Trybunalskie zombie

Może w tzw. reformie wymiaru sprawiedliwości władzy chodzi tylko o to, żeby sądy stały się nam niepotrzebne.

Reklama

Trybunalskie zombie

Trybunalskie zombie

25.11.2019
Czyta się kilka minut
Może w tzw. reformie wymiaru sprawiedliwości władzy chodzi tylko o to, żeby sądy stały się nam niepotrzebne.
Antyrządowa Wielka Parada Śmieszności, Kraków, 14 kwietnia 2019 r. BEATA ZAWRZEL / REPORTER
Ż

Żyjemy w czasach, w których każdy społeczny fakt musi zostać zinterpretowany w kategoriach toczącej się wojny. Wydany 19 listopada wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wszystkie strony polskiego sporu o praworządność uznały za zwycięstwo. Jak to możliwe? Czyżby po raz pierwszy w historii sąd wydał wyrok idealny, w którym pogodził wszystkich zainteresowanych? W tych kategoriach orzeczenie sądu czy trybunału nie kończy sporu. Ono ten spór właściwie zaczyna.

Spójrzmy na fakty. W ostatnich dwóch latach polskie sądy zadały europejskiemu trybunałowi kilkanaście tzw. pytań prejudycjalnych, związanych z wprowadzonymi przez PiS zmianami w sądownictwie. Pytania te uruchomiły na poziomie europejskim postępowania sądowe, niezależne od toczących się już tam innych polskich spraw: tzw. procedury art. 7 oraz postępowań rozpoczętych przez skargi Komisji Europejskiej.

Postępowanie z art. 7 jest postępowaniem pozasądowym, w którym kraje członkowskie oceniają całościowo, czy stan polskiej praworządności nie jest systemowo zagrożony. Ze względu na złożone relacje międzypaństwowe, w szczególności polski sojusz z Węgrami, postępowanie to nie przyniesie szybko konkretnej decyzji. Sam jednak fakt, że się toczy, rzuca złe światło na Polskę i jest wykorzystywany w innych postępowaniach jako argument obciążający – podobnie jak obciążający dla zwykłego człowieka jest fakt postawienia go w stan oskarżenia, nawet jeśli nie kończy się skazaniem.

Skazaniem Polski skończyły się postępowania zainicjowane przez Komisję Europejską. Chodzi o sprawy obniżenia wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego i sądów powszechnych, a także dyskryminacyjnego zróżnicowania ich wieku przechodzenia w stan spoczynku. W sensie prawnym te sprawy przypominają swoją konstrukcją sprawy wnoszone do polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Komisja prosi Trybunał Sprawiedliwości o ocenę zgodności konkretnej polskiej ustawy z prawem unijnym, a wyrok zgodny z wnioskiem powoduje, że ustawa przestaje obowiązywać, podobnie jak wyrok Trybunału Konstytucyjnego o niezgodności ustawy z konstytucją eliminuje daną ustawę z systemu prawa. W 2020 r. Trybunał Sprawiedliwości rozstrzygnie jeszcze jedną taką sprawę z wniosku Komisji – oceni, czy zgodny z prawem unijnym jest wprowadzony przez Zbigniewa Ziobrę system odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów, system, którego głównym elementem jest Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego.

Wyroki TSUE są szczególnie bolesne dla PiS. Nie da się ich zlekceważyć, jak kiedyś wyroków jeszcze niezależnego polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Byłoby to drastycznym antyeuropejskim gestem rządu, który przecież nie chce zrazić do siebie Polaków ciągle mocno Unię popierających. Dlatego właśnie wcześniejsze wyroki wydane na skutek wniosków Komisji polski rząd wykonał bez szemrania, już na podstawie wstępnych rozstrzygnięć, nie czekając na zakończenie sprawy. Stało się tak także dlatego, że sprawa wieku emerytalnego nie była kluczowym elementem zmian w polskich sądach. Na pewno nie tak kluczowym, jak kwestia kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa czy powołanie nowych izb w Sądzie Najwyższym.

