Prezydent prezesa, prezydent Polaków. Andrzej Duda po dwóch kadencjach w Pałacu

Uczynny, pobożny chłopak, łapiący porwaną przez wiatr hostię: oto nowa odsłona nieodzownej w naszym modelu prezydentury swojskości. Większość Polaków po prostu lubiła Dudę, mimo iż rzadko miał odwagę postawić się prezesowi.
Czyta się kilka minut
Agata Kornhauser-Duda, Andrzej Duda, czerwiec 2025 r. // Fot. Beata Zawrzel / REPORTER
Agata Kornhauser-Duda, Andrzej Duda, czerwiec 2025 r. // Fot. Beata Zawrzel / REPORTER

Oto najciekawsza – i w pewnym sensie arcypolska – cecha naszego modelu prezydentury: oczekiwania społeczne wobec tego urzędu są nieadekwatne do jego realnej roli w systemie politycznym. Instytucja prezydenta pełniącego funkcję nadzorcy parlamentu powstała jako jednorazowa, doraźna konstrukcja mająca chronić interesy PZPR

Później miała wspierać interesy postkomunistów, obawiających się (jak się okazało, niepotrzebnie) uruchomienia po wyborach w 1997 r. dekomunizacji i lustracji przez rząd AWS. Zabiegi te legitymizowano opowieściami o „strażniku konstytucji” i rzekomej ponadpartyjności urzędu.

Prezydencki ideał Polaków

Ale lud w te opowieści uwierzył. Nie dlatego, że były tak bardzo przekonujące, tylko dlatego, że ich potrzebował. Społeczna funkcja prezydentury jest bowiem zupełnie inna niż systemowa. Jest nią ucieleśnianie polskiego snu, ten zaś zawiera się w sloganie „z chłopa król”. Ów rys nasza prezydentura zawdzięcza przede wszystkim swojemu momentowi założycielskiemu, którym były pierwsze wybory powszechne w 1990 roku.

Uruchamianie odtwarzacza...

Lech Wałęsa wygrał ze Stanem Tymińskim nie dlatego, że był z Solidarności, tylko dlatego, że był lepszą opowieścią o sukcesie człowieka znikąd. I była to opowieść, której wtedy Polacy najbardziej potrzebowali. Opowieść o kimś, kto – choć trafił na salony i rozmawiał jak równy z Reaganem i papieżem – pozostaje jednym z nas. I w jakiś sposób wszystkich nas – i nasze sprzeczne pragnienia – symbolicznie wyraża.

W przedziwnym twiście kodów kulturowych postać ta przypomina najbardziej elekcyjnego monarchę Rzeczypospolitej szlacheckiej, którym wszak – teoretycznie – zostać mógł każdy z panów braci. W perfekcyjny sposób pragnienia te zrealizował Aleksander Kwaśniewski, tańczący disco polo i pijący wódkę, a zarazem pozujący do sesji fotograficznych z Jolą w gronostajach.

Z wyjątkiem Lecha Kaczyńskiego, każdy z prezydentów – lepiej czy gorzej – starał się w ten społeczny konstrukt wpisać. Tyle że monarchiczność wymaga bycia ponad wszystkimi (w tym ponad partiami politycznymi) i okazywania tego poprzez siłę. Tego właśnie elementu zabrakło np. Bronisławowi Komorowskiemu, za co też został przez lud ukarany.

Dlaczego Duda przetrwał dłużej od Komorowskiego

A jak było z odchodzącym właśnie z urzędu Andrzejem Dudą? Jego kandydatura była, co do zasady, twórczym rozwinięciem pomysłu... Donalda Tuska. W 2010 r. to właśnie lider PO zdeprecjonował polską wersję prezydentury w głośnym wywiadzie, określając ją jako „prestiż, żyrandol i weto”, a następnie wystawił jako reprezentanta swojej partii wspomnianego Komorowskiego – osobę lubianą, ale pozbawioną większych ambicji.

Andrzej Duda w pałacu prezydenckim. Warszawa, 14 kwietnia 2025 r. // Fot. Bartek Sadowski / Bloomberg / Getty Images

Na podobnej zasadzie młody Duda, nie tyle drugo-, co wręcz trzecioligowy polityk z otoczenia Lecha Kaczyńskiego, miał być w zamyśle posłusznym wykonawcą woli prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. I co do zasady był nim (z kilkoma istotnymi wyjątkami), co jednak, inaczej niż u Komorowskiego, nie przeszkodziło mu w reelekcji.

Druga kadencja Dudy była efektem kolejnej zmiany zachodzącej w polskim systemie politycznym: rosnąca polaryzacja zaowocowała wzrostem frekwencji, a tym samym elektorat partii z wyborów parlamentarnych zaczął w znacznie większym stopniu pokrywać się z elektoratem głosującym na kandydata tejże partii w wyborach prezydenckich.

