Islandia i Norwegia, zamożne kraje na dalekiej europejskiej Północy, mają długą historię swoich negocjacji z Brukselą. Był czas, gdy oba były o krok od członkostwa. Jednak Islandia zawiesiła rozmowy o wejściu do Unii, a Norwegowie dwukrotnie odrzucali członkostwo w referendum. Oba kraje są jedynie częścią Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Strefy Schengen, oba przyjęły też część unijnych regulacji, a także dokładają się do wspólnego budżetu.
Dziś jednak klimat polityczny się zmienia. W coraz mniej stabilnym świecie, a zwłaszcza w obliczu turbulencji w relacjach Europy z Waszyngtonem, w obu krajach pojawiają się głosy, że samodzielność może już nie wystarczyć. I że, być może, warto wejść do Unii.
Unia Europejska jako atrakcyjna, bezpieczna przystań – a przede wszystkim jako odpowiedzialny i wiarygodny sojusznik – pojawia się także w dyskusji w... Kanadzie. Choć temat nie stoi tam na politycznej agendzie, w sondażach około połowa Kanadyjczyków popiera członkostwo ich kraju w Unii.
W pewien sposób to zrozumiałe: Kanada, choć leży po drugiej stronie Atlantyku i na innym kontynencie, dzieli z Europą wartości i interesy. Oraz przywiązanie do demokratycznego państwa prawa, a to coraz bardziej deficytowy towar.
Kanada traci zaufanie do USA
Odkąd Donald Trump zaczął swoją drugą kadencję, Kanadyjczycy doświadczają dość brutalnego traktowania z jego strony – czy idzie o jego nowe cła, czy o sugestie, że Kanada powinna stać się kolejnym stanem USA.
Kanadyjskie sondaże pokazują, że postrzeganie południowego sąsiada znacznie przez to ucierpiało. Obecnie jedynie 24 proc. Kanadyjczyków ma pozytywny obraz Stanów i nawet Chiny wypadają tu lepiej (32 proc. widzi je pozytywnie). Aż 67 proc. ankietowanych uważa Stany za sojusznika mało wiarygodnego lub wprost niewiarygodnego.
Co prawda USA nadal są postrzegane jako główny partner Kanady, ale miejsce na podium Stany dzielą właśnie z Unią Europejską. Trend sugeruje, że Unia wkrótce zajmie miejsce pierwsze.
Przede wszystkim zaś, co uderza w sondażach, to fakt, że wielu Kanadyjczyków całkiem poważnie rozpatrzyłoby opcję dołączenia do Unii. Za takim rozwiązaniem opowiada się 48 proc. ankietowanych przez agencję Abacus Data. Jeszcze więcej, bo 74 proc., chce bliższej strategicznej współpracy z Europą. Z kolei w sondażu ośrodka Spark Advocacy 25 proc. uznało członkostwo w Unii za dobry pomysł, a aż 58 proc. stwierdziło, że warto się temu przyjrzeć.
W zasadzie – dlaczego nie?
Skąd pomysł Kanady w UE?
Profesor Frédéric Mérand z Uniwersytetu Montrealskiego, socjolog i politolog, nazywa Kanadyjczyków „honorowym narodem europejskim”. Już w 2025 r. Mérand przedstawił argumenty na rzecz otwarcia z Brukselą negocjacji członkowskich.

Podkreślał, że nawet jeśli nie miałyby doprowadzić do wejścia do Unii, samo ich prowadzenie byłoby dla Kanady korzystne, bo zacieśniłoby jej więzi z Europą – z tym, jak pisał Mérand, jedynym już „klubem liberalnej demokracji i multilateralizmu, dwóch podstawowych kanadyjskich wartości”.
Czy po roku to aktualne?
– Jeszcze bardziej! – mówi prof. Mérand w rozmowie z „Tygodnikiem”. – Oczywiście, gdyby Kanada faktycznie chciała dołączyć do Unii, na tej drodze byłoby wiele przeszkód. Ale miałem poczucie, że byłoby dobrze ustalić taki ambitny program. Po pierwsze, dałoby to impuls do bliższej współpracy. Po drugie, już w reakcji na wybór Trumpa na drugą kadencję pytałem: co, jeśli sprawy w USA potoczą się naprawdę źle? Potrzebujemy alternatywy i trzeba o tym myśleć teraz, a nie za kilka lat.
Na razie politycy o tym nie dyskutują. Ale zwykli ludzie są taką opcją zainteresowani.
– To dziś typowa dyskusja w taksówce – śmieje się Mérand. – Dlatego to takie ciekawe! Oczywiście to dowód anegdotyczny, ale naprawdę ludzie sami z siebie zaczynają dyskusję o Unii w barach, na ulicy, na rodzinnych spotkaniach.
