Karol Nawrocki ogłosił, że Polska potrzebuje nowej konstytucji. Brzmi to poważnie i dalekowzrocznie – prezydent, zamiast zajmować się bieżączką, myśli strategicznie o reformie fundamentów naszego państwa. Mówi: „ja nie tylko urzęduję, ja buduję”. Tylko że gdy zajrzeć za patetyczną fasadę, okazuje się, że cała ta wielka reforma, planowana oczywiście dla dobra Polski, ma na celu poprawienie sytuacji jednej osoby: samego Karola Nawrockiego.
Polska konstytucja z 1997 roku to solidny projekt. Ma wady, ale nie jest jego największym problemem to, że nakazuje wybierać prezydenta w wyborach powszechnych, a daje mu stosunkowo małą władzę. W ostatnich dziesięciu latach nauczyliśmy się jednak, że tam, gdzie twórcy konstytucji zakładali minimalne choćby domniemanie dobrej woli, polityk zobaczył lukę, przez którą można wjechać w ustrój czołgiem.
Co naprawdę trzeba zmienić w konstytucji
Zamiast więc marzyć o tym, by – jak mówi – usunąć przeszkody we współpracy dwóch ośrodków władzy wykonawczej (premiera i prezydenta), Nawrocki powinien pogadać ze społeczeństwem o tym, co w strukturze konstytucji realnie trzeszczy. A trzeszczy w miejscach, które decydują o tym, czy państwo jest dla obywatela, czy dla partii.
Na przykład w regulacji dotyczącej prokuratury. W 1997 r. nie uczyniono jej w konstytucji czarno na białym instytucją niezależną i apolityczną. W efekcie każda nowa władza może przy niej majstrować zwykłą ustawą, a efekt widzieliśmy chociażby w działaniach Zbigniewa Ziobry. Trudno o bezstronność, gdy o tym, kogo ścigać, a komu odpuścić, decyduje polityk, który rano bierze udział w posiedzeniu rządu, a po południu czyta akta śledztw dotyczących opozycji. Poważna reforma konstytucyjna musiałaby ten problem załatwić raz a dobrze.
Kolejna sprawa to Krajowa Rada Sądownictwa. Tam decyduje się, kto będzie zakładał togę i wydawał wyroki w naszych sprawach. Obecne przepisy są na tyle nieprecyzyjne, że pozwoliły politykom na przejęcie kontroli nad wyborem sędziów. Zamiast fachowości, zaczął liczyć się odpowiedni profil ideowy. To doprowadziło do powołania tzw. neosędziów i prawnego bałaganu, w którym obywatel nie wie, czy wyrok, który trzyma w ręku, będzie za dwa lata cokolwiek wart.
Wreszcie Unia Europejska. Kiedy pisano ustawę zasadniczą, Polska jeszcze w niej nie była. Dlatego konstytucja nie zawiera szerokiej i głębokiej regulacji w tym zakresie – oprócz stwierdzenia, że traktaty są ważniejsze niż nasze ustawy. Znowu: w czasach PiS pozwoliło to na wykreowanie wrażenia, że nasze prawo i prawo unijne to dwa niekompatybilne systemy operacyjne, które ciągle się zawieszają. To realny problem, który skończył się miliardowymi karami i blokowaniem unijnych funduszy, takich jak KPO.
No i na koniec Trybunał Konstytucyjny. To miał być bezpiecznik, który chroni obywateli, gdy parlament uchwala głupie lub groźne prawo. Problem w tym, że ten bezpiecznik został wymontowany, a sama instytucja stała się fasadą.
To są prawdziwe wyzwania i tematy, które wymagają propaństwowego podejścia do korekty konstytucji i realnej debaty. Ale Nawrocki o nich milczy – mówi za to chętnie o systemie prezydenckim, czyli o sobie. Dlaczego milczy? Bo naprawa tych mechanizmów sprawiłaby, że władza – każda władza, także jego – byłaby pod kontrolą. A on woli pisać nową konstytucję pod siebie, zamiast naprawić tę, która ma nas chronić przed takimi jak on.
