Prezydent, rząd i konstytucja: tej przepychanki nikt nie wygra

Niesamowite w polskiej polityce jest to, że złudzeniem ostatecznej anihilacji przeciwników karmią swoich wyznawców obaj słabnący liderzy duopolu, a tak wiele osób – wbrew bijącym po oczach faktom – podziela ich mrzonki.
Czyta się kilka minut
Premier Donald Tusk i prezydent Karol Nawrocki przed posiedzeniem Rady Gabinetowej. Warszawa, 27 sierpnia 2025 r. // Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Premier Donald Tusk i prezydent Karol Nawrocki przed posiedzeniem Rady Gabinetowej. Warszawa, 27 sierpnia 2025 r. // Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Karol Nawrocki postanowił wejść z przytupem na polską scenę polityczną. Po hucznej inauguracji i serii błyskawicznych wet, przyszedł czas na Radę Gabinetową – instytucję przewidzianą przez twórców konstytucji jako sposób na skoordynowanie wysiłków dwóch ośrodków władzy o poplątanych kompetencjach. 

Posiedzenie Rady okazało się jednak widowiskiem przewidywalnym. Nie tylko dlatego, że obie strony w komentarzach ogłosiły swój sukces. Najbardziej charakterystycznym elementem całej sytuacji były odniesienia do konstytucji i jej przestrzegania. Nie jest niczym zaskakującym, że każda ze stron chciałaby przestrzegać tylko tych przepisów, które jej pasują. Tym bardziej warto się przyjrzeć, jak działają one w praktyce, skoro nowy „strażnik żyrandola” zaapelował o nową konstytucję.

Dobry i zły glina, czyli jak Kwaśniewski z Millerem

Prezydent, wraz z politykami PiS, uważa obecną sytuację za bardzo obiecującą – Nawrocki będzie „poganiał rząd”, czyli w praktyce nieustająco go krytykował, blokując jednocześnie wszystkie przedsięwzięcia, z powołaniem się na „narodowy interes” czy też wyborcze zobowiązania. Po dwóch latach takiego przeczołgiwania obóz rządzący ma być w podobnym stanie, w jakim były AWS i UW w 2001 r., tuż przed upadkiem. Jest jednak parę „ale”.

Po pierwsze, tamtą lekcję pamiętają wszyscy. Dwie podobne miny – telewizję publiczną i prokuraturę (wówczas opanowane były przez nominatów opozycyjnego SLD) – udało się obecnemu obozowi rządzącemu kontrolowanie zdetonować. 

Nie obyło się bez strat i efekt daleki jest od wymarzonego przez władzę, lecz scenariuszowi zakładanemu przez Kaczyńskiego to nie pomogło. W każdym razie słabością obozu rządzącego na pewno nie jest to, że PiS rozgrywa go prokuraturą czy telewizją publiczną tak, jak to postkomuniści robili z solidaruchami na przełomie tysiącleci. 

Drugie „ale” to problem skuteczności i sprawczości. Bo jeśli prezydenckie „poganianie” nie przyniesie żadnego skutku, to czy aby czasem nie będzie to dowód na to, że Nawrocki się do swojej roli nie nadaje? Może wcale nie umie skutecznie poganiać?

Najważniejsze jest pytanie: co dalej? Warto przypomnieć, że Kwaśniewski z Millerem rozgrywali rząd Buzka, dzieląc się rolami „dobrego” i „złego gliny”. Pierwszy z miną życzliwego doradcy utrącał wetem kluczowe projekty, potęgując wrażenie zamieszania i bezsiły, drugi zgrywał twardziela, który przyjdzie i posprząta cały ten bałagan. 

W której z tych ról chce się obsadzić Nawrocki? Do teoretycznej funkcji prezydenta bardziej pasuje rola dobrego gliny, tylko ona mocno się gryzie z wszystkim, co do tej pory prezydent sobą reprezentował. Można sobie więc wyobrazić, że to po stronie parlamentarnej opozycji zostanie wystawiony jakiś „dobry glina”, w charakterze kandydata na premiera, który przyniesie ukojenie po latach przegrzanych, jałowych konfliktów. 

Tyle że to słabo pasuje do wszystkiego, co PiS prezentuje sobą od dekady. Łagodząca rola Beaty Szydło nie jest chyba przez liderów tej partii, na czele z Kaczyńskim, oceniana po latach jako warty powtórki projekt. Kandydatów na „złego glinę” jest za to w PiS w nadmiarze.