Politolog podkreśla, że za rosnącym zainteresowaniem Unią nie stoi bynajmniej realna wiedza Kanadyjczyków o tym, z czym by się to wiązało, ale po prostu Trump:
– Każdy w Kanadzie wie, że nie ufamy już Stanom.
Kanada w programie SAFE
Od 2016 r. Kanadę i Unię Europejską wiąże umowa o wolnym handlu CETA, która znosi niemal wszystkie cła i ułatwia wymianę handlową. Jednak w ostatnim czasie współpraca obu stron wyszła poza kwestie handlowe.
Kanada podpisała umowę z Unią o obronności, dzięki której może uczestniczyć w unijnym programie SAFE o finansowaniu wydatków na zbrojenia. Kanadyjski rząd rozważa kupno szwedzkich myśliwców Gripen i niemieckich okrętów podwodnych. To kontrakty warte miliardy euro, które miałyby też poważne skutki strategiczne. Gdyby je podpisano, zapewne nie byłoby to dobrze przyjęte przez Trumpa.
– Niemal co tydzień nasz rząd przedstawia nowe propozycje – mówi mi Frédéric Mérand. – Ostatnio ministra przemysłu Mélanie Joly deklarowała, że Kanada mogłaby dołączyć do unijnego programu Made in Europe, tak aby produkty wytworzone w Kanadzie były traktowane jak europejskie.
Celem tego programu jest wsparcie europejskiego przemysłu i ochrona jego strategicznych sektorów przed konkurencją spoza Unii. – Debatuje się o rzeczach, które rok temu byłyby nie do pomyślenia! – podkreśla Mérand.
Każde negocjacje członkowskie to proces trudny. W przypadku Kanady najtrudniejszą sprawą byłaby nie – jak przy poprzednich rozszerzeniach – np. sprawa swobodnego przepływu osób, lecz kwestie ekonomiczne, ze względu na zależność od rynku USA.
Islandia wraca do pytania o członkostwo w Unii
Dyskusja o Unii toczy się nie tylko w Kanadzie, ale też trochę bliżej Europy. Na Islandii – wyspie na północnym Atlantyku, o wielkości jednej trzeciej Polski i mającej ok. 400 tys. mieszkańców – pod koniec sierpnia odbędzie się referendum w sprawie wznowienia negocjacji członkowskich z Unią.
Islandczycy, których od Brukseli dzieli ponad 2 tys. kilometrów, zaczęli rozmowy o akcesji dawno – po wielkim kryzysie bankowym z 2008 r. – i szybko posuwali się w nich do przodu. Jednak na finiszu, w 2015 r., zostały one zawieszone. Jednym z powodów tej decyzji były obawy o status rybołówstwa, które stanowi ok. 12 proc. PKB Islandii.
Dziś temat wrócił, a referendum – planowane na 2027 r. – przyspieszono o rok.
Co jest tego przyczyną? Pytam o to Pawła Bartoszka, pochodzącego z Polski posła ugrupowania Viðreisn (Partia Reform) i szefa komisji spraw zagranicznych w parlamencie Islandii. – Nadchodzące referendum jest w dużej mierze reakcją na nowe realia bezpieczeństwa w Europie i wyrazem chęci zacieśnienia więzi z naszymi najbliższymi partnerami – mówi Bartoszek.

– W obecnych, niepewnych czasach coraz więcej osób dostrzega korzyść z posiadania godnych zaufania sojuszników. Chodzi tu o bycie częścią stabilnej wspólnoty państw podzielających te same wartości – podkreśla poseł.
Widać, że to podobne argumenty, jak te przytaczane przez kanadyjskiego politologa.
Dla Islandii Unia może być polisą bezpieczeństwa
Mogłoby się zdawać, że wyspa leży na uboczu. Jednak jej mieszkańcy nie są wolni od obaw: w sondażu z 2025 r. aż 81 proc. przyznało, że boi się nasilenia globalnych konfliktów. Jako zagrożenie postrzegane są też zmiany klimatyczne.
Członkostwo w Unii może być więc widziane jako inwestycja w szeroko pojęte bezpieczeństwo wyspy.
– Badania opinii publicznej wyraźnie wskazują, że pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę była punktem zwrotnym dla islandzkiej świadomości zbiorowej. Widzimy to zwłaszcza w rekordowym wzroście poparcia dla NATO, które przekracza dziś 70 procent. To najwyższy wynik w historii naszej obecności w NATO – mówi Paweł Bartoszek (Islandia należy do Sojuszu od początku jego istnienia).