Nie ma dziś „momentu konstytucyjnego”
Aby wesprzeć swą propozycję, prezydent mówi, że mamy oto „moment konstytucyjny”. Brzmi to tak, jakbyśmy właśnie stali na progu wielkiego przełomu. Ale co to właściwie znaczy?
Amerykański prawnik Bruce Ackerman opisał moment konstytucyjny jako rzadką, wyjątkową chwilę, gdy naród – nie partia, nie prezydent, tylko właśnie naród – budzi się z politycznego snu i w sposób nadzwyczajny, ponad zwykłymi wyborami, mówi głośne „tak” dla fundamentalnej zmiany porządku państwowego i społecznego. Moment konstytucyjny to nie zwykłe zwycięstwo w wyborach, ale wielka mobilizacja społeczna, debata, która przekracza partyjne podziały i tworzy nowy, trwały konsensus.
Momentem konstytucyjnym może być zakończenie wojny, udana rewolucja czy odzyskanie niepodległości. Dla Polski takim momentem był bez wątpienia rok 1989, Okrągły Stół i upadek muru berlińskiego. Ludzie powiedzieli dość komunizmowi i zaczęliśmy budować III RP. To był prawdziwy przełom, który po ośmiu latach doprowadził nas do konstytucji.
A teraz? Od 1997 roku żadna partia ani koalicja nie zdobyła większości konstytucyjnej. Wybory się odbywają, rządy się zmieniają, ale naród nie wychodzi na ulicę z transparentem „zmieńmy wszystko!”. Nie ma tej fali gniewu czy rozczarowania, tego powszechnego poczucia, że stare reguły są całkowicie nieadekwatne do naszego życia.
Więc co ma być tym wielkim, przełomowym wydarzeniem, które uzasadnia akurat zmianę kompetencji prezydenta? Kłótnie o mianowanie ambasadorów? Spory o generałów? Wetowanie ustaw? To nie są symptomy narodowego przebudzenia. To raczej próba wymuszenia momentu konstytucyjnego na siłę przez ludzi, którzy III Rzeczypospolitej nie traktują jako swojego państwa i dlatego chcą Rzeczypospolitej Czwartej.
Prawica chce zmiany, ale nie ma mandatu
Takie jest sedno naszego konstytucyjnego kryzysu: ustawa zasadnicza z 1997 r., napisana w postautorytarnej traumie, jest liberalna i kreuje państwo otwarte, gotowe do współpracy międzynarodowej. Ta konstytucja jest skupiona na prawach i wolnościach obywatelskich, które w PRL-u były brutalnie naruszane. Chce mocnych relacji z innymi, dlatego daje prawu międzynarodowemu wysoką pozycję w swojej własnej hierarchii prawa. Wreszcie, ponieważ była uchwalana przez parlament z przewagą lewicy, buduje państwo świeckie i neutralne światopoglądowo.
Taka wizja naszego wspólnego domu nie podoba się prawicy. Projekt konstytucji, który kiedyś przedstawił PiS, był o wiele bardziej konserwatywny. Skupiał się na obowiązkach obywateli, nie na ich prawach i wolnościach, zawierał klasyczną invocatio Dei. Wiadomo także nie od dziś, że wizja relacji międzynarodowych, promowana przez PiS, opiera się na nieufności, suwerenności traktowanej jako wrogość wobec tego, co obce, zamiast na współpracy, i niechęci do organizacji międzynarodowych, takich jak UE.