Paradoksalnie, gdyby nie charakter kierowanej przez siebie formacji, na rzeczową i łagodną twarz alternatywnego rządu najbardziej by się nadawał Krzysztof Bosak. Czy to jednak wyobrażalne, by PiS wziął udział w takiej intrydze, ręka w rękę z konkurencyjną Konfederacją, wobec której od lat żywi mordercze instynkty?

Inna rzecz, że wbrew wielu opiniom nic na razie nie wskazuje, by PiS, Konfederacja czy ewentualnie partia Brauna były na fali jakiegoś politycznego tsunami, które zrobi z obozem rządzącym to, czego świadkami byliśmy przed 20 laty. Owszem, notowania rządu w rankingu CBOS prowadzonym od ponad trzech dekad są wyjątkowo słabe – takie jak w najgorszych momentach drugiej kadencji PiS. Lecz jednocześnie społeczna ocena własnego dobrostanu i szczęścia jest jak w najlepszych latach rządu Morawieckiego, tuż przed pandemią.

Można sobie wyobrazić, że podmiana premiera – na lepszą wersję Ewy Kopacz – zdoła odmienić polityczne losy rządu koalicji. Mało kto już pamięta, ale latem 2014 r., po trzech latach drugiej kadencji, PO złapała oddech i odebrała sondażowe prowadzenie PiS, zdobyte kilkanaście miesięcy wcześniej. Na dodatek przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. nie będzie już „wilczego dołu” wyborów prezydenckich; wówczas, w 2015 r., porażka Komorowskiego odwróciła trend i pociągnęła w dół PO

Polska nie jest skazana na duopol

Wartym rozważenia jest również to, co wydarzyło się ostatnio w przedterminowych wyborach prezydenckich w Zabrzu. Po odwołaniu w referendum popieranej przez PO prezydent pierwszą turę raz jeszcze wygrała kandydatka tej partii – z wyraźną przewagą. Ale tylko po to, by ulec w drugiej turze konkurentowi z lokalnego komitetu. 

Politycy PiS uradowali się z porażki rządzących, choć sami też ponieśli klęskę. Przecież ich kandydat nawet do drugiej tury nie wszedł. Podzielił się nieomal po równo poparciem z kandydatem Konfederacji, przez co obaj odpadli z ostatecznej rozgrywki. Ten układ sił i motywacji jest jeszcze jedną okolicznością, która wskazuje na nową konfigurację naszego życia politycznego, niekoniecznie korzystną dla obchodzącego 20. rocznicę duopolu.

Kaczyński i Tusk od lat marzą o usunięciu się nawzajem z życia politycznego. Ich buńczuczne zapowiedzi – jak ta Tuska z czerwca 2023 r., że „z PiS konsultować możemy warunki ich kapitulacji” – nijak się mają do realnych zjawisk społecznych. Mają jednak jeden, nieoczywisty, efekt. Każdy z nich głosi, że partia tego drugiego nie ma prawa rządzić. I wygląda na to, że każdemu z nich udało im się do swojej tezy przekonać dwie trzecie Polaków, w obu przypadkach chodzi jednak o zbiory w dużej mierze rozłączne. 

W efekcie mamy dziś doskonały klincz. I KO, i PiS utrzymują po jednej trzeciej swoich wielbicieli, dla których współpraca z drugą stroną jest niedopuszczalna. Pozostała jedna trzecia też ma dosyć – ich obu. Tylko że niezależnie od tego, ile się napisze o zmęczeniu Polaków duopolem, bez jednego z jego biegunów nie da się stworzyć dziś większości zdolnej do rządzenia. Ci spoza duopolu mogą sobie co najwyżej wybrać, kogo mają dość bardziej. 

Zwykle bardziej mają dość tych, którzy akurat są u władzy. Co za tym idzie, każda większość, stworzona na bazie jednego z tych biegunów, nie może liczyć na długotrwałe zadowolenie większości wyborców. Bo przecież zwolennicy któregokolwiek z mniejszych sojuszników tego bieguna duopolu, który akurat jest u władzy, szybko znajdują wspólny mianownik z opozycją. W efekcie, tak jak zwolennicy opozycji, z czasem też chcą pogonić swojego głównego koalicjanta.