– Podobny trend, choć bardziej złożony, dotyczy Unii – wyjaśnia Bartoszek. – Przed rokiem 2022 debata o akcesji była uśpiona, a poparcie niskie. Po inwazji nastąpił wyraźny wzrost zainteresowania członkostwem, zarówno w społeczeństwie, jak i w parlamencie. Ale trzeba zaznaczyć, że kwestia Unii jest bardziej polaryzująca niż przynależność do NATO.
Istotnie: w kwietniowym sondażu Gallupa 47 proc. było przeciw wejściu do Unii, 40 proc. za (13 proc. nie miało zdania). Z kolei poparcie dla wznowienia negocjacji z Unią jest rozłożone niemal równo: 42 proc. za, 39 proc. przeciw (sondaż agencji Maskína). Jednocześnie prawie połowa była przekonana, że członkostwo w Unii poprawiłoby ekonomiczną stabilność wyspy.
Jest więc pole do dyskusji. A jak zwraca uwagę Bartoszek:
– Unia to nie tylko rynek, ale przede wszystkim sojusz polityczny. Pozostając poza nim, Islandia rezygnuje z głosu w kluczowych procesach decyzyjnych dotyczących przyszłości naszej części świata.
Norwegia poza UE, ale pod wpływem jej prawa
Jeśli Islandia zdecydowałaby się wznowić rozmowy z Brukselą, a następnie wejść do Unii, wzmocniłoby to markę Wspólnoty jako stabilnego klubu odpowiedzialnych państw, do którego aspirują nie tylko nadrabiające zaległości kraje Europy Wschodniej, ale także zamożne kraje Zachodu.
Tym samym jedynym nordyckim krajem, pozostającym poza Unią, pozostałaby wówczas Norwegia.
Co na to Norwegowie? Na razie temat ten, choć poruszany przez polityków, nie budzi większych emocji wśród obywateli.
– Dyskusja o tym się toczy, ale entuzjazmu wielkiego nie ma – przyznaje w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Jakub M. Godzimirski z Norweskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (NUPI) w Oslo. – Według różnych badań opinii publicznej około jednej trzeciej Norwegów opowiada się za wejściem do Unii, ponad połowa jest przeciwna, a reszta to niezdecydowani.
Bardzo duże poparcie jest natomiast dla dalszej obecności Norwegii w Europejskim Obszarze Gospodarczym – tej utworzonej w 1994 r. strefie wolnego handlu, która obejmuje państwa Unii, a także Islandię, Liechtenstein i właśnie Norwegię.
– To taki norweski paradoks, bo główną przyczyną, dla której Norwegowie nie chcą przystąpić do Unii, jest kwestia suwerenności. Tymczasem za sprawą umowy z Europejskim Obszarem Gospodarczym nasz kraj i tak jest poddany unijnym regulacjom, tyle że bez możliwości wpływania na decyzje Unii. Nie mamy więc prawa głosu, a mamy obowiązki. W politologii określa się to mianem deficytu demokratycznego – mówi prof. Godzimirski.
Norwegia i Unia: ryby, energia, obronność
Norwegowie mają za sobą wyjątkowo długą historię negocjacji z Unią. Dwukrotnie odrzucali członkostwo we Wspólnocie: w roku 1972 i 1994.
– Jednak podczas tych referendów głosy były podzielone dość równo. Rzeczywistość, w której Norwegia byłaby państwem unijnym, nie byłaby więc taka abstrakcyjna, a referendum islandzkie może być przyczynkiem do norweskiej debaty – uważa Piotr Szymański, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie.

Wciąż aktualne są jednak norwesko-unijne punkty sporne – jak choćby kwestia surowców arktycznych czy rybołówstwa.
– Owszem, jest trochę spraw, które wymagałyby załatwienia w relacjach Norwegii z Unią – przyznaje Piotr Szymański. – Jednak, z drugiej strony, znaczenie Norwegii dla importu surowców energetycznych przez kraje Unii jest już spore, a w związku z kryzysami w świecie będzie coraz ważniejsze.
– Norwegia ma też rozwinięty przemysł obronny, jest częścią transatlantyckiego i europejskiego łańcucha dostaw, więc dobrze, że w ramach programu SAFE zapewniono nieskrępowaną możliwość współpracy zbrojeniowej państw członkowskich UE z Oslo – dodaje Szymański.
– Norwegowie są zainteresowani udziałem w tworzeniu nowych możliwości wojskowych, rozwijanych przez Unię Europejską – potwierdza prof. Godzimirski. – Jeśli zaś chodzi o politykę bezpieczeństwa, Oslo inwestuje też we współpracę z najbliższymi sąsiadami, we współpracę nordycką ze Szwecją, Finlandią, Danią, Islandią i państwami bałtyckimi.
