Wziąłem niedawno udział w debacie, której celem było przekonanie zwolennika kary śmierci, że nie jest ona dobrym pomysłem. Miejscem rozmowy był Kanał Zero, a zwolennikiem kary śmierci – Krzysztof Stanowski. Aby podkreślić opozycję „populizm–merytokracja” scenografię podzielono, jak w Polsce przystało, na pół. Ale nie wiadomo dokładnie, co było populizmem:
Stanowski występował na niebieskim, symbolizującym spokój oceanu tle, a mnie z moimi prawniczymi uwagami pokazano na dość agresywnym czerwonym. Może to znak czasu, że żądanie kary śmierci wydaje się wyważonym głosem rozsądku, a sprzeciwianie się jej – szaleństwem?
Bezpośrednim powodem dyskusji były ujawnione niedawno przez media drastyczne wydarzenia z Kłodzka i pytanie, czy człowiek, dopuszczający się wobec własnych dzieci czynów pedofilskich i znęcający się także nad zwierzętami, ma prawo żyć. Ale są i bardziej ogólne powody, dla których wielu ludzi chce dyskutować o tym, czy państwo powinno móc zabijać w majestacie prawa. Jednym z nich jest to, że mylą przemoc ze sprawczością.
Ponieważ tracą poczucie kontroli nad coraz bardziej złożonym i nieprzewidywalnym światem, pragną rozwiązań prostych i natychmiastowych. A ponieważ są codziennie poddawani populistycznej propagandzie, zaczynają wierzyć, że zdrowy rozsądek zwyczajnego człowieka jest lepszym przewodnikiem niż wiedza wiecznie dyskutujących ekspertów. A ten rozsądek im mówi, że jak będzie kara śmierci, to ludzie będą się państwa bać i przestaną popełniać tak odrażające przestępstwa jak te z Kłodzka.
Mam po tej debacie wiele spostrzeżeń, które dotyczą nie tylko kary śmierci, ale i stanu naszego myślenia. Przedstawię je jednak na tle argumentów przeciwko karze śmierci, które w Kanale Zero podnosiłem – bo to temat mimo wszystko ważny.
Społeczeństwo jest coraz bardziej emocjonalne
Współczesna debata o karze śmierci odchodzi od abstrakcyjnych rozważań o sprawiedliwości w stronę emocji zakorzenionych w konkretnych historiach. Zamiast pytać o proporcjonalność, reagujemy na obrazy: brutalne przestępstwo i rozpacz rodziny.
To przesunięcie z poziomu norm na poziom narracji sprawia, że argumenty stają się mniej porównywalne, a bardziej odczuwalne, a sama kara śmierci przestaje być problemem filozoficznym, stając się odpowiedzią na gniew. W takim kontekście racjonalna dyskusja przegrywa z psychologiczną potrzebą domknięcia – poczuciem, że sprawiedliwości musi stać się zadość tu i teraz.
Problem w tym, że kara śmierci w realnym świecie poczucia domknięcia nie daje. Badania wskazują, że po egzekucji sprawcy zaledwie 2,5 proc. członków rodzin ofiar czuło domknięcie, rozumiane jako poczucie przywrócenia sprawiedliwości. Emocje prowadzą więc naszą ocenę na manowce.
Emocjonalizacja społeczeństwa idzie w parze z konkretyzacją: zamiast operować kategoriami typu „sprawca” czy „państwo”, dyskusja skupia się na jednostkowych przypadkach. Każda wstrząsająca zbrodnia jest jak soczewka, w której skupia się ocena całego systemu prawa karnego. To prowadzi do kazuistyki: stanowisko wobec kary śmierci nie wynika z przyjętej teorii sprawiedliwości, ale z reakcji na konkretną historię.
Takie podejście – choć psychologicznie zrozumiałe – utrudnia stabilne projektowanie instytucji prawnych, które z definicji muszą operować na poziomie ogólności, a nie pojedynczych, nawet najbardziej dramatycznych przypadków.
Społeczeństwo nie lubi Immanuela Kanta
Kant pojawiał się w naszej dyskusji często, głównie jako wyraziciel myśli, że kara śmierci szanuje godność sprawcy. Zabijając go, wspólnota uznaje sprawcę za osobę moralnie odpowiedzialną – kogoś, kto mógł postąpić inaczej i kto ponosi pełną odpowiedzialność za swój wolny wybór. Nie traktuje go jak zwierzęcia czy chorego psychicznie, jak kogoś, kogo się naprawia lub unieszkodliwia.
Ale nie ta myśl kantowska okazała się najbardziej kontrowersyjna. Jeśli ludzie myślą coraz bardziej konkretnie i emocjonalnie, trudno im przyjąć główne przesłanie imperatywu kategorycznego: postępuj tylko według takiej subiektywnej zasady, co do której byś chciał, żeby stała się zasadą powszechną. A tym imperatywem kierują się prawnicy – coś, co wydaje się sensowne z indywidualnego punktu widzenia, traci sens, gdy to uogólnić.
