jednego z miejscowych gospodarzy. Kuba nic więcej jednak nie wie. Nie zna nawet jego nazwiska.

Dlaczego ani majorowa Kubica, ani gospodarze z Iwli nie otrzymali medalu dla Sprawiedliwych? Nie wiadomo, babcia wypierała całkowicie wydarzenia z czasów wojny – do tego stopnia, że o fakcie, iż miała siostrę Helenę, Kuba dowiedział się przypadkowo dopiero po jej śmierci. Ojciec też niewiele opowiadał – zresztą umarł młodo, więc nie było za bardzo czasu na pytania.

Dziś Kuba zastanawia się, czy nie było tak, że ani ów gospodarz, ani majorowa nie chcieli wyróżnienia. Bywało przecież tak, że Polacy, którzy ratowali Żydów w czasie wojny, nie przyjmowali odznaczeń z Yad Vashem – bo po prostu uważali, że zrobili to, co należało, i żaden medal nie jest im potrzebny.

Inni z kolei się bali. Nawet wiele lat po wojnie ukrywali fakt, że podczas okupacji ratowali Żydów. Dlaczego? Z obawy przed reakcją sąsiadów, którzy zadawali różne pytania. Na przykład: czy ludzie, którzy pomagali Żydom, mieli prawo narażać sąsiadów na śmierć? Albo takie: skoro pomagali Żydom, to pewnie zbili majątek na ich złocie? Jak duży ten majątek? Dom z tego złota zbudowali? Mieszkanie w mieście kupili?

Dziś są starzy i schorowani. To ostatni czas, by pomóc Sprawiedliwym

Aby spełnić prośbę Mirosławy Przebindowskiej-Gruszczyńskiej, w 2009 r. Jakub stworzył wraz z przyjaciółmi nieformalną grupę Żydowska Inicjatywa dla Sprawiedliwych. Dzięki jej staraniom pojawiły się na krakowskim Kazimierzu nie jedna, ale dwie tablice ku ich czci: na dziedzińcu synagogi Remuh i przy synagodze Kupa.

Inicjatywa postanowiła też pomagać Sprawiedliwym – zwłaszcza tym, którzy są w trudnej sytuacji zdrowotnej albo materialnej. Wprawdzie osoby zrzeszone w Polskim Towarzystwie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata otrzymują pomoc od różnych organizacji żydowskich (głównie od Jewish Foundation for the Righteous; comiesięczne świadczenie wypłacane przez tę fundację dla jednej osoby wynosi ok. 400 dolarów), ale zdarza się, że nawet tacy ludzie, często schorowani, proszą o wsparcie.

– Organizujemy głównie akcje charytatywne – opowiada Jakub. – Nie jest jednak łatwo zebrać większą sumę pieniędzy. Raz udało nam się uzyskać ze sprzedaży grafik, m.in. Jonasza Sterna, jedynie trzy tysiące złotych. Może starość po prostu nikogo już dziś nie interesuje?

Społeczność żydowska w Polsce jest mikroskopijna – to około dziesięć tysięcy ludzi deklarujących tę narodowość. Poza tym temat Sprawiedliwych jest trudny, bo – jak przyznaje Jakub – nadal istnieje rachunek wzajemnych krzywd i żalów. – W czasie wojny obok prawdziwych bohaterów byli także szubrawcy. Moja rodzina również zetknęła się ze szmalcownikami, a tuż po wojnie niewiele brakowało, by mój ojciec stał się ofiarą ataku uzbrojonej bandy pod wodzą księdza Hojoła na sierociniec w Rabce, w którym przebywał – opowiada Kuba. – Ja sam staram się stać ponad tym, wyrażać wielką wdzięczność i podziw dla tych wspaniałych ludzi, którzy ratowali Żydów w czasie wojny. Owszem, byli też szubrawcy – ale co to ma do rzeczy? Nie honoruję Polaków, ale wszystkich prawych ludzi. Tak się jednak z oczywistych względów składa, że są nimi Polacy.

Jakub Rympel na spotkaniu ze Sprawiedliwymi i ich rodzinami w synagodze Kupa w Krakowie. Czerwiec 2018 r. // Fot. Archiwum prywatne

W ostatnich latach Inicjatywa organizowała spotkania ze Sprawiedliwymi, namawiała do wspomagania ich odpisem podatkowym, nadal wyszukiwała miejsca, gdzie ukrywani byli Żydzi. – Jest ich coraz mniej. To jakieś piwnice pod stodołami lub oborami, nierzadko zwykłe ziemne jamy, czasami zabezpieczone drewnianymi palami i deskami – tłumaczy Jakub. – One z biegiem lat niszczeją, a tylko nieliczni właściciele posesji starają się o nie dbać. Bywa, że nie chcą nagłaśniać faktu, iż mają takie kryjówki u siebie – bo członkowie ich rodzin ratowali Żydów, gdy tymczasem inni ich zabijali. Bywa też, że nowi właściciele świadomie niszczą takie miejsca, bo nie chcą u siebie żydowskich wycieczek.

Czternaście osób ukrywało się w piwnicy pięć na pięć metrów

Marzeniem Kuby jest ufundowanie witrażu dla Sprawiedliwych oraz organizacja koncertu ku ich czci, z udziałem ostatnich żyjących Sprawiedliwych i Uratowanych. Niestety, z powodu choroby Kuba ma coraz mniej sił. Zaczęło się kilka lat temu – od lekkiego niedowładu nogi po jeździe na nartach. Diagnoza: stwardnienie rozsiane. Choroba w ostatnich latach szybko postępowała – dziś Kuba porusza się na wózku.

