W połowie marca senator Prawa i Sprawiedliwości Jacek Włosowicz skrytykował swoją partię za sprzeciw wobec ustawy o pożyczce SAFE. Po tym, jak został z PiS wyrzucony, odbył tournée po mediach, twierdząc, że ugrupowanie zrobiło tak tylko dlatego, że SAFE nie przyniósłby mu politycznych korzyści.
Włosowicz, w przeszłości skarbnik Suwerennej Polski, a więc najbardziej eurosceptycznego składnika Zjednoczonej Prawicy, udowadniał, że działanie to było niezgodne z polską racją stanu.
Chwilę wcześniej były europoseł PiS i minister ds. europejskich Konrad Szymański opublikował w „Rzeczpospolitej” artykuł, który wzbudził niezwykłe poruszenie. Wskazywał na to, że postawa PiS i „suwpolizacja” jego polityki ustawia nas na kursie do izolacji w Europie, a w konsekwencji do polexitu.
Prezentując się jako eurorealista, świadomy licznych wad i zaniedbań Unii Europejskiej, pisał, że „litania prawdziwych i nieprawdziwych wad i win Brukseli (...) brzmi coraz bardziej pusto i nielogicznie”, zaś „stworzona z półprawd i kłamstw zasadnicza nieufność do Europy wymusza dryf całego PiS w ślepą uliczkę eurofobii”. Od podobnego dryfu na Wyspach zaczął się brexit.
Czy Trump to sojusznik Putina
Nie są to najostrzejsze oskarżenia wobec prawicy ze strony byłych dyplomatów epoki PiS.
„Ja rozumiem, że jak się z jednej strony tyle w coś zainwestowało, ile polska prawica w Trumpa, a z drugiej boi się, że jak on przegra, to pociągnie za sobą do grobu także nas, to owocuje to określonymi psychologicznymi skutkami. Nie czynię więc nikomu zarzutu z milczenia. Ale milczeć o czymś to jedno, a aktywnie udawać, że się tego czegoś nie dostrzega, że tego czegoś w ogóle nie było (...) to coś innego” – nie jest to rytualne okładanie prawicy ze strony „liberalnego salonu”, tylko fragment felietonu Piotra Skwiecińskiego (byłego ambasadora RP w Armenii i szefa PAP z pisowskiego nadania), opublikowanego w grudniu na łamach „Tygodnika Solidarność”.
W chórze zdeklarowanych krytyków Trumpa jest też były ambasador w USA i Izraelu Marek Magierowski, który na łamach Wirtualnej Polski opisywał podejście amerykańskiego prezydenta do dziennikarstwa: „to władze mają patrzeć na ręce mediom, by za bardzo nie odbiegały od »patriotycznej linii«. A gdy wierzgają, zawsze można im odebrać licencję (...) wytoczyć proces na dziesiątki milionów dolarów, albo tak pokierować niektórymi biznesowymi transakcjami, by stacje TV, rozgłośnie radiowe czy portale trafiły do zaprzyjaźnionych oligarchów”.
Magierowski, co w środowisku polityków PiS jest herezją, posuwa się wręcz do porównywania Trumpa do Putina. I nie jest to ujęcie zarezerwowane tylko dla oczu mainstreamowego czytelnika, bo ten sam autor na łamach „Gościa Niedzielnego” wskazuje, że w kręgach amerykańskiej władzy coraz częściej obecni są „biali suprematyści”.
A jeśli nawet Wojciech Mucha, były prawicowy naczelny „Dziennika Polskiego” (przejętego przez Orlen z całym koncernem Polska Press) krytykuje Viktora Orbána za zawłaszczanie państwa (choć akurat w mediach społecznościowych, a nie w „Gazecie Polskiej”, z którą jest związany), to znaczy, że wewnątrz okołopisowskiej prawicy coś pękło.
Dlaczego właśnie teraz? Przecież to, że Orbán tworzy nad Balatonem wzorcową prorosyjską kleptokrację, było wiadome od lat. Również pierwsza kadencja Trumpa pokazała, że nie liczy się on ze swoimi sojusznikami, wykorzystując Stany Zjednoczone jako wehikuł do pomnażania majątku swojego i powiązanych z nim ludzi. Z dojrzałą strategią najważniejszego mocarstwa globu miało to niewiele wspólnego, tak samo jak obecna wojna z Iranem.
Ci, którzy ostrzegali przez Trumpem i Orbánem, byli (i wciąż są) zapisywani do obozu liberalno-lewicowego, albo uważani za „pipi prawicę”, która zamiast skupiać się na tym, co jest naprawdę ważne, interesuje się jakimiś błahostkami typu praworządność. Przytłaczająca większość prawicowców (nie licząc przedstawicieli niezależnych środowisk, takich jak Klub Jagielloński czy Nowa Konfederacja) latami była jak słynne „trzy małpki”. Jak to się stało, że dziś część z nich przejrzała na oczy?
Erozja praworządności i demokracji liberalnej
Ponad dekadę temu prawica zdominowała wyobraźnię Polaków w sprawach publicznych. Łącząc społeczny przekaz godnościowy z dumą z polskości, zaspokoiła braki spowodowane przez niedostrzeganie wartości patriotyzmu, rozumianego szerzej niż płacenie podatków i sprzątanie po psie.