Problem w tym, że prawica nie dostała nigdy w Polsce mandatu, aby nasz ustrój oficjalnie zmienić. Stąd próbowała robić to nieoficjalnie, stopniowo prowadząc od 2016 r. wymianę tych, którzy konstytucję interpretują, czyli sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I nagle okazało się, zwłaszcza po powołaniu do TK Krystyny Pawłowicz, że konstytucja proeuropejska jest w rzeczywistości antyeuropejska, tylko nikt poza Krystyną Pawłowicz i jej kolegami z nowego TK tego dotąd nie zauważył.
Innym sposobem zmiany konstytucji jest ciągłe wymuszanie, żebyśmy jako obywatele przyznali, że mamy moment konstytucyjny, choć go nie zauważamy. Dlatego prezydent Nawrocki wymusza ten moment od dłuższego czasu, pokazując, że konstytucja rzekomo nie działa. Problem w tym, że ona nie działa w zakresie współpracy prezydenta z rządem ze względu na złą wolę samego prezydenta.
To on, wbrew konstytucji, uzurpuje sobie prawo do prowadzenia polityki państwa, choć konstytucja mówi jasno w art. 146 ust. 1, że politykę prowadzi rząd. Tym samym prezydent zachowuje się jak ktoś, kto wkłada kij w szprychy, a potem rozkłada ręce i mówi z żalem: „patrzcie, rower nie jedzie, trzeba go wymienić na nowszy model”.
Nie trzeba. Wystarczy szanować zasady, a rower pojedzie całkiem sprawnie. Prawdziwy moment konstytucyjny przychodzi od dołu, od społeczeństwa – nie z Pałacu Prezydenckiego na zamówienie jednego polityka. Zwłaszcza jeśli jest to zamówienie na władzę w dużej mierze nieograniczoną.
System prezydencki: przepis na zabetonowanie kadencji
Wprowadzenie systemu prezydenckiego to nie tylko zmiana tabliczki na drzwiach z napisem „Polska”, ale zmiana całej filozofii władzy. W polskim wydaniu, przy naszej ułańskiej fantazji, skłonności do upolitycznienia wszystkiego i braku stabilnych instytucji, może się to bardzo szybko przerodzić w wersję „państwo to ja”.
Wyobraźmy sobie państwo jak wielki statek. W naszym obecnym systemie parlamentarno-gabinetowym, a także w systemie kanclerskim kapitanem jest premier, ale armator (parlament) może go w każdej chwili wymienić.
System prezydencki to zupełnie inna bajka. Prezydent nie musi się oglądać na parlament w codziennym rządzeniu, bo ten nie może go odwołać przed końcem kadencji. Wszystko więc zależy od tego, czy ten jeden człowiek siedzący na prezydenckim stołku okaże się rozsądny, powściągliwy i szanujący reguły. A Nawrocki już pokazał, że ich nie szanuje.
W systemach parlamentarnych lub kanclerskich władza wykonawcza jest na krótkim łańcuchu parlamentu. Premier i kanclerz są silni tylko tak długo, jak mają za sobą większość. Jeśli zaczną zachowywać się dziwnie, stracą kontakt z rzeczywistością albo podejmą katastrofalne decyzje – mechanizm jest prosty i szybki: wotum nieufności. Parlament może odwołać szefa rządu w każdej chwili.
Ale w systemie prezydenckim prezydent dostaje zabetonowaną kadencję. Wybór daje mu właściwie carte blanche na kilka lat. Nawet jeśli odrzuci program SAFE, pozwoli, aby ludzie byli oszukiwani na rynku kryptowalut albo zacznie niszczyć relacje międzynarodowe – parlament jest praktycznie bezsilny. Nie da się go odwołać za złą politykę. Jedyna droga to impeachment przed Trybunałem Stanu – procedura atomowa, zarezerwowana dla złamania konstytucji lub przestępstwa, u nas praktycznie niemożliwa do przeprowadzenia.
