Mateusz Demski: W tym roku mija 80. rocznica rozpoczęcia procesów norymberskich. Od pewnego czasu coraz częściej powracamy do tamtych wydarzeń.
Jack El-Hai, dziennikarz: Moją książkę pisałem w roku 2013, mając poczucie, że historie o ekstremizmie politycznym i faszyzmie pozostają na marginesie zainteresowań opinii publicznej. Sytuacja się zmieniła, myślę więc, że ta opowieść jest prawdopodobnie znacznie bardziej aktualna niż wówczas, gdy nad nią pracowałem.
Dlaczego?
Po pierwsze chodzi o ideę stojącą za procesami norymberskimi – przywódcy, którzy popełniają zbrodnie przeciwko ludzkości, a więc działają na szkodę pokoju albo dopuszczają się ludobójstwa, powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności. I to nie kto inny, a społeczność międzynarodowa musi tę sprawiedliwość wymierzyć. Nie chodzi bowiem o samosąd, jak życzył sobie tego choćby Winston Churchill, który postulował, by niemieckich zbrodniarzy, bez sądu, rozstrzelać albo powiesić.
Druga kwestia dotyczy tego, co dzieje się dziś w wielu krajach, w tym w moich rodzinnych Stanach Zjednoczonych. Demokracja jest w permanentnym stanie zagrożenia, a ludzie u władzy nawet jeżeli nie są faszystami, to stosują faszystowskie techniki, aby nas kontrolować i nami przewodzić.
Ostatnio słyszę, że taki trybunał przydałby się dziś bardziej niż kiedykolwiek. Fraza „Norymberga dla Putina” stała się jednym z haseł demonstracji na całym świecie.
No cóż, możemy żywić nadzieję, że taki scenariusz się spełni. Ale czy należy się tego spodziewać? Norymberga była w dużej mierze wynikiem splotu wielu okoliczności, które mogą być poza kontrolą międzynarodowego porządku karnego. Co prawda od tamtego czasu odbyło się kilka udanych procesów, wymierzających sprawiedliwość chociażby po wojnie w Bośni i Hercegowinie czy w sprawie ludobójstwa w Rwandzie, ale to wyjątki.
Zwykle sądzimy małe narody. Nikt nie postawił przed sądem Amerykanów za to, co zrobili w Iraku albo w Wietnamie.
Taki proces może wymagać całkowitej klęski reżimu czy kapitulacji agresora, jak stało się to w przypadku III Rzeszy. Nie jest to częsty scenariusz, próżno czekać na podobne rozwiązanie w przypadku putinowskiej Rosji. Nie wspominając o tym, że dzisiejsze organy ścigania nie wydają się konsekwentne w egzekwowaniu prawa międzynarodowego, a już z pewnością nie w próbie aresztowania podejrzanych.
Norymberga miała jednak dla wielu wymiar symboliczny. Była dowodem na to, że zło może zostać ukarane. Że złe czyny nie pozostają bez odpowiedzi, że w świecie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość.
Głównym przesłaniem dr. Douglasa M. Kelleya, bohatera mojej książki, badającego zbrodniarzy wojennych sądzonych w Norymberdze, było to, by ludzkość w przyszłości była czujna. Bo tacy ludzie zawsze byli i będą wokół nas. Kelley mawiał, że jedna połowa populacji chce wspiąć się po plecach tej drugiej. Nie powstrzymało tego ani zakończenie II wojny światowej, ani procesy norymberskie. Ani wiele późniejszych konfliktów.

Kelley, wojskowy psychiatra, twierdził też, że ani szaleństwo, ani sadyzm nie wyjaśniały nazizmu. „Naziści byli po prostu wytworami swojego środowiska – to ludzie, których znamy z widzenia” – podkreślał w swoich pracach.
Kelley nie wierzył, że Göring i inni siedzący na ławie oskarżonych byli zwyczajnymi ludźmi. Postrzegał ich jako osobowości nietypowe, które w jakimś procencie zawsze będą obecne w społeczeństwie. Nie twierdził jednak, że każdy może lub będzie się tak zachowywać.
Zaczął zatem szukać tego, co początkowo nazywał „wirusem nazizmu”. Nigdy go nie odnalazł, stwierdził więc, że nie istnieje zaburzenie psychiczne, które równolegle występowałoby u oskarżonych i które tłumaczyłoby ich zachowania. Zbrodnie, za które stanęli przed sądem, były wynikiem określonej osobowości – tego typu ludzie po prostu wykorzystują okazję, cechuje ich przy tym brak empatii i skrupułów.
