Wyjście Polski z Unii Europejskiej kusi coraz większą liczbę Polaków. W grudniu 2025 r. w sondażu United Surveys by IBRiS (dla Wirtualnej Polski) aż 24,7 proc. badanych deklarowało poparcie dla polexitu, 65,7 proc. było przeciw, a niecałe 10 proc. nie miało zdania.
Nadal jednak pozostajemy jednym z najsilniej związanych z Unią narodów w Europie. Jak wynika z ostatniego badania Eurobarometru, Wspólnocie ufa 59 proc. Polaków (6. miejsce w Unii). Dla porównania, podobne podejście do UE ma tylko 27 proc. Francuzów. 48 proc. Polaków deklaruje też pozytywne skojarzenia z UE (w całej UE 42 proc.).
Rosnący eurosceptycyzm (jeszcze pięć lat temu poparcie dla UE sięgało u nas niemal 90 proc.) nie jest równomiernie rozłożony. A gdy jakiś gorący problem podlega silnej polaryzacji, łatwo go uczynić elementem tożsamości swojego obozu. W badaniu dla WP najwyższe poparcie dla polexitu deklarowali wyborcy PiS (łącznie: „zdecydowanie” i „raczej”– 47 proc.), a zaraz po nich wyborcy Konfederacji (41 proc.).
Elektoraty Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i partii byłej Trzeciej Drogi są w tej sprawie niemal jednolite, sprzeciw wobec wyjścia zaznaczyło odpowiednio 83 proc., 88 proc. i 83 proc. badanych.
Ile Polska zyskała finansowo na integracji z UE – bilans funduszy i składek
Nie jest trudno znaleźć argumenty na rzecz tezy, że polexit przyniósłby Polsce duże straty, przede wszystkim gospodarcze. Wyjście Polski z UE oznaczałoby opuszczenie jednolitego rynku, a więc powrót barier w handlu, dodatkowych procedur i kontroli, a w wielu obszarach także realne utrudnienia dla sfery usług lub inwestycji.
Stanęlibyśmy też w obliczu utraty prawa do swobodnego przemieszczania się po Europie, nie tylko turystycznego, ale przede wszystkim zarobkowego. Do tego dochodzi kwestia pieniędzy: dziś Polska jest beneficjentem netto budżetu UE. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w latach 2004-2023 nasze państwo otrzymało z budżetu UE ok. 245,5 mld euro; wpłaciło ok. 83,7 mld euro. Saldo netto wyniosło więc ok. 161,8 mld euro.
Jednak bezpośrednie finansowanie to tylko jeden z elementów korzyści ekonomicznych. Członkostwo w UE to także jednolity rynek, który ułatwia funkcjonowanie przedsiębiorstwom chcącym wyjść poza lokalne poletko. Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego napisali w raporcie „Wielkie rozszerzenie. 20 lat członkostwa Europy Środkowej w UE” z 2024 r., że gdyby Polska nie uczestniczyła w jednolitym rynku, nasze PKB per capita (wg parytetu siły nabywczej) byłoby w 2022 r. niższe o 39,6 proc.
Spektakularny jest zwłaszcza przykład rolnictwa, które każdego roku jest rzekomo na skraju zapaści, związanej z jakimiś działaniami Brukseli. Gdyby jednak nie ona, dochody rolników byłyby znacznie niższe.
W raporcie „Zagrożenia dla rozwoju Polski wynikające z prowadzonej polityki gospodarczej”, prof. Walenty Poczta z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu wskazuje, że w latach 2004-2021 wypłacono rolnikom prawie 220 mld zł funduszy bezpośrednich, a z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich do gospodarstw trafiło ok. 100 mld zł.
To razem ok. 320 mld zł (tylko przez pierwsze 17 lat naszego członkostwa). Dopłaty z Unii stanowiły w tym czasie co najmniej połowę rolniczych dochodów.