Niezbędny do zwycięstwa, jak to się w żargonie politologów określa, margin głosów niepochodzących od wyborców partyjnych znacznie wówczas zmalał (a do tego w 2020 r. były to w dużej mierze głosy ludzi głosujących nie tyle „za Dudą”, co „przeciwko Trzaskowskiemu”).

Urzędujący prezydent zwyciężył w nich nie z powodu entuzjastycznej oceny jego realnych posunięć. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość było wtedy – mimo rozpoczynającej się pandemii – wciąż u szczytu popularności. A także dlatego, że Dudzie udało się zmobilizować przeciw konkurentowi około połowy głosów oddanych w pierwszej turze na pozostałych kandydatów. 

Razem z Trzaskowskim podzielili ich między siebie niemal po równo (z wyjątkiem wyborców Hołowni), ale Duda miał po prostu większy „zapas” głosów partyjnych z I tury (w której otrzymał blisko 8,5 mln głosów, Trzaskowski ledwie niecałe 6 mln).

Czasami Duda stawiał się Kaczyńskiemu

Do tego zwycięstwa – w mojej ocenie – znacząco przyczyniły się też jednak osobiste cechy urzędującego prezydenta. Po pierwsze: Duda był lubiany. Co prawda nie przez wszystkich, ale przez wystarczająco wielu. 

W apogeum popularności cieszył się zaufaniem ponad 70 proc. Polaków i do dzisiaj poziom ten nie spadł poniżej 50 proc. Mimo że wywodził się z inteligenckiego, hermetycznego „Krakówka”, nie był bufonem. Moje pokolenie studentów wydziału prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego zapamiętało go jako życzliwego asystenta, pomocnego i łatwo przechodzącego z nami na „ty”.

I w jakimś sensie taki właśnie pozostał. Uczynny, pobożny chłopak, łapiący porwaną przez wiatr hostię. Była to nowa odsłona nieodzownej w polskim modelu prezydentury swojskości, ale w stosunku do wersji Kwaśniewskiego i Komorowskiego zmodernizowana; taka o pokolenie młodsza.

Po drugie: Andrzej Duda, mimo mocno przyklejonego do siebie wizerunku „Adriana” z „Ucha Prezesa”, miał jednak własne poglądy i przekonania. Nie był ich chyba do końca pewien i nie umiał o nie walczyć, jednak wystarczyły one, by prowokować całkiem poważne tarcia pomiędzy prezydentem a jego własnym obozem politycznym. Któremu – w przeciwieństwie do Komorowskiego – potrafił się w kilku ważnych momentach przeciwstawić.

Na ogół prezydent przegrywał z prezesem

Starcia te jednak w większości przegrał. Najbardziej dotkliwie w przypadku sporu o kształt zmian w sądownictwie, zainicjowanych przez Zbigniewa Ziobrę. Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym zostały przez Dudę zawetowane w lipcu 2017 r., po to tylko, by po kilku miesiącach zostały ponownie wniesione – w nieznacznie zmienionym kształcie – jako projekty prezydenckie.

W ten sposób zmarnowano gigantyczną szansę, i to w dwóch wymiarach. Możliwe było bowiem przygotowanie w inny sposób projektów zmieniających organizację sądownictwa i zarazem rozbijających kontrolę sprawowaną nad nim przez dotychczasową elitę sędziowską (co było zasadniczym, politycznym celem Kaczyńskiego). Czyli w taki sposób, który pozwoliłby zmniejszyć skalę zarzutów o naruszenie norm konstytucyjnych i nie prowadziłby do bezpośredniego, politycznego przejęcia przez PiS poszczególnych instytucji.

Gdyby prezydentowi udało się wówczas takie projekty przygotować – i gdyby wytrzymał wywieraną przez własny obóz presję – był on w stanie przyjęcie takich rozwiązań po prostu wymusić. Zyskałaby na tym Polska, ale też – w wymiarze bieżącej gry politycznej – zyskałby ogromnie Andrzej Duda, budując sobie pozycję gracza równorzędnego wobec Jarosława Kaczyńskiego.

Zabrakło mu do tego zapewne determinacji, ale przede wszystkim – zabrakło know-how, i to z powodów głównie systemowych: Kancelaria Prezydenta nie dysponuje zasobami intelektualnymi i ludzkimi, pozwalającymi projektować politykę publiczną. Andrzejowi Dudzie nie miał po prostu kto opracować założeń do takich ustaw, gdyż niezbędnym do tego aparatem i wiedzą dysponują tylko ministerstwa. Urząd prezydenta projektowany był wszak do czegoś innego.