Przychodzi na myśl koncepcja „banalności zła” według Hannah Arendt.
A Kelley prawdopodobnie by się z nią nie zgodził. Nie wierzył, że którykolwiek z mężczyzn, których spotkał w więzieniu norymberskim, był banalny. Przeciwnie, oni pod wieloma względami byli nieprzeciętni. Każdy z nich się czymś wyróżniał, szczególnie Göring. Sposobem myślenia i mówienia, sprytem, nienagannym ubiorem, w zasadzie wszystkim. Ale jednocześnie miał też braki, deficyty, i to właśnie one czyniły go zbrodniarzem niespotykanej skali.
Stanisław Batawia, psycholog, który badał Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz, pisał: „Höss nie był ani nienormalnym osobnikiem, ani bezuczuciowym psychopatą, ani człowiekiem, który wykazywał kiedykolwiek skłonności przestępcze lub tendencje sadystyczne”.
Oskarżeni z Norymbergi też mogli wydawać się zwyczajni. Nie wyróżniali się ani wyglądem, ani szczególnym zachowaniem w więzieniu. Ale nie da się zaprzeczyć temu, co zrobili. Moim zadaniem było właśnie przyjrzenie się ich motywacjom. Próba zrozumienia, czemu ludzie robią to, co robią. Przy czym zrozumienie przyczyn nie oznacza w żadnym razie usprawiedliwienia.

Ciągle mamy tendencję do demonizowania zbrodniarzy takich jak Göring – nazywania ich potworami.
Ja nie wierzę w potwory. Wierzę w ludzi, którzy robią potworne rzeczy. Jedynym sposobem, w jaki możemy spróbować ich powstrzymać w przyszłości, jest zrozumienie, co ich motywuje i w jakich środowiskach popełniają swoje zbrodnie.
Wszyscy ci ludzie, przynajmniej sądzeni w procesach norymberskich, dokonali wyboru. Zdecydowali, z różnych powodów, popełnić zbrodnie. I właśnie ze względu na te wybory powinni ponieść karę. Nie wiem, czy potwora można obarczyć odpowiedzialnością. Czy możemy winić smoka za spalenie miasta? To właśnie robią smoki w baśniach, taka ich rola. Nikt nie stawia ich za to przed sądem.
Jak wyglądały metody badań, którym poddawani byli oskarżeni w Norymberdze?
Należy pamiętać, że działo się to w połowie lat 40. ubiegłego wieku. Kelley w swoich badaniach korzystał między innymi z testu Rorschacha, tablic z atramentowymi plamami, których dziś nikt nie odważyłby się użyć do diagnozy zaburzeń psychicznych.
O Kelleyu dowiedziałem się, pracując nad poprzednią książką, poświęconą Walterowi Freemanowi, lekarzowi, który upowszechnił lobotomię. Przeglądałem jego notatki i trafiłem w nich na zapis z 1938 roku, kiedy to podczas konferencji naukowej poznał młodego psychiatrę. Facet zrobił na nim wrażenie, bo zamiast wygłosić referat urządził pokaz magicznych sztuczek. Okazało się potem, że tych trików używa w swojej praktyce medycznej.
Był to Douglas M. Kelley.
Zajęło mi to trochę czasu, ale odnalazłem jego syna, Douga, który mieszkał w Kalifornii. Kiedy przyjechałem do niego do domu, wyciągnął z piwnicy piętnaście pudeł z dokumentami po ojcu. To był fundament mojej pracy nad książką.
Najbardziej zainteresowała mnie postawa Kelleya. W pewnym momencie przyznał, że jego specjalizacja, czyli psychiatria, nie jest wystarczająca, by zgłębić motywacje niemieckich oskarżonych. Zaczął szukać innego kierunku, wybrał kryminologię. Niewielu lekarzy byłoby w stanie przyznać, że ich metoda jest nieskuteczna. Kelley był jednak otwarty i zdeterminowany, by zrozumieć tych ludzi.
Zastanawia mnie, jak jego relacja z Göringiem miała się do kodeksu etyki lekarskiej?