Nie ma drugiej grupy zawodowej, która otrzymałaby z UE tak wiele. Gdybyśmy ze Wspólnoty wystąpili, producenci rolni musieliby albo całkowicie poddać się regułom rynku, albo te koszty zostałyby przerzucone na budżet państwa.
Jaka lekcja płynie z brexitu – gospodarcze skutki wyjścia z UE
Jednak fakt, iż do tej pory członkostwo w Unii było dla nas korzystne, nie znaczy, że będzie tak w kolejnych latach. Tu warto uczyć się na cudzych błędach. Taki ewidentnie popełnili Brytyjczycy, występując z UE w 2020 r. jako pierwsze państwo (nie licząc wyjścia Grenlandii z Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej w 1985 r.).
W listopadzie 2025 r. Nicholas Bloom z Uniwersytetu Stanforda wraz ze współpracownikami opublikował w amerykańskim Narodowym Biurze Badań Ekonomicznych (NBER) artykuł, z którego wynika, że do 2025 r. proces brexitu obniżył brytyjski PKB o 6-8 proc. w porównaniu ze scenariuszem, w którym Wielka Brytania pozostałaby w UE. Autorzy szacują też spadek inwestycji o 12-18 proc., zatrudnienia o 3-4 proc. i produktywności o 3-4 proc.
Handel również oberwał. Jak wynika z badania Janeza Krena i Martiny Lawless opublikowanego w „European Economic Review” w 2024 r., wymiana towarowa między Wielką Brytanią a UE spadła o jedną piątą względem prognoz bez brexitu. Sam eksport z Wysp na kontynent był mniejszy o 16 proc., z kolei import o 24 proc. Oznacza to straty o wartości ok. 100 mld euro rocznie (łącznie po obu stronach).
Brexit odbił się także na demografii. Wbrew zapewnieniom nacjonalistów nie zatrzymał migracji jako takiej, tylko zmienił jej strukturę. W latach 2021-2025 na Wyspy przybyło o co najmniej 2,5 mln więcej osób niż wyjechało; głównie byli to imigranci z Indii, Pakistanu i Nigerii. W tym samym okresie do swoich ojczyzn wróciło, według ostrożnych szacunków, o 162 tys. więcej obywateli Unii, niż przyjechało ich do Wielkiej Brytanii.
W efekcie, w sektorach takich jak zdrowie i opieka deficyty kadrowe stały się realnym, poważnym problemem. Giuseppe Moscelli z University of Surrey przeprowadził badania, z których wynika, że w pierwszych trzech latach od referendum brexitowego życie straciło 1845 osób – z powodu opuszczenia Wysp przez część pielęgniarek z UE. Spadła też dostępność leków, przede wszystkim w wyniku malejącego importu z państw Unii.
W naszym przypadku skutki dla opieki zdrowotnej nie byłyby aż tak dotkliwe, bo w Polsce pielęgniarki z państw Unii pracują bardzo rzadko. Ale gospodarczo mogłoby być gorzej (co zapewne stałoby się motorem dla emigracji polskich pracowników). Jesteśmy mniejszą gospodarką, mocno osadzoną w europejskich łańcuchach dostaw, wciąż bardzo wiarygodną inwestycyjnie, mimo że położoną na wschodniej flance, z wojną tuż za granicą.
Skąd się bierze eurosceptycyzm w Polsce
Większość Polaków zdaje sobie sprawę z gospodarczych korzyści płynących z członkostwa w UE (choćby jeżdżąc nowoczesnymi drogami). W badaniu CBOS z 2024 r., przygotowanym z okazji 20-lecia akcesji, Polacy jako największe korzyści wskazywali: fundusze unijne i wsparcie finansowe (28 proc.), swobodę przemieszczania się (22 proc.) i ogólnie rozumiane korzyści dla gospodarki (12 proc.).
Wśród plusów integracji europejskiej pojawiały się też: bezpieczeństwo kraju wynikające z bycia w klubie silnych państw (12 proc.) i rozwój handlu (9 proc.). Przodowały więc argumenty czysto merkantylne.