Konsylium

Te ostatnie kwestie stały się właśnie przedmiotem pytań prejudycjalnych polskich sądów. Procedura prejudycjalna przypomina nieco lekarskie konsylium. Sąd polski w trakcie rozpatrywania konkretnej sprawy natrafia na problem – nie ma pewności, czy stosowane przezeń przepisy są zgodne z prawem unijnym. Zawiesza więc postępowanie i prosi Trybunał Europejski o pomoc, jak mniej doświadczony lekarz prosi starszych kolegów o pomoc w trudnym przypadku. Ci zbierają się, oceniają przypadek, a następnie pytający kontynuuje swoje działanie według otrzymanych instrukcji – lekarz dalej leczy, sąd dalej osądza.

Między procedurą prejudycjalną a konsylium lekarskim jest jednak kluczowa różnica. O ile odpowiedź konsylium dotyczy jednego konkretnego przypadku, odpowiedź Trybunału ma tzw. skutek względny erga omnes (wobec wszystkich). Oznacza to, że odpowiedź ta wiąże nie tylko sąd pytający w danej sprawie, ale także wszystkie inne sądy w podobnych sprawach. Odpowiedź wiąże także inne organy państwa członkowskiego – w tym Prezydenta, Sejm, KRS czy prezesów sądów.


Czytaj także: Klaus Bachmann: Hamulce władzy


A odpowiedź Trybunału udzielona 19 listopada jest jasna: potwierdza, że polskie sądownictwo toczy nowotwór. Jest nim zależność nowej Krajowej Rady Sądownictwa (neoKRS) od polityków, powodująca, że nie można uznać powołanych przez nią sędziów za niezależnych. To z kolei powoduje, że sądy, w których ci sędziowie zasiadają, nie są w rozumieniu prawa unijnego sądami, ponieważ niezależność od polityków jest cechą, która definiuje sąd.

To nie jest sąd

Taka odpowiedź potwierdza wszystkie wątpliwości zgłoszone w pytaniu prejudycjalnym przez polski sąd. Tym samym daje sądowi pytającemu, a także – ze względu na swoje szersze oddziaływanie – także innym sądom polskim i europejskim zielone światło na orzekanie, że sądy, w których zasiadają sędziowie neoKRS, sądami nie są, a tym samym na przejmowanie od nich spraw. Zgoda na to, aby „niesąd” orzekał, byłaby bowiem zgodą na to, że jego rozstrzygnięcia są nieważne. A takie rozstrzygnięcia nie zapewniają obywatelom skutecznej ochrony prawnej, której wymaga prawo unijne.

Wyrok TSUE oznacza odroczoną likwidację neoKRS, Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, a także innych polskich sądów, w których zasiadają powołani przez neoKRS sędziowie. Ta likwidacja nastąpi nie w wyniku bezpośredniego działania Trybunału, ale przez działanie sądów krajowych, które na podstawie wyroku z 19 listopada będą pomijać decyzje sędziów powołanych przez neoKRS i przejmować ich kompetencje. Muszą to robić, ponieważ w przeciwnym razie żaden obywatel nie będzie mógł polegać na wyroku wydanym przez sędziego powołanego przez neoKRS. Taki wyrok, w sprawie nieruchomości, opieki nad dzieckiem czy kredytu frankowego, będzie mógł zostać zakwestionowany przez inny sąd w Polsce i w Europie tylko z tego powodu, że osoba go wydająca nie była sędzią.

Wyrok TSUE oznacza także, że każda decyzja neoKRS o powołaniu kolejnych sędziów będzie zwiększać chaos prawny w Polsce, ponieważ będzie zwiększać liczbę nieprawidłowo powołanych sędziów, a tym samym liczbę sądów, które sądami nie są. Sama neoKRS będzie niczym źródło choroby, które z każdym dniem funkcjonowania rozsiewa ją po organizmie sądownictwa. Jest więc jasne, że bez jej uzdrowienia, a więc zmiany sposobu wybierania i przywrócenia jej niezależności, uzdrowienie polskiego sądownictwa nie nastąpi. A taka zmiana może się dokonać wyłącznie w drodze zmiany odpowiednich ustaw przez parlament.