Z pewnością była to nietypowa relacja. Nie byli oczywiście przyjaciółmi w żadnym znaczeniu tego słowa. Natomiast spędzili ze sobą wiele godzin, wzajemnie się przed sobą otwierali. Byli też do siebie podobni: narcystyczni, inteligentni, potrafili manipulować innymi. Na pewno dostrzegali to w sobie i podziwiali siebie nawzajem za te cechy.
Göring miał z tego pewnego rodzaju frajdę, uwielbiał gry logiczne, intelektualne wyzwania, a poza tym dostał to, czego chciał – miał kontakt z rodziną, żoną i córką. Wyciągnął od Kelleya informacje na temat strategii oskarżycieli, co zamierzał wykorzystać w trakcie procesu. Kelley uzyskał dostęp do umysłu Göringa, stał się świadom jego mrocznych stron, niewidocznych na pierwszy rzut oka – bezwzględności, braku skrupułów.
Trudno jednak ocenić, czy należy uznać to za działanie nieetyczne. Pamiętajmy, że Kelley był jednym z pierwszych psychiatrów wojskowych w historii. Nie istniały żadne wytyczne, wzorce zachowań. Z jednej strony był lekarzem oskarżonych, traktował ich jak pacjentów. Z drugiej – miał obowiązki wobec prokuratury, amerykańskiej armii, był przecież jej oficerem. Te granice się zatarły, w pewnym momencie sam nie wiedział, przed kim odpowiada.
Kelley wrócił do USA pełen obaw. Pisał, że nazistowskie techniki zdobywania władzy są dobrze znane demagogom na amerykańskiej prowincji.
Po Norymberdze stał się bardziej spostrzegawczy, rozpoznawał różne rzeczy w ludziach. To, co zobaczył w Göringu, zaczął widzieć w swoich rodakach. Szczególnie uderzał go rasizm wśród amerykańskich polityków, mówił o tym podczas wykładów w całym kraju. To nie był przekaz, na który Amerykanie byli gotowi. Nie przyjęli go z zadowoleniem.
Kelley podkreślał też, że wojna, ta długa wojna, którą ludzie byli tak zmęczeni i która pochłonęła tyle istnień, nie rozwiązała problemu. To również było niemile widziane przesłanie.

„Amerykanie powinni zastanowić się nad edukacją, nad polityką i metodami jej sprawowania, jeśli chcą uniknąć smutnego losu Niemców” – pisał.
Kwestia dotyczy przede wszystkim edukacji. Zawsze toczą się zażarte debaty na temat tego, czego należy nauczać w szkołach. W Stanach Zjednoczonych mało mówi się o najnowszej historii, może dlatego, że na naszym terenie nie toczyły się żadne walki od II wojny światowej, poza niewielkim skrawkiem ziemi na Alasce i Hawajach.
Nie bez znaczenia jest obecny klimat polityczny, dążenie do manipulowania sposobem postrzegania przeszłości. Donald Trump nakazał wielu muzeom państwowym ograniczenie lub całkowite usunięcie odniesień do czasów niewolnictwa i innych niewygodnych rozdziałów naszej historii. Wielka szkoda, że pamięć została upolityczniona, bo historię można interpretować na wiele sposobów.
Jednym z wielkich marzeń Kelleya dotyczących przyszłości Stanów Zjednoczonych była reforma systemu edukacji. Kelley był przekonany, że należy uczyć młodych ludzi przede wszystkim krytycznego myślenia – zamiast kierować się uogólnieniem i emocjami, które są podstawowym narzędziem faszystowskiej propagandy, powinni oni być w stanie pozyskiwać informacje z wielu źródeł i na ich podstawie sami wyciągać wnioski. W innym razie staniemy się świadkami zmierzchu demokracji.

Jack El-Hai – amerykański dziennikarz i autor książek. Zajmuje się przede wszystkim tematami związanymi z historią, medycyną, nauką i przestępczością. Publikował m.in. na łamach pism „Scientific American”, „Wired”, „Discover”, „GQ”, „The Atlantic” i „The Washington Post”. Wielokrotnie nagradzany za swoją pracę dziennikarską. Autor książki „Norymberga. Naziści oczami psychiatry” (Czarne 2025), na podstawie której powstał film w reżyserii Jamesa Vanderbilta, z Russellem Crowe’em i Ramim Malekiem w rolach głównych.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