Większość zarzutów kierowanych ze strony eurosceptyków nie dotyczy jednak gospodarki. Wady członkostwa są zupełnie innej natury. W tym samym badaniu CBOS najczęściej wskazywano: nadmierne ograniczenie suwerenności Polski (21 proc.), konieczność dostosowania się do prawa unijnego (15 proc.), regulacje środowiskowe i Zielony Ład (10 proc.), „nadmiar regulacji” w ogóle (6 proc.).
W pierwszej piątce pojawiły się też problemy rolnictwa (5 proc.). Co ciekawe, dokładnie taki sam odsetek uznał, że pomoc tej branży to jeden z największych plusów naszego członkostwa.
Eurosceptycyzm jest więc przede wszystkim poglądem politycznym, a nie kalkulacją ekonomiczną. Nawet gdy ktoś wie, iż UE się opłaca, może uważać, że niepodległość nie jest nawet w małym stopniu „na sprzedaż”.
A niepodległość to choćby możliwość samodzielnego stanowienia prawa. Polakom najczęściej przeszkadza to, że duża część przepisów nie zależy bezpośrednio od nas. Tak jednak jest, i to się nie zmieni, chyba że integracja europejska cofnęłaby się o jakieś 40 lat.
Suwerenność Polski a prawo unijne – realny konflikt czy mit
Prawo unijne działa tak, by ujednolicać zasady rynku i minimalizować ryzyko „wyścigu na dno”, np. w standardach sanitarnych, zasadach konkurencji czy stanowieniu prawa. Taka ingerencja jest zarazem fundamentem korzyści, bo jednolity rynek nie może istnieć bez wspólnych reguł.
Nie da się korzystać ze swobodnego handlu i jednocześnie pełnej dowolności norm, bo wtedy wolny handel zamienia się w wolny dumping. Jest i druga strona medalu, bo przecież prawo dotyczy nie tylko gospodarki, ale także (choć tu bardziej w świetle jego interpretacji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości) budzących ogromne emocje społeczne kwestii, jak np. uznawanie małżeństw homoseksualnych zawartych w innych krajach.
Problemem stosunku do UE jest niedobór powszechnej wiedzy o tym, że Unia Europejska od przyjęcia traktatu z Maastricht w 1992 r. jest nie tylko „wspólnotą gospodarczą”. Co więcej, jej ojcowie założyciele traktowali wymianę handlową instrumentalnie – jako narzędzie do zabezpieczenia pokoju na targanym wojnami kontynencie.
Dziś Unia przejmuje kolejne zadania, od wspólnych zakupów szczepionek po finansowanie inwestycji zbrojeniowych. W efekcie pojedyncze państwa, nawet mocarstwa, coraz częściej nie realizują swoich zadań samodzielnie. My zaś mocarstwem nie jesteśmy i nie będziemy w przewidywalnej perspektywie. Postulat uniezależnienia się od UE wynika zaś raczej z marzeń o stosunkach międzynarodowych sprzed co najmniej stu lat, a nie z analizy rzeczywistości.
Spór o Mercosur i interesy narodowe w UE
Przeskok od myślenia w kategoriach prymatu państw narodowych do rozumowania w kategoriach wspólnoty międzynarodowej jest bardzo trudny przede wszystkim mentalnie. Tym bardziej dziś, gdy liderzy takich państw jak USA wyrzucają multilateralizm do kosza, a w Europie coraz popularniejsze są ugrupowania sceptyczne wobec UE, krytykujące zwłaszcza politykę migracyjną.
Benedict Anderson miał rację, określając naród mianem wspólnoty wyobrażonej. W tym kontekście Europejczycy, których nie łączy wspólny język, a często dzieli historia, musieliby wiele kwestii przepracować, by stać się taką wspólnotą. Mówienie o zespołowym interesie jawi się dziś częściej jako bajka dla naiwnych, za którą kryją się interesy poszczególnych państw.