Gdy jesteś biedny i pożyczyłeś pieniądze od bogatego, z twojego punktu widzenia nie powinieneś oddawać – przecież on ma dużo, a ty mało. Lecz gdy pomyślisz, co by było, gdyby wszyscy pożyczali i nie oddawali, to zdasz sobie sprawę, że sama idea pożyczki przestałaby istnieć.
Podobnie jest z karą śmierci – zabicie pedofila i zoofila może wydawać się sensowne z konkretnego, indywidualnego punktu widzenia. Ale gdybyśmy zaakceptowali systemowo rozwiązanie, w którym pod wpływem oburzenia moralnego skazujemy kogoś na śmierć, w rzeczywistości zalegalizowalibyśmy lincz, choć obudowany procedurami. A lincze mają niestety tendencję do tego, żeby zdarzać się nie tylko w sytuacjach moralnie oczywistych.
Kłopot z intelektualnym przejściem od sytuacji konkretnej, emocjonalnej, do skutku ogólnego to zmora naszych czasów. To ona napędza np. ruch antyszczepionkowy. Konkret, czyli czyjś indywidualny strach przed niepożądanym odczynem poszczepiennym, przesłania skutek powszechny: powrót chorób zakaźnych na skutek spadku wyszczepialności.
To samo skupienie na tu i teraz powoduje kwestionowanie ubezpieczeń społecznych. Konkretna indywidualna niechęć do ponoszenia ciężaru składki wydaje się ważniejsza niż korzyść ogólna z posiadania systemu rent i emerytur. Abstrakcyjny, odległy w czasie zysk znowu przegrywa z konkretnym, aktualnym odczuciem.
Społeczeństwo ma deficyt intensywności
I dlatego zamiast studzić emocje, poszukuje się bodźców, znajdując je w spektaklach przemocy.
Nasze życie codzienne jest bezpieczniejsze i bardziej przewidywalne niż kiedyś. Paradoksalnie rodzi to głód silnych emocji. Spójrzcie na popularność MMA czy Fame MMA – walk w klatce – wśród młodzieży. Dostarczają one skondensowanego doświadczenia. Jest tam i ryzyko, i adrenalina, ale także jasne reguły zwycięstwa, których w świecie brakuje.
W przemocy, także przemocy państwa, kusząca jest pewna klarowność: ktoś jest silny, ktoś jest słaby, ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. To oferuje jasność i natychmiastową sprawczość – w prawie i polityce tymczasem dominują niejednoznaczność i chaos.
Z drugiej strony, karę śmierci prawo chowa przed wzrokiem ludzkim nawet tam, gdzie jeszcze się ją wykonuje. Ostatnią publiczną karę śmierci wykonano w USA w 1936 r. Zrezygnowano z tego, bo publiczna przemoc brutalizuje życie społeczne, przesuwa granice akceptacji zachowań. Skoro państwo może brutalnie zabijać w majestacie prawa, to jak nauczyć ludzi, że przemoc jest zła?
Nie potrzebujemy więcej przemocy. Zwłaszcza gdy społeczeństwo coraz bardziej podziwia przemoc werbalną, nazywaną nomen omen masakrowaniem ludzi, i popiera polityka, który słynie z przemocowych zachowań nie tylko wobec chanukowych świec, ale i ludzi, którzy śmią się z nim nie zgadzać.
Społeczeństwo pragnie powrotu silnych autorytetów
Gdy instytucje tracą szacunek, pojawia się tęsknota za czymś, co działa naprawdę. Np. za silnym przywódcą, który nie gada, tylko robi. George Lakoff w 2016 r., przed pierwszą wygraną Trumpa, napisał, że jego popularność opiera się na wykreowaniu politycznego obrazu surowego ojca, który za dobre wynagradza, a za złe karze.
W tym ujęciu kara śmierci jawi się jako symbol ostatecznej sprawiedliwości, przywrócenie zaburzonej równowagi świata. To pragnienie skuteczności i porządku, wyrażone w ostrym, brutalnym języku albo czynie. Na takim podłożu wyrasta przekonanie, że przemoc może być formą tożsamości.
Dziś, gdy praca, role społeczne i relacje są płynne, agresywność daje złudne poczucie mocy. Dlatego jest estetyzowana – staje się sztandarem, znakiem przynależności. Np. wizytówką prezydenta, który boksuje, grozi palcem i każe dziennikarzom „się ogarnąć”. W rzeczywistości jest reakcją na poczucie bezsilności. To w gruncie rzeczy prosty mechanizm: im większe poczucie, że nie ma się wpływu, że system jest niesprawiedliwy, a reguły niejasne, tym bardziej atrakcyjna staje się wizja kogoś, ktoś w końcu zrobi z tym wszystkim porządek.