Nie przeszkadza mu to jednak regularnie odwiedzać Sprawiedliwych w ich domach, choć najczęściej utrzymuje z nimi kontakt telefoniczny. Z wieloma mocno się zaprzyjaźnił. Niektórzy są dla niego wręcz jak rodzina. Choćby Józef Jarosz z Męciny.

Piesek w bramie wiodącej do jego domu podbiega do nas radośnie, merdając przyjaźnie ogonem. Z domu wychodzi pani Kazimiera, żona Józefa Jarosza.

– Uważać na schodach – mówi 85-letnia kobieta, dyrygując akcją wnoszenia Kuby na górę. – Nogę przesunąć przez próg, o tak, trochę w prawo!

Siadamy w kuchni. Pani Kazimiera opowiada o swoim długim życiu: z roli ciężko się żyło, nie było łatwo, na okrągło robota („My są, panie, bardzo wyrobieni ludzie”), ale dzieci się odchowało, na ludzi wyszły, a ona i mąż, choć już starzy, to dzięki Bogu zdrowi i zjeść wszystko jeszcze można, i kielicha czasem wypić, i do lasu na grzyby pójść. Nie, na pewno nie można narzekać.

Historię pana Józefa z czasów wojny też opowie głównie pani Kazimiera, bo pan Józef (94 lata) mówi z dużym trudem; ma sporą demencję. Ale jego żona zna każdy szczegół tej historii – nasłuchała się jej przecież wiele razy.

Było tak. Pewnego dnia w 1943 roku do domu Jaroszów w Stańkowej (wieś obok Męciny) przyszedł Żyd, Wolman. Franciszek Jarosz znał go i pamiętał dobrze – na targu w Nowym Sączu handlował gęsiami. Gdy Wolman, który uciekł z getta w Nowym Sączu, dotarł do domu Jaroszów, przewrócił się na progu i nie mógł już wstać – tak był głodny, wychłodzony i wyczerpany. Prosił Franciszka i Marię, jego żonę: „Pozwólcie zostać chociaż na dwa dni – potem pójdę dalej”. Jaroszowie wzięli go do domu – ogrzali, nakarmili. Po kilku dniach Wolman mówi: „Franciszku, ale ja mam jeszcze żonę i dwie córki – czy mogę je tutaj przyprowadzić?”.

Jaroszowie, którzy również mieli dwoje dzieci, 12-letniego Józefa i nieco młodszą Stanisławę, zgodzili się. Ukryli całą rodzinę w piwnicy pod stodołą – miała wymiary pięć na pięć metrów. Było to w kwietniu 1943 roku, a już na jesieni Jaroszowie przyjęli kolejnych dziesięciu Żydów. Ukrywali wszystkich aż do wiosny 1945 roku.

Dzięki odwadze małego Józka przeżyli wszyscy. W Polsce została tylko Ania

A Józek? Jego głównym zadaniem było przynoszenie wody dla mieszkańców piwnicy oraz przywożenie żywności. Czternaście osób niełatwo wyżywić. Skąd wziąć tyle jedzenia? Jak je przewieźć, żeby nikt nie zauważył? W samej Stańkowej w pobliżu domu Jaroszów były trzy inne domostwa. Trudna sprawa.

Mały Józek jeździ więc nocą przez las wozem do Łososiny Górnej po żywność: zboże, ziemniaki. Odbiera ją głównie od bogatych gospodarzy, których zwierzęta – bydło, konie – leczy Franciszek Jarosz, znany w całej okolicy jako rzetelny, choć domorosły weterynarz. Rodzice rozmyślnie wysyłają w tym celu Józka, bo ryzyko, że Niemcy zwrócą uwagę na małego chłopca, jest dużo niższe niż w przypadku osoby dorosłej. Gdy Niemcy pytają go, dokąd jedzie, mówi, że jego ojciec hoduje świnie i wysyła go po paszę. A on musi potem dźwigać te ciężary.

Józek wracał z takich wypraw najczęściej koło pierwszej, drugiej w nocy. Czy się bał? Raczej niewiele o tym myślał. Trzeba było ludziom pomóc, „i tyle”. Dostał za to w 1990 roku medal Sprawiedliwego.

Wszyscy Żydzi ukrywający się w piwnicy przeżyli wojnę. Gdy w końcu opuścili kryjówkę pod stodołą, całowali Jaroszów po rękach, płakali, modlili się i śmiali z radości. Po wojnie rozjechali się po świecie – trafili głównie do USA i Izraela. Jaroszowie nie mieli z nimi kontaktu. W Polsce wraz ze swoją matką i dziadkiem została jedynie Anna Grygiel-Huryn, najmłodsza z osób uratowanych przez Jaroszów. Po wojnie mieszkała w Nowym Sączu; zmarła w ubiegłym roku. Przez całe życie była zaprzyjaźniona z Jaroszami – Józka traktowała jak brata i zawsze podkreślała, że to jej wybawca, dzięki któremu żyje.

Gdy pani Kazimiera kończy swą opowieść, stawia na stole barszcz i krokiety. Są też pączki, gorąca kawa. – Ludzie gadają, że Żydzi ciągle nam jakieś paczki przywożą – mówi kobieta. – To proszę im powiedzieć – ripostuje Kuba ze śmiechem – że teraz Żydzi przyjeżdżają i nie dość, że nic nie przywożą, to jeszcze z pączków objadają!

Kraków, mieszkanie Jakuba Rympla. Na ścianie obraz: szkic należącej niegdyś do jego dziadków kamienicy na rogu ulic Rakowickiej i Lubicz. Pod ryciną siedzi 56-letni Kuba, krakowski Żyd, wdzięczny ludziom, dzięki którym przeżył jego ojciec. Wdzięczny wszystkim, którzy ratowali jego przyjaciół, rodzinę, znajomych, obcych. Każde jedno życie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: To zawsze mnie bolało