Prezydent Polski nie jest ani przywódcą, ani arbitrem

Charakterystyczny dla Polski nieszczęsny dualizm władzy sprawia, że na pełną kadencję parlamentu, bez wetkniętych w nią wyborów prezydenckich, nie możemy liczyć. W dwudziestoletnim cyklu możemy mieć wybory prezydenckie jako przygrywkę do sejmowych (jak w 2015 r. i znów w 2035), jako ich pokłosie (2020), pół roku przed półmetkiem (tegoroczne) i pół roku po półmetku (jak w 2010 r. i znów w 2030).

Wbrew marzeniom konstytucjonalistów, nie daje to żadnej równowagi systemu, tylko nieprzewidywalne przemieszanie – raz jest to paraliż, a raz nieskrępowana władza. Prezydent i premier z jednego obozu nie mają specjalnie odmiennych interesów, co najwyżej psychologiczne i ambicjonalne spięcia, jak Kwaśniewskiego z Millerem czy Dudy z Kaczyńskim (w roli „oberpremiera”). Prezydent i premier z obozów przeciwnych skazani są na żenujące spory i dziecinne podchody. Bo przecież nic sobie nie mogą zrobić, co najwyżej wbijać szpile i rzucać pod nogi kłody.

Najnowszym przykładem patologicznego układu jest wszystko to, co w ostatnim miesiącu działo się w naszej polityce zagranicznej. Czy to rozgrywanie nas przez Trumpa przy telefonicznych konsultacjach, czy nieobecność Polaka w trakcie narady w Białym Domu po szczycie na Alasce – trudno nie odnieść wrażenia, że dla obu ośrodków władzy najważniejsze jest to, żeby ten drugi nie miał sukcesu. Nikt go w takich warunkach nie może odnieść, jedyną korzyścią zaś dla każdej ze stron jest to, że może wytykać drugiej porażkę. Sytuacja przypomina jako żywo tę z wyborów w Zabrzu.

Wszystkie te rozważania raz jeszcze pokazują, że zastosowane w obecnej konstytucji pomysły ojców-założycieli na równowagę władzy są nie do obrony. Systemowe słabości, na punktowanie których poświęciłem sporo swojego życia zawodowego, są teraz potwierdzone przez realne zachowania wszystkich aktorów. Wpisują się oni nie w wymarzone, naiwne postulaty konstytucjonalistów, lecz w realne układy interesów, generowane przez taki, a nie inny kształt instytucji. Prezydent nie jest ani przywódcą, ani arbitrem, tylko niby-przywódcą, który czasem udaje arbitra (jeśli akurat chce zejść z linii strzału politycznych przeciwników).

Premier natomiast o niczym tak nie marzy, jak o spacyfikowaniu prezydenta – czy to wrogiego, czy swojego. Prezydent do niczego mu potrzebny nie jest. W obliczu permanentnej frustracji każdy z nich wykręca marne bezpieczniki i podkręca polityczne napięcie, choćby miała się zapalić cała ustrojowa instalacja. Na razie zupełnie wysiadł Trybunał Konstytucyjny, teraz wściekle iskrzy w wymiarze sprawiedliwości. Prezydent Nawrocki w połowie kadencji parlamentu zadeklarował wolę obalenia rządu i paraliżuje sejmową większość, już wcześniej skłóconą przez konieczność rywalizacji w beznadziejnie skonfigurowanych wyścigach o prezydenturę.

Konstytucję pisać tak, by chciało się jej przestrzegać

Żeby jednak wyjść poza narodową pasję biadolenia, warto odnotować, że wcale niemało spraw udaje się mimo to załatwić za obopólną zgodą. Ten schowany przed opinią publiczną nurt naszego życia politycznego daje nadzieję, że fatalna konstrukcja kiedyś zostanie przebudowana. Byle tylko po gruntownym przemyśleniu.

W ramach swojej aktywności prezydent ogłosił już zamiar zmiany konstytucji. Pytanie, czy postulowane zmiany będą wpasowywać się w starą, bezsensowną logikę. Bo wszystko to, co dotąd postulowało jego środowisko, nie było żadnym przełomem w sprawie relacji prezydent–premier. Ot, niewielkie dorzucenie jednego czy dwóch odważników na tej samej rozchwianej huśtawce. Z reguły pomysły te mogły przynieść korzyści tylko w takim układzie obsady stanowisk, jaki właśnie miał miejsce. Bez jakiegokolwiek wysilenia wyobraźni, co się stanie, gdy wahadło polityczne wychyli się w inną stronę.