Czy tego chcemy, czy nie, jeśli siła staje się kategorią moralną, staje się nią także miękkość.
Społeczeństwo nie chce się cackać
Świat stał się poznawczo ciężki. Wszyscy jesteśmy przeciążeni złożonością. Weźmy takie prawo – ciągle odmawia bycia jasnym, ma milion wyjątków, kruczków i przestrzeni dla interpretacji. W takim świecie niuansowanie wymaga energii i dlatego upraszczanie nie musi być głupotą, tylko strategią przetrwania.
„Na cholerę roztrząsać?” – pyta więc retorycznie publiczność debaty o karze śmierci. „Po co taki pedofil i zoofil ma chodzić po ziemi?”
I tu wchodzą eksperci, którzy po raz milionowy mówią „to nie takie proste”. Wprowadzenie kary śmierci, np. z powodu tego, co zdarzyło się w Kłodzku, nie doprowadzi do ukarania sprawcy tego, co zdarzyło się w Kłodzku. Bo prawo nie działa wstecz – to zasada absolutnie fundamentalna.
Kara śmierci, jeśli ktoś tak zdecyduje, zostanie więc wprowadzona na przyszłość i dotknie kogoś innego. Co więcej, przepis, który ją wprowadzi, będzie sformułowany generalnie i abstrakcyjnie – a to zawsze pozostawi przestrzeń do interpretacji.
Krzysztof Stanowski pyta, czy nie można zapisać, że karę śmierci stosuje się w przypadku złapania „na gorącym uczynku”. Czy „gorący uczynek” to także dwie sekundy po morderstwie albo brutalnym gwałcie, gdy sprawca wychodzi z pokoju? A może ustalić, że karę śmierci stosuje się tylko wtedy, gdy mamy nagranie wideo z momentu popełniania przestępstwa, jak w Kłodzku? A co, jeśli jakość nagrania będzie niewystarczająca, zamglona, jak to ma miejsce w przypadku monitoringu CCTV?
Społeczeństwo ma dość niuansowania
Niuans, niuans, niuans. Przyjmowany z rosnąca irytacją i spadającym zaufaniem do ekspertów i ich religii, której na imię „niedasizm”. Przecież tyle razy się mylili, więc skąd wiadomo, że akurat teraz mają rację? W efekcie „niuans” zaczyna być odbierany jako unikanie odpowiedzi, a nie jej pogłębianie. Wahanie oznacza słabość, a doprecyzowanie sygnalizuje brak pewności. Dlatego tak atrakcyjna staje się postawa kogoś, kto mówi prosto, bez owijania w bawełnę.
Taki ktoś, w przeciwieństwie do eksperta, zaspokaja głód moralnej pewności – wyraźnie odróżnia dobro od zła, ocenia rzeczywistość jednoznacznie. Niuans i ekspert jako jego kapłan burzy tę potrzebę, bo mówi „to zależy od kontekstu”, a to psychologicznie frustruje.
Cackanie się i niuansowanie nie pasuje do świata, w którym panuje estetyka prostoty: minimalizm, krótkie formy, jak na TikToku. Niuans wygląda przy tym jak nadmiar i sygnał braku dyscypliny, a tym samym przestaje być oznaką kompetencji. Choć w klasycznym modelu akademickim oznaczał zdolność widzenia złożoności i intelektualną uczciwość, dziś coraz częściej wygląda jak rozterka człowieka, który nie potrafi się zdecydować. Cackanie się to brak stanowiska, a przecież prawdziwy facet jakieś musi zająć.
Skutkiem tego wszystkiego jest coś bardzo poważnego i niebezpiecznego: zmiana definicji prawdy. Powoli przesuwamy się z modelu, w którym prawda jako zgodność z rzeczywistością wymaga zniuansowanej analizy, do modelu, w którym prawdą jest to, co brzmi stanowczo i mobilizuje. A kto niuansuje, jest asekuracyjny albo nawet bezradny.
Badania na temat tego, czy kara śmierci odstrasza, czy nie – są właśnie pełne niuansów. Nie wiemy, jak jest naprawdę. Mamy badania pokazujące, że liczba przestępstw spada zarówno po jej wprowadzeniu, jak i zniesieniu. Wszystkie właściwie mają błędy metodologiczne – nie wiadomo np., czy spadek liczby morderstw wiąże się z tym, że stracono seryjnego mordercę, czy tylko z tym, że go złapano i trzymano w areszcie.