Dostrzegła też pozostawienie odłogiem świadomej polityki historycznej (na rzecz zachłyśnięcia się Europą), a także brak wrażliwości społecznej po stronie politycznego centrum i... lewicy. W kwestii polityki międzynarodowej prawica połączyła konserwatyzm obyczajowy z przekonaniem o swej prometejskiej roli, co nominalnym suwerenistom pozwoliło jednocześnie myśleć w kategoriach światowej misji ideologicznej.
Zarazem erozja polskiej praworządności i demokracji liberalnej stała się słoniem w pokoju, którego nie zauważali. Te kwestie nie były dla nich wielką wartością. A jeśli nawet coś ich drażniło, to uważali, że od dekad jest to pole walki między prawicą i liberałami (a wcześniej lewicą), i także przez drugą stronę bywa wykorzystywane jako łup polityczny. Łatwo było zwalczyć dysonans poznawczy mówiąc, że poprzednicy robili przecież dokładnie to samo, nawet jeżeli w praktyce to „dokładnie” Zjednoczona Prawica podniosła do sześcianu.
Prawdą jest zarazem, że i świat się zmienił przez te lata. Coś, co jeszcze w ubiegłej dekadzie mogło wydawać się korektą lub zakłóceniem demokracji liberalnej, okazało się początkiem jej erozji w kierunku autorytarnym (Słowacja, Węgry czy nawet USA).
Winą naszej prawicy było jednak to, że bagatelizowała ten proces aż do niedawna, choć związek między niszczeniem demokracji oraz światowego ładu, opartego na (fakt, że wybiórczo przestrzeganym) prawie międzynarodowym, można było dostrzec już wcześniej. Jeżeli Donaldowi Trumpowi łatwiej dogadać się z Władimirem Putinem niż z Ursulą von der Leyen, to dlatego, że jest z natury autokratą, z tą różnicą, że jeszcze nie ma takich narzędzi do realizacji swojej polityki jak władca Rosji.
Polskiej prawicy nie przeszkadzało nawet głoszenie absurdalnej tezy o „ukradzionych wyborach” z 2020 roku; trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro sami często głosili ją w odniesieniu do kolejnych porażek PiS. Przy czym nie było to cyniczne podejście spod znaku „Trump to skurczybyk, ale nasz skurczybyk”.
Grupa rekonstrukcyjna kultu MAGA w Polsce autentycznie uważa, że łączą ją z alt-rightową międzynarodówką pod wodzą prezydenta USA wspólne idee, co liczni politycy PiS i dziennikarze TV Republika próbowali udowadniać podczas konferencji amerykańskich konserwatystów CPAC.
To samo tyczy się Viktora Orbána. Niszcząc węgierską praworządność, robił to między innymi po to, żeby ułatwić powiązanym z nim nowym węgierskim oligarchom drenowanie zasobów krajowych oraz unijnych. A nasza prawica przez lata dawała się mu brać na lep rzekomej wspólnej obrony suwerenności przed Brukselą.
W ten sposób czyniła Polskę częścią brudnej wspólnoty europejskich kleptokracji. Obudziła się dopiero, kiedy stało się jasne, że Orbán to koń trojański Kremla w Unii Europejskiej i że jego działania w bardzo istotnym stopniu zagrażają polskiej racji stanu poprzez podkopywanie zdolności obronnych Ukrainy.
Choć i tu nie jest to głos całej prawicy, jeśli wspomnimy choćby występy Karola Nawrockiego u boku węgierskiego premiera oraz obrońców Zbigniewa Ziobry, azylanta w Budapeszcie.
Prawica spod znaku Giorgii Meloni
„Przebudzenie” jest więc raczej mniejszościowe i obecne głównie na intelektualnych obrzeżach. Ale za to bardzo twórcze, bo wprowadzające do tego środowiska wewnętrzną dyskusję, przez ostatnią dekadę niemal tam nieobecną.
Prawicowi rewizjoniści wbijają klin między obronę racji stanu i poczucie światopoglądowego mesjanizmu, pokazując, że fakt, iż przedstawiciele różnych prawic w Europie i USA mają podobne spojrzenie na kwestie obyczajowe nie znaczy, że państwa, w których funkcjonują, mają takie same interesy. Albo że politycy ci będą prowadzili politykę zgodną z naszą racją stanu.
Zwłaszcza Szymański zachęca konserwatywne środowiska do otrzeźwienia w kwestii Europy. Odbywa się to na wspólnym fundamencie ideowym, tak jak wtedy, gdy prezes Klubu Jagiellońskiego Paweł Musiałek stara się przekonać polityków PiS, żeby wzorowali się na Giorgii Meloni, a nie na Viktorze Orbánie. Albo gdy Kacper Kita na łamach „Nowego Ładu” (choć tu zagłębiamy się bardziej w neoendeckie rejony) przedstawia niuanse polityki USA wobec Wenezueli czy Iranu dowodząc, że w polskim interesie nie jest entuzjastyczne udawanie się na ideologiczne krucjaty.