Polski Trump? Największym ryzykiem jest brak kontroli
Sytuacja Donalda Trumpa i amerykańskiego systemu prezydenckiego ukazuje to ryzyko w pełnej krasie: możesz być skrajnie niepopularny, możesz siać chaos, możesz podejmować decyzje uderzające w gospodarkę i zachowywać się jak ktoś, kto ma problemy mentalne – ale dalej rządzisz. Dwie procedury impeachmentu, szturm na Kapitol, próba unieważnienia wyborów – i nic.
Wszystko dlatego, że system postawił wszystko na jedną kartę: oby prezydent był przyzwoitym człowiekiem. A USA mają jednak za sobą 200 lat tradycji instytucjonalnej. W Polsce ta tradycja jest o wiele krótsza, a instytucje młodsze i dużo słabsze.
Kontrola nad rządzącymi to fundamentalna różnica między tym, co mamy, a tym, czego chce Nawrocki. W naszym obecnym systemie władza jest wypożyczona i może być odebrana praktycznie w każdy wtorek. W prezydenckim – jest dawana na pięć lat. I chyba ta swoista bezkarność gwarantowana jest najbardziej kusząca dla polityków o zapędach autorytarnych.
I o tym trzeba pamiętać. Bo Nawrocki już dziś rozciąga swoje kompetencje jak gumę. Wetuje ustawy nie dlatego, że są niekonstytucyjne bądź szkodliwe, tylko dlatego, że mu się nie podobają, a tym samym nie pozwala prowadzić normalnej polityki. Odmawia zaprzysiężenia wybranych legalnie sędziów TK, a więc blokuje dodatkowo władzę sądowniczą. Albo używa Pałacu Prezydenckiego jak sceny do kampanii wyborczej partii, która go wybrała, pokazując, że dobro wspólne jest dla niego drugorzędne. Instytucje są dla niego narzędziem, nie zobowiązaniem wobec społeczeństwa.
Wyobraźmy sobie tego samego człowieka z konstytucyjnymi supermocami w systemie prezydenckim, bez realnej możliwości odwołania go w trakcie kadencji, z parlamentem, który może tylko patrzeć i zgrzytać zębami.
Zwolennicy systemu prezydenckiego powiedzą: „Ale decyzje będą szybsze!”. Owszem. Tylko że szybkość bywa często wrogiem rozsądku. Trump wycofuje USA z wieloletnich, międzynarodowych porozumień jednym podpisem. A poza tym decyzje mogą być szybsze także w systemie kanclerskim, a nawet w tym, który mamy – jeśli tylko ktoś ciągle nie przeszkadza w ich podejmowaniu i realizacji.
Konstytucja nie jest dla prezydenta
Nawrocki nie proponuje naprawy państwa. On proponuje konstytucję skrojoną pod swoje potrzeby – jak garnitur szyty na miarę. To klasyczny populizm: nie pyta, jak wzmocnić państwo, tylko jak wzmocnić samego siebie, ewentualnie swoją partię.
Świadczy o tym chociażby skład powołanej przez prezydenta Rady Nowej Konstytucji, która ma pracować nad kształtem nowej ustawy zasadniczej. Ze wszystkich byłych prezesów TK znalazło się w niej miejsce tylko dla Julii Przyłębskiej oraz dla ludzi w większości związanych z PiS, takich jak Ryszard Legutko, europoseł tej partii. Powinno nas zastanowić to, że prezydent wszystkich Polaków do prac nad konstytucją dla wszystkich Polaków powołuje tylko swoich Polaków.
Polska naprawdę potrzebuje nowej debaty konstytucyjnej. Tyle że nie o tym, jak zrobić z prezydenta Nawrockiego polskiego Trumpa, ale o tym, jak odpolitycznić prokuraturę, zabezpieczyć sądy i uporządkować relacje z Unią. Jednym słowem zbudować państwo, które przetrwa nie tylko Karola Nawrockiego, ale każdego, kto po nim przyjdzie i będzie ewentualnie naruszać nasze prawa.
Bo konstytucja nie jest dla prezydenta, ale dla nas.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