Prawo czy szmata

To wszystko powoduje, że wyrok z wtorku jest sromotną porażką rządu PiS. Ponieważ jednak wyrok ten został wydany w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne, a więc na kanwie konkretnej sprawy, i stanowi instrukcję dla sądów krajowych, łatwo poddać go politycznej manipulacji. Jest to łatwiejsze niż w przypadku wyroku wydanego na skutek skargi Komisji Europejskiej. Ten jest jak bezpośrednie wycięcie nowotworu w systemie polskiego prawa przez Trybunał Europejski. Wyrok prejudycjalny jest raczej jak polecenie sądowi krajowemu, który jest bliżej sprawy, dokonania ostatecznej oceny, czy wycięcie jest konieczne, z podaniem kryteriów takiej oceny, ale z bardzo silną sugestią, że konieczność wycięcia zachodzi.

Ta cecha wyroku z 19 listopada umożliwiła ministrowi sprawiedliwości przedstawienie go jako zwycięstwa PiS, a więc rzekome potwierdzenie, że sprawy organizacji sądownictwa są wewnętrzną sprawą Polski. „Patrzcie – mówi minister – Trybunał stwierdził, że nie może w tej sprawie sam nic zrobić, więc mieliśmy rację! Nasze sprawy muszą rozstrzygać nasze sądy, a nad tymi mamy przecież pełną kontrolę”.

Taka ocena skutków wyroku Trybunału nie zapewniłaby ministrowi nawet trójki na egzaminie z prawa europejskiego. Świetnie nadaje się jednak na propagandowy materiał polityczny. W rzeczywistości wyrok TSUE daje polskim sądom niezwykle skuteczne narzędzie do zakwestionowania tzw. reformy sądownictwa. Powinien on także natychmiast zmusić ustawodawcę do zmiany sposobu powoływania KRS, tak, aby była ona w stanie powoływać legalnie sędziów. Tylko taka odpowiedź byłaby wyrazem poczucia odpowiedzialności za stabilność sytuacji prawnej polskich obywateli, którzy idą do sądu po to, aby dostać ważny wyrok, na którym mogą oprzeć swe najważniejsze życiowe decyzje. Bez tej zmiany dostaną w źle obsadzonych sądach niewiele wart świstek papieru.

To wydaje się jednak nie zmieniać dobrego samopoczucia polityków PiS, ponieważ wydają się oni cenić powodzenie politycznego projektu przejęcia kontroli nad sądami o wiele bardziej niż bezpieczeństwo prawne obywateli. Z tego powodu będą zapewne blokować orzeczenia polskich sądów, wykonujące wyrok TSUE. Świetnym narzędziem dla tego celu będzie kontrolowany Trybunał Konstytucyjny, do którego dwa dni po europejskim wyroku powołano Krystynę Pawłowicz, kiedyś z dumą oznajmiającą, że zarówno flaga UE, jak i sama Unia jest dla niej „szmatą”.

Być może więc tak jak kiedyś w sprawie orzeczenia Sądu Najwyższego dotyczącym Mariusza Kamińskiego, tak i teraz Trybunał Konstytucyjny zabroni Sądowi Najwyższemu orzekać w celu wykonania wyroku trybunału europejskiego, a tym samym ponownie ogłosi fałszywą tezę o sprzeczności „obcego” prawa unijnego z polską, suwerenną konstytucją. Jeśli się to zdarzy, zapewne z ust polityków PiS nie usłyszymy, że zgodnie z jasnym orzecznictwem TSUE żaden organ krajowy, w tym sąd konstytucyjny, nie może blokować wykonania trybunalskiego wyroku.

Wreszcie, świetnym narzędziem zniechęcenia sędziów do respektowania prawa unijnego będzie groźba postępowań dyscyplinarnych wobec tych, którzy wyrok europejski jednak wykonać by chcieli, mimo zakazu Trybunału Konstytucyjnego czy też sprzeciwu polskich władz. W ten sposób do blokowania wyroku europejskiego trybunału zostaną użyte narzędzia, które ten właśnie wyrok nakazuje uznać za nielegalne. Jeśli tak się stanie, trudno będzie o lepsze podsumowanie stosunku polskiego rządu do prawa Unii.