Prezydent ze skromną autonomią

Duda zmuszony był więc pójść na ustępstwa wobec Ziobry i Kaczyńskiego, stając się następnie tychże ustępstw zakładnikiem: wypracowanie po październiku 2023 r. jakiegokolwiek kompromisowego rozwiązania w kwestii wymiaru sprawiedliwości okazało się niemożliwe, po części ze względu na nieustępliwość rządzącej koalicji, ale po części również dlatego, że prezydent nie mógł zgodzić się na usunięcie z zawodu żadnych – nawet najbardziej skompromitowanych polityczną dyspozycyjnością – sędziów (przede wszystkim tych z Izby Dyscyplinarnej SN), gdyż sam ich na te stanowiska, na podstawie przez siebie wniesionej ustawy, mianował.

Pozostałe konflikty z partią matką rozgrywał ze zmiennym szczęściem, narzucając swoje zdanie właściwie tylko w trzech przypadkach. Były to: weto do ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych (mającej stanowić wstęp do przejęcia przez ówczesny rząd kontroli nad finansami samorządów), weto do tzw. Lex TVN oraz weto wobec zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego.

Cena, jaką zapłacił za zachowanie tej dość skromnej autonomii, to pasmo poniżeń w TVP Jacka Kurskiego i delegitymizacja w oczach radykalnego skrzydła PiS; przy nieustannej nienawiści, jaką darzył go i darzy do dziś obóz nazywany liberalnym. Niepowodzenie inicjatywy referendum konstytucyjnego może natomiast zapisać odchodzący prezydent wyłącznie na swoje konto: najważniejszą umiejętnością polityka jest zdolność do dobrania sobie kompetentnych współpracowników. 

Ktokolwiek wymyślił i z uporem podtrzymywał ten nieszczęsny pomysł, zaszkodził Andrzejowi Dudzie. Na jego szczęście, raczej krótkoterminowo, gdyż dzisiaj chyba mało kto pamięta, że ów projekt w ogóle zaistniał. Była to jednak kolejna zmarnowana okazja na wzmocnienie pozycji prezydenta wobec partii.

Ukraińskich zasług Andrzejowi Dudzie nie da się odmówić

Dwie kadencje Dudy nie wpłynęły na kształt polskiej prezydentury, zdeterminowany przez uwarunkowania systemowe. Nie zmieniły też losów Polski. Gdyby nie wygrał wyborów w 2015 r., to wygrałby je (on lub inny kandydat PiS) w 2020. I tak samo mielibyśmy reformę sądownictwa w ziobrowskiej wersji, tyle że później. 

Możliwe natomiast, że nie mielibyśmy (lub mielibyśmy dużo później) 500+, gdyż, jak sądzę, prezydent z PO zawetowałby tę ustawę. Motywując to potrzebą ochrony budżetu przed nieodpowiedzialnym rozdawnictwem. Oraz, oczywiście, konstytucją, na straży której musi stać.

Andrzej Duda odegrał natomiast – w mojej ocenie – znaczącą rolę w kreowaniu polskiej polityki wobec zaatakowanej przez Rosję Ukrainy po 24 lutego 2022 r.

Zdecydowane zaangażowanie w pomoc wojskową, dostarczaną od pierwszego dnia wojny, przyczyniło się do obrony ukraińskiej suwerenności i w tym wymiarze zasług prezydentowi odmówić nie można; podobnie jak nie można mu odmówić trafności w doborze współpracowników w tym akurat obszarze (choć, jak przekonuje Jacek Gądek w książce „Duduś”, współpraca między nimi bynajmniej nie przebiegała bezkolizyjnie).

Jednak skuteczność Dudy we współkreowaniu sieci międzynarodowych kontaktów i działań na rzecz wspierania Ukrainy była efektem nie czego innego, jak zgodności tej polityki z linią partii. Prezydent mógł skorzystać ze swoich (niezbyt jasnych) uprawnień w polityce zagranicznej przede wszystkim dlatego, że nie rodziło to ryzyka konfliktu z Kaczyńskim. Co, w wymiarze systemowym, po raz kolejny każe postawić pytanie o sens instytucji prezydenta.

Kolejna szansa na odegranie przez osobę zajmującą ten urząd równie pozytywnej roli nie zdarzy się prędko. Przed nami bowiem co najmniej dwa lata kohabitacji. Która, z powodów systemowych, wyglądać będzie zapewne tak jak wszystkie poprzednie.

JACEK K. SOKOŁOWSKI jest politologiem i prawnikiem, łączy pracę w kancelarii prawnej z zajęciami w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Autor książki „Transnaród. Polacy w poszukiwaniu politycznej formy”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Prezydent prezesa, prezydent Polaków