Jest faktem, że na skutek szczęśliwego układu politycznego kalendarza PiS jako partia rządząca nigdy jeszcze nie spotkał się z wrogim sobie prezydentem. Lecz przecież nie trzeba szczególnie puszczać wodzów fantazji, by dostrzec, że gdyby wybory prezydenckie odbywały się dwa lata temu, ani Nawrocki, ani żaden inny kandydat PiS nie miałby co marzyć o zwycięstwie, nawet przy tym poziomie nieudolności i autodestrukcji, jaki prezentują jego przeciwnicy w tym roku. 

Lecz już doświadczenie wybieranej przez Sejm Państwowej Komisji Wyborczej powinno nauczyć polityków PiS, że ich pomysły na instytucjonalne triki mogą łatwo obrócić się przeciwko nim. Gdyby koalicja PiS-Konfederacja przejęła władzę w 2027 r., Nawrocki będzie w kolejnych wyborach faworytem dokładnie w takim stopniu, jak przed rokiem był Trzaskowski.

Konstytucja – polityczne reguły gry – powinna być pisana tak, żeby jej zasad chciało się przestrzegać zarówno wtedy, gdy się oddaje rządy, jak i gdy się je przejmuje. Przekonanie, że raz zdobytą władzę da się zabezpieczyć tak, żeby nigdy już do niej nie dopuścić pokonanego przeciwnika, w żaden sposób nie znajduje potwierdzenia w wydarzeniach minionych lat. 

Inicjatorem większości kruczków, mających wzmocnić władzę prezydenta względem większości sejmowej, było środowisko SLD, układające reguły pod prezydenturę Kwaśniewskiego. Z perspektywy 30 lat świetnie widać, że te triki znacznie częściej obracały się na niekorzyść, niż pozwalały coś naprawdę ważnego ugrać.

Polska polityka plemienna

Niesamowite w polskiej polityce jest jednak to, że złudzeniem okiwania i ostatecznej anihilacji przeciwników karmią swoich wyznawców obaj słabnący liderzy, a tak wiele osób – wbrew bijącym po oczach faktom – wierzy im i podziela ich mrzonki. Pytanie, czy pokolenie czterdziestolatków, które właśnie przejęło władzę w Pałacu Prezydenckim, naprawdę tak myśli, czy tylko udaje, bo „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”?

W ciągnącej się latami rywalizacji, gdzie arbitrem są nieprzewidywalni wyborcy, znacznie ważniejsze jest to, żeby przeciwnika sobie kształtować, a nie łudzić się wizjami jego unicestwienia. Także reguły fair play nie rodzą się z jakiejś litości czy słabości, lecz są racjonalną kalkulacją, na granicy cynizmu. Ich wdrażanie wymaga odwagi – by potraktować przeciwnika jak partnera. Wymaga też wstrzymania się z odpowiadaniem z nawiązką – czyli pięknym za nadobne.

Być może w takiej zmianie pomoże to, że Tusk i Kaczyński – jakby się umówili – ignorują zmieniającą się sytuację. Czy to spotkanie Hołowni z Kaczyńskim, czy deklaracje posłów Konfederacji o możliwym porozumieniu z Platformą piętnowane są jako akty zdrady – bądź demokracji, bądź narodu. 

Choć przecież być albo nie być każdego z nich zależy dziś i jutro właśnie od tej jednej trzeciej sceny politycznej, która darzy ich obu najszczerszą niechęcią. Ta jedna trzecia jest dziś wyjątkowo rozdrobniona. Czy to lewica, czy środek, czy prawy narożnik, wszystko jest dziś dodatkowo podzielone – Razem i Nowa Lewica, Polska 2050 i PSL, Konfederacja i Braun. 

Do tego dochodzą napięcia pomiędzy różnymi nurtami ideowymi. Lecz wydaje się, że w ich wspólnym interesie jest spuszczanie z tonu w całym życiu politycznym, a nie licytowanie się z dwójką największych partii na rozhisteryzowanie.

W całej Radzie Gabinetowej jednym z najbardziej przewidywalnych wątków były pochwały prezydenta pod adresem wicepremiera Kosiniaka-Kamysza. Z jednej strony wiadomo, że to szyte grubymi nićmi próby rozbicia koalicji i odwrócenia sojuszy jeszcze w tej kadencji. Z drugiej jednak, skoro „hipokryzja to hołd składany przez cynizm cnocie”, dobrze jest pamiętać, że cnota zgody i współpracy ciągle jeszcze ma taką pozycję, że warto jej te hołdy składać.

Prof. Jarosław Flis jest socjologiem i komentatorem politycznym, pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Crash test Trzeciej Rzeczypospolitej