Możecie ich ignorować

Co więc stanie się teraz? Ponownie, jak już wiele razy w ostatnich czterech latach, dużo zależy od etosu i determinacji polskich sędziów. Z prawnego punktu widzenia sytuacja jest jasna – zarówno Sąd Najwyższy, jak i inne polskie sądy powinny od czasu wyroku Trybunału traktować neoKRS, powołanych przez nią sędziów i sądy, w których oni zasiadają, jak niewidzialne, ponieważ w sensie prawnym ich decyzje nie istnieją. W tym zakresie wyrok Trybunału daje niezwykle skuteczne narzędzie, którego – podkreślmy to – wcześniej nie miały. Lekceważenie decyzji neoKRS czy izb przez nią powołanych wyłącznie na podstawie przepisów polskiej konstytucji byłoby niezwykle kontrowersyjne. Lekceważenie ich na podstawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE kontrowersyjne nie jest.

Z tego narzędzia już korzystają pełnomocnicy stron. O pierwszym żądaniu zastosowania wyroku europejskiego trybunału w konkretnej sprawie przed polskim sądem usłyszeliśmy już w środę. Być może presja rządu na polskich sędziów ograniczy skuteczność wyroku w kraju, jednak nie zadziała poza granicami Polski. Argument z wyroku europejskiego trybunału będzie przecież także stosowany przed sądami zagranicznymi, które w wielu sprawach oceniają ważność polskich wyroków. Spowoduje to np., że firma, która uzyskała w Polsce wyrok nakazujący zapłatę należnego jej wynagrodzenia przez firmę zagraniczną, będzie mieć kłopoty z wyegzekwowaniem wyroku w innym państwie.

Może zatem dojść do kuriozalnej sytuacji, w której sądy polskie i zagraniczne nie będą rozpoznawały rozstrzygnięć wydanych przez nominatów neoKRS, zarówno jednak ta ostatnia, jak i obsadzone przez nią sądy będą wolą polityków PiS nadal funkcjonować. Sytuacja ta będzie w pewnym sensie dla nich wygodna – członkowie neoKRS i powołani przez nich sędziowie będą pobierać wynagrodzenia, mimo że liczba spraw do nich kierowana będzie maleć, a wyroki wydane w tych sprawach, które jednak rozstrzygną, będą bublami prawnymi.

W ten sposób polskie sądownictwo będzie powoli zmierzać w stronę modelu, zastosowanego w TK, który można nazwać modelem sądowych zombie – jeszcze się poruszają, ale tak naprawdę już umarły. Po zmianach wprowadzonych przez PiS TK rozpatruje coraz mniej spraw, mimo to kosztuje polskich podatników coraz więcej. A rozstrzygnięcia w tych sprawach, w których jednak decyduje, obarczone są wadą prawną ze względu na zasiadanie w Trybunale wadliwie powołanych osób. Taki efekt „reformy” sądownictwa będzie nieuniknionym skutkiem jej nielegalności.

Nic nie jest obiektywne

I może o to w tym wszystkim chodzi – żeby sądy stały się niepotrzebne. Skoro nie będą zdolne do rozstrzygania sporów, bo żadne z ich rozstrzygnięć nie będzie mogło być uznane za ważne i ostateczne, to właściwie po co one społeczeństwu? W ten sposób jedyną instancją rozstrzygania sporów stanie się władza polityczna i prawo przestanie pełnić swoją rolę. Od czterech lat do takiego celu, jak się zdaje, zmierzamy.

Nic nie jest już obiektywne, wszystko jest polityczne, przekonują politycy PiS. Nie prawo jest ważne, ale człowiek je stosujący i jego polityczne poglądy, mówią i mianują sędzią najbardziej kontrowersyjnego z polityków. Włącza się w tę narrację prezydent, dopatrujący się w wyroku Trybunału Europejskiego ukrytego przekonania, że spór o polskie sądy jest polityczny, nie prawny. Prezydent-prawnik nie mówi wprawdzie, gdzie taki nieprawdopodobny pogląd w tym wyroku się ukrył, ale wysyła komunikat – nic nie jest kwestią prawa, wszystko jest kwestią polityki. A od polityki jesteśmy my, więc sędziowie nie powinni wchodzić nam w paradę.