Społeczeństwo jest gotowe na ofiary
Mamy także dane, z których wynika, że na karę śmierci skazuje się ok. 4-5 proc. ludzi niewinnych. W dużej części prawicowego dyskursu pojawia się jednak gotowość do akceptacji takich nieuniknionych kosztów. Wyraził to także Krzysztof Stanowski, który z jednej strony uważa, że tę liczbę pomyłek da się zmniejszyć, ale z drugiej mówi, że nie możemy być niewolnikami tych 5 proc.
Błędne wyroki, pomyłki sądowe, fałszywe zeznania, manipulacje dowodami – wszystko to jest traktowane jako cena, którą trzeba zapłacić w imię wyższego dobra, jakim jest odstraszanie i poczucie sprawiedliwości. Te kilka procent niewinnych ofiar to po prostu statystyczny szum, skutek uboczny wojny z przestępczością – przypomina się w tym kontekście wypowiedź lorda Farquaada ze „Shreka”: „Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów”.
To podejście dehumanizuje: życie jednostki przestaje być absolutną wartością, a staje się przedmiotem kalkulacji kosztu i korzyści. Dopóki giną inni, dopóki nie jest to nasze dziecko, nasz brat czy nasza matka, jest okej.
Społeczeństwo nie wierzy Jezusowi i sądom
Prawicowa w większości publiczność Kanału Zero dzieli papieży na tych „prawdziwych” i na „papieży-lewaków”. Franciszek, który dokonał zmiany w Katechizmie Kościoła katolickiego i uznał karę śmierci za niedopuszczalną w każdych okolicznościach, jest oczywiście zaliczany do tej drugiej kategorii. Coraz częściej jednak o tę samą łatkę zaczyna się ocierać nawet Jan Paweł II – zwłaszcza gdy przypominane są jego stanowcze wypowiedzi przeciwko karze śmierci z lat 90. i początku XXI w.
Ta sama publiczność nie wierzy jednak nie tylko papieżom, ale także samemu Jezusowi i fundamentalnemu chrześcijańskiemu przekonaniu, że każdy człowiek może się nawrócić i zmienić. A to by uzasadniało karę dożywocia z szansą na zwolnienie, zamiast kary śmierci. Co więcej: idąc za Grzegorzem Braunem, ta publiczność uważa, że słowa dobrego łotra wypowiedziane na krzyżu o odbieraniu słusznej kary stanowią ewangeliczne potwierdzenie i poparcie dla kary śmierci.
W ten sposób fragment, który w rzeczywistości podkreśla skruchę, miłosierdzie i zbawienie nawet w ostatniej chwili życia, jest interpretowany jako teologiczny argument za ostatecznym, nieodwracalnym wymiarem kary.
Paradoksalnie ta niewiara stała się w naszej debacie podstawą dla najbardziej przekonującego argumentu przeciwko karze śmierci. Skoro 4-5 proc. skazań to błędy, skoro Tomasz Komenda, gdyby podlegał kodeksowi karnemu przewidującemu karę śmierci, nie mógłby nawet dostać odszkodowania za zmarnowane pomyłką sądową życie, bo by nie żył, to może nie jest sensowne powierzać sądom tak nieodwracalne narzędzie?
Ten argument częściowo trafił do nieufnie nastawionych do sędziowskiej kasty widzów Kanału Zero. W końcu trudno ciągle twierdzić, że sądy są do niczego i pozwolić im zabijać. To już nawet nie kreowanie małpy z brzytwą, ale z kałasznikowem.
Społeczeństwo nie jest głuche na argumenty
Publiczność debaty przed jej rozpoczęciem jasno określiła swoje preferencje: tylko 19 proc. widzów deklarowało się jako przeciwnicy kary śmierci. I choć słabo wierzymy dzisiaj w sens dyskusji i siłę racjonalnych argumentów, nie warto się poddawać. W sondzie przeprowadzonej po zakończeniu naszej rozmowy przeciwników kary śmierci było więcej – ok. 30 proc., a wiele osób w komentarzach potwierdziło zmianę zdania.
Dlaczego? Bo dostrzegło różnicę między zaspokojeniem odruchu serca, oburzeniem i emocjonalną chęcią zemsty a potrzebą systemowej i rozważnej odpowiedzi państwa na brutalne przestępstwa.
To daje nadzieję, zwłaszcza tym z nas, którzy są już sfrustrowani siłą, z jaką ludzkie umysły infekuje agresywny populizm. Warto rozmawiać – szczególnie w formatach dłuższych niż piętnastominutowe wymiany wyzwisk, promowanych przez tradycyjne media.
Ponad dwie godziny dyskusji pozwalają rozwinąć wątki, które w błyskawicznych pojedynkach na bon moty nawet nie zdążą zakiełkować. Dlatego potrzeba więcej długich debat, w których argumenty da się wypowiedzieć i domyśleć do końca.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