Nie ułatwiają tego krajowi politycy, którzy często używają UE jako wygodnego kozła ofiarnego. Gdy coś się uda, to dzięki „nam”. Gdy coś się nie uda, to „przez Brukselę”.
Obserwowaliśmy to choćby w przypadku sporu o umowę UE–Mercosur. W styczniu 2026 r. większość państw członkowskich poparła zawarcie porozumienia, ale przeciwnicy w Polsce, Francji i kilku innych krajach próbują to zablokować poprzez Parlament Europejski i TSUE. Uważam jednak, że umowa jest w interesie Unii Europejskiej, której przemysł może bardzo na niej skorzystać.
Spór o Mercosur jest w Polsce po części niemerytoryczny. W świetle prognoz nieco skorzysta na nim polski przemysł, zwłaszcza chemiczny i wytwórstwo maszyn, nieco stracą rolnicy (wg różnych szacunków od kilku promili do 1,5 proc. dochodów). Ten stan rzeczy przedstawiany jest jednak przez rolniczą grupę interesu (wbrew jej realnemu kładowi w PKB) jako totalna katastrofa, na której zarobią Niemcy.
Problem w tym, że to właśnie obecne bariery celne z państwami Ameryki Południowej szkodzą europejskim (w tym polskim) konsumentom oraz przemysłowi. Umowa jest więc szansą nie tylko dla niemieckich koncernów, ale także dla naszych rodzimych podwykonawców niemieckich przedsiębiorstw, nie mówiąc o tych firmach, które będą za ocean eksportować bezpośrednio.
Tu na szali leżą rzadziej interesy narodowe niż branżowe, skrywające się za biało-czerwoną flagą. Ale nawet jeśli sprowadzimy sprawę do rozgrywek między państwami, nie jest prawdą, że nasz zachodni sąsiad trzęsie wspólnotą na naszą niekorzyść.
Czy Niemcy i Francja dominują w Unii Europejskiej
Faktem jest, że Niemcy i Francja ze względu na liczbę mieszkańców mają więcej posłów do Parlamentu Europejskiego niż inne kraje oraz większy wpływ na decyzje Rady Unii Europejskiej. To z tych krajów, a także z Włoch, Hiszpanii i Belgii pochodzi najwięcej pracowników Komisji Europejskiej, co daje większy wpływ na projekty wychodzące z KE. Jednak nie znaczy to, że poszczególne organy UE zawsze działają po ich myśli.
Zbadanie realnego wpływu na podejmowane decyzje nie jest łatwe, ponieważ zapadają one zazwyczaj konsensualnie. Politolodzy badają tę kwestię, porównując ostateczne wyniki z wyjściowymi stanowiskami państw, rekonstruując negocjacje i obserwując zachowania w Radzie. Dochodzą przy tym do zaskakujących wniosków.
Przykładowo, Clément Perarnaud i Javier Arregui w artykule dla „Journal of European Public Policy” z 2022 r. obliczyli, że w latach 2004-2019 najbardziej skuteczni w realizacji swoich postulatów w Radzie Ministrów Unii byli przedstawiciele Bułgarii, Szwecji i Polski, najmniej zaś – Portugalii, Słowacji i Czech. Badacze wiążą tę skuteczność m.in. z umiejętnością tworzenia koalicji z innymi państwami, stosowaniem skutecznych taktyk negocjacyjnych oraz współpracą z posłami do PE.
Z badań publikowanych przez Komisję Europejską wynika z kolei, że głównymi beneficjentami wspólnego rynku są małe państwa „starej Unii” (np. Luksemburg, Belgia czy Niderlandy) oraz część państw „nowej” (Słowacja, Węgry). Także Polska per saldo korzysta na UE, choć nie tak bardzo, jak myśli wielu Polaków.