Jednak nie. Podstawową zasadą cywilizacji europejskiej jest przekonanie, że prawo i polityka to dwie odrębne sfery i że konstytucja rozstrzyga kwestie, które nie mogą być przedmiotem sporu politycznego. Takimi kwestiami są ludzka godność i wolność czy międzyludzka równość, taką kwestią jest też – ważna dla tej dyskusji – niezależność sądownictwa od polityki. Obowiązkiem społeczeństwa obywatelskiego jest obrona tych wartości przed politykami, a obowiązkiem polskich sędziów jest udowodnić, że obrona tych wartości może być przed polskimi sądami skutecznie przeprowadzona.

Zatem, polscy sędziowie, do roboty! Jest poważna choroba do uleczenia, groźny nowotwór do wycięcia. A Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej sprezentował Wam właśnie bardzo solidny skalpel. ©

Autor jest prawnikiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Prawnik, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i praktykujący radca prawny. Zajmuje się filozofią prawa i teorią interpretacji, a także prawem administracyjnym i konstytucyjnym. Prowadzi blog...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Autorowi z kolejny mądry artykuł. Jestem zbudowany postawą Autora, który sumiennie i z mozołem wykonuje swój publicystyczny obowiązek. Można rzec "ku chwale Ojczyzny" :) Takie wypowiedzi są nie do przecenienia, ponieważ przybliżają nam skomplikowaną materię prawną, którą rządzący interpretują pokrętnie i błędnie, nie licząc się ze skutkami. Pozdrawiam serdecznie Pana Profesora.

Proponuję na wymiar sprawiedliwości spojrzeć szerzej, nie przez pryzmat SN czy TK. Do 1989 r. sądy nie były tak zawalone sprawami i nie odgrywały takiej roli jak obecnie, bo wtedy do różnych rozstrzygnięć były inne instancje (np. partia, milicja, prezesi spółdzielni, dyrektorzy szkół…). Dzisiaj w świecie demokracji werdykt może wydać tylko sąd. I bardzo dobrze. Ale… Aby werdykt był sensowny, powinien zapadać bez zbędnej zwłoki. Po drugie, także egzekucja orzeczenia powinna przebiegać szybko i sprawnie. Niestety od 3 dekad, to nie działa albo używając eufemizmu „mało sprawnie”. Pomijam tu absurdalność niektórych orzeczeń (z pewnością margines, ale medialnie nośny) urągających podstawowemu poczuciu sprawiedliwości. A przecież obywatel ma prawo uzyskać szybko werdykt, kiedy uciążliwy sąsiad nagminnie urządza za ścianą libację (w nocy robi remonty lub „tylko” chodzi na szpilkach), w szkole pobiją syna lub ktoś wyzwie żonę. I właśnie w tych „drobnych” sprawach wykroczeniowych, gdzie wydawałoby się sprawa w miarę prosta, postępowanie może trwać i 2-3 lata! W takim przypadku trzecia władza nie jest już żadną władzą, bo obywatel wie, że sąd - oprócz pobrania dla siebie kosztów – nic nie zmieni, w żaden sposób nie rozwiąże jego problemu. I obywatel ze swoimi bolączkami zostaje sam. Reasumując, uważam że obecny czas wymaga przede wszystkim przyjrzeniu się kodeksowi wykroczeń (sugerowałbym aby pewne sprawy były wszczynane z urzędu), doprecyzowanie pewnych przepisów, a nadto zreformowanie w taki sposób wymiaru sprawiedliwości by w sprawach tych – również wynikających z nieprzestrzegania ruchu drogowego – ścieżka „dochodzenia sprawiedliwości” była szybka. A sprawca dotąd nierzadko bezkarny, wiedział, iż nieuchronnie i szybko poniesie karę. I o to wyłącznie powinno chodzić.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]