Korzyści płynące z prawicowej refleksji wychodzą poza środowiskowe rozliczenia i wewnętrzne dyskusje. Wspólnym wątkiem łączącym teksty „prawicowych rewizjonistów” jest tęsknota za klasycznym rozumieniem prawdy, rozumianej jako zgodność myśli i słowa z rzeczywistością. To nie tylko wewnętrzny sprzeciw wobec postawy „trzech małpek” w komentariacie. To także zauważenie, że post-prawda i kłamstwo stały się sednem polityki, co szczególnie widać dziś w postawie Trumpa nieprzywiązującego do swych słów i postanowień żadnej wagi.
Jak pisze Marek Cichocki z „Teologii Politycznej” na łamach „Rzeczpospolitej”: „Zamieszczane w mediach społecznościowych filmiki przez administrację Trumpa, czy to dotyczące przyszłości Strefy Gazy, czy teraz wojny w Zatoce Perskiej, wywołują szczere osłupienie, gdyż kompletna fantazja miesza się w nich z brutalną rzeczywistością. Traktowałbym je jednak śmiertelnie poważnie, gdyż są one wyrazem nowego rozumienia polityki jako narzędzia urzeczywistniania fantazji”.
Również Marek Magierowski zżyma się na jawne fałszowanie rzeczywistości przez prezydenta USA i na to, że odwraca uwagę od sedna pytań dziennikarzy, wybijając na pierwszy plan ich afiliację. Tak jakby fakty miały mniejsze znaczenie niż to, kto o nich mówi. W odniesieniu do debaty europejskiej Szymański pokazuje, jak szkodliwa jest „selektywnie podawana informacja i zwykła dezinformacja”, czyniąca obywateli ślepymi na rzeczywiste efekty naszego członkostwa w UE.
Czy PiS pójdzie po rozum do głowy
Refleksja w środowisku konserwatystów oraz próba powtórnego postawienia prawdy na piedestale może przyczynić się do poważnej dyskusji, mającej na celu szukanie dobrych rozwiązań dla Polski (zwłaszcza teraz, gdy nie możemy być pewni zobowiązań USA w ramach NATO).
Do takiej debaty zaprasza choćby Szymański, który w swoim tekście proponuje nowe spojrzenie na Unię Europejską. Nie traktuje jej jak podmiotu zewnętrznego, tylko jak wspólnotę, którą współtworzymy. Unijne instytucje są tu polem rozgrywek między różnego rodzaju interesami, nie tylko między rządami. Polityki unijne nie są zaś z góry zdeterminowane, a kierunki, jakie obierają, podlegają ciągłym zmianom. Wiele aspektów można ze sobą uzgodnić.
Szymański pokazuje, że realistycznie patrzący na to polski rząd może pchać UE w dobrym kierunku. Ekipa Morawieckiego przed laty jako swój sukces uznała „korzystne zamknięcie negocjacji budżetu wieloletniego UE, uzgodnienie umowy wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, która rzetelnie chroni prawa Polaków na Wyspach, czy przyjęcie bezprecedensowych sankcji na Moskwę w reakcji na wojnę”.
Byłoby miło, gdyby dziś udawało się oceniać polityki unijne z perspektywy ich rzeczywistych skutków, a nie tego, jakie kłótnie na ich temat wywołują Kaczyński i Tusk.
To, że tę „centroprawicową część narracji o integracji europejskiej” stara się przywrócić człowiek jednoznacznie kojarzony ze Zjednoczoną Prawicą, może być również odtrutką na odruchowy euroentuzjazm, który każe ślepo bronić wszystkich propozycji Komisji Europejskiej tylko dlatego, że krytykuje ją prawica.
Być może po lekturze większej liczby podobnych artykułów bardziej umiarkowani politycy PiS (może i sam prezes?) pójdą po rozum do głowy i zatrzymają dryf partii w stronę skrajnego alt-rightu, zanim osiągnie on pęd, którego nie da się powstrzymać.
Opowieść o tym, że „tylko prawda jest ciekawa” i wskazywanie na to, że suwerenizm i prężenie muskułów też powinny mieć swoje granice, mogą stać się znakiem rozpoznawczym dla nowego, bardziej umiarkowanego skrzydła w PiS. Czy skupi się ono wokół Morawieckiego czy kogoś zupełnie nowego, nie ma dziś znaczenia. Tendencja jest jednak prawdopodobna, im bardziej dotychczasowe buksowanie w koleinach oraz próby licytowania się z Braunem będą prowadzić do erozji poparcia dla PiS.
Niestety, nie jest to pewne. Wskazanie Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera każe na razie wątpić w zmianę kursu. Nie można również przeceniać wpływu publicystyki na rzeczywistość polityczną: tu i teraz. Ale „tu i jutro”, kto wie. Na razie warto docenić fakt, że pewne ważne akcenty znów, a niektóre wreszcie, wracają do prawicowego dyskursu. Mogą być początkiem otwarcia na to, co ważne. I prawdziwe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