Wszystkie te argumenty są jednak nieskuteczne, gdy głównym zarzutem wobec UE jest to, że nie możemy sami o sobie w pełni decydować. Te nastroje chętnie wykorzystują zagraniczni aktorzy. I nie chodzi tylko o Władimira Putina, ale także o Donalda Trumpa, który nie ukrywa, że traktuje UE jak przeciwnika, a nie ogromny rynek konsumencki, z którym warto współpracować. Z jego punktu widzenia Unia Europejska stała się jedynym potencjalnym konkurentem i zarazem trudnym partnerem w ramach zachodniej cywilizacji. A kiedy jest zjednoczona, trudniej dyktować Trumpowi warunki poszczególnym państwom Wspólnoty.
Polexit jako zagrożenie polityczne i strategiczne
Polscy eurosceptycy oraz zwolennicy polityki Trumpa wobec UE i NATO (a także jego stosunku do imigrantów) stali się dziś zasobem ruchu MAGA. Gdyby udało się mu doprowadzić do upadku Wspólnoty, Stany mogłyby pozostawić poszczególne państwa członkowskie na pastwę losu (czytaj: Rosji), lub kazać im słono płacić za ochronę.
Ale nawet gdyby ten cel maksimum miał nie zostać osiągnięty, to wszelkie osłabianie jedności europejskiej, a także utrudnianie podejmowania decyzji na zasadzie konsensusu, co najmniej spowolni realizowanie celów UE.
Już obecnie USA mają wpływ na to, jak wygląda polskie prawo. Wystarczy wypowiedź ambasadora krytyczna wobec projektu jakiejś ustawy, by jej kształt się zmienił. W ostatnich latach Amerykanie naciskali m.in. w sprawie polskiego prawa farmaceutycznego, ustawy o IPN, lex TVN czy ostatnio ustawy o usługach cyfrowych.
W przypadku ustanawiania prawa europejskiego taki bezpośredni nacisk ma dużo niższą skuteczność, współtworzymy je przecież w ramach unii 27 państw. Gdyby UE się rozpadła, bylibyśmy – biorąc pod uwagę nasze miejsce na mapie – w jeszcze większym stopniu zależni od kaprysów amerykańskich prezydentów.
Jeśli porzucimy mrzonki o suwerenności rodem z XIX w. (do której, wbrew opiniom Grzegorza Brauna, daleko było kongresowemu Królestwu Polskiemu), możemy dojść do wniosku, że współpraca w ramach UE, która pozwala lewarować naszą siłę przetargową, tak naprawdę uniezależnia nas od innych międzynarodowych graczy. To, w jaki sposób Donald Trump poczyna sobie dziś z Danią, która przecież wspierała USA w Afganistanie i Iraku, może dać nam wyobrażenie, jak zachowywałby się wobec Polski w obliczu różnicy zdań w ważnych kwestiach, gdybyśmy nie byli w UE.
Dania właśnie dzięki temu, że jest częścią Wspólnoty, otrzymała wsparcie innych państw członkowskich. Poza tym agresywna polityka Trumpa może stać się też katalizatorem tworzenia nowego rodzaju wspólnoty i poczucia, że silna Unia Europejska jest jej obywatelom potrzebna. Także posunięcia amerykańskiego prezydenta wobec Rosji i Ukrainy udowadniają, że o wiele bliższa polskiej racji stanu jest – nawet pełna błędów, ale co do kierunku zbieżna z nią – polityka Unii.
Polexit nie musi stać się ciałem, żeby narobić szkód. Wystarczy, że stanie się trwałym straszakiem, który destabilizuje naszą politykę i życie społeczne, oraz podkopuje zdolność do budowania koalicji w ramach UE. A więc niszczy dokładnie to, czego nie potrzebujemy w kraju wschodniej flanki cywilizacji zachodniej. Zwłaszcza w czasach, w których historia znowu gwałtownie przyspieszyła.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