Podobnie jak Islandia, Norwegia jest też w NATO od początku, czyli od 1949 r.
Dlaczego Norwegowie są odporni na efekt Trumpa?
Pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę, która skłoniła Szwecję i Finlandię do wstąpienia w szeregi NATO, była szokiem także dla Norwegów.
– Ale nie był on na tyle głęboki, by zmienić ich postawę w odniesieniu do członkostwa w Unii – ocenia prof. Godzimirski.
Wprawdzie pod wpływem tych wydarzeń – a właściwie już od aneksji Krymu w 2014 r. – Norwedzy zrewidowali politykę obronną, a po 2022 r. dostarczają pomoc wojskową Ukrainie (odchodząc od zasady, że nie udzielają jej państwu biorącemu udział w wojnie). Zwiększają też budżet obronny i moce produkcyjne przemysłu zbrojeniowego.

W ewentualnej zmianie swojego statusu w relacji z Unią jednak nie widzą dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa, bo czują, że te już mają.
– Powszechne jest tu przekonanie, że choć Norwegia nie jest w Unii, to Unia ma silny interes w tym, by pozostawała ona krajem wolnym i dostarczała Unii to, czego ona potrzebuje dla swojej energetyki – wyjaśnia prof. Godzimirski.
Norwegowie okazują się też odporni na „efekt Trumpa”. Wprawdzie są świadomi, że amerykański sojusznik w NATO jest mniej pewny, ale stawiają na silne dwustronne stosunki z USA w sferze bezpieczeństwa, oparte na obopólnym interesie.
– Podejście to zakłada, że Norwegia jest państwem niezbędnym z punktu widzenia interesów strategicznych USA, jest ich uszami i oczami przy granicy rosyjskiej, a interesy norweskie i amerykańskie na dalekiej Północy są zbieżne. Ledwie 100 km od granicy z Norwegią znajduje się główna baza Floty Północnej, która ma zadać Stanom cios odwetowy w możliwym konflikcie nuklearnym – tłumaczy prof. Godzimirski.
– Stąd wniosek Norwegów, że przychylność Waszyngtonu będzie wynikać nie tylko z zobowiązań w ramach NATO, ale też z własnego interesu strategicznego Stanów – dodaje politolog z Oslo.
Czy Grenlandia wróci do Wspólnoty?
Na Północy jest jeszcze jeden obszar, któremu Trump przypisuje duże znaczenie: Grenlandia. Tu jednak uwaga prezydenta USA wywołuje raczej niepokój, który może mieszkańców tej największej wyspy świata na powrót pchnąć w stronę Europy.
Na powrót, bo Grenlandia weszła w struktury Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii) jako część Danii w 1973 r. Wkrótce jednak, w 1985 r., z niej wystąpiła – i dziś ma status terytorium stowarzyszonego z Unią. Wiązało się to z uprzednim uzyskaniem przez Grenlandię autonomii w 1979 r. i pragnieniem ochrony swoich łowisk.
Na ten kontekst zwraca uwagę Piotr Szymański:
– Historycznie Grenlandia i Islandia to wspólnoty żyjące z gospodarki morskiej. Islandczycy uzyskali pełną niepodległość w 1944 r., a Grenlandczycy zaczęli budować autonomię od końca lat 70. XX w. Społeczności w procesie uzyskiwania suwerenności lub świeżo po jej wywalczeniu nie chciały tak szybko cedować kompetencji na instytucje wspólnotowe i unijne. Wybrzmiało to szczególnie w przypadku Grenlandii.
Dziś natomiast sytuacja międzynarodowa sprawia, że oba narody będą to wszystko jeszcze raz analizować. Szymański: – Spodziewam się poważnych dyskusji nie tylko w Norwegii i Islandii, ale także w Grenlandii, która mogłaby chcieć stać się częścią UE.
Jeśli Islandia wznowi negocjacje członkowskie z Unią i wypracuje z nią porozumienie w sprawie łowisk, dla Grenlandii byłaby to zachęta do powrotu, a może i model kompromisu.
Unia jako dodatkowa polisa w niepewnym świecie
Rozchwianie ładu światowego i atlantyckiego systemu bezpieczeństwa sprawia, że państwa, które są w NATO, ale nie są w Unii, mogą szukać, jak określa to Piotr Szymański, dodatkowej polisy ubezpieczeniowej.
– Będą więc patrzeć na Unię, która w ostatnich latach zwiększyła swoją aktywność w obszarze polityki przemysłu obronnego, ale też w kwestii wspierania procesu wzmacniania zdolności wojskowych przez państwa członkowskie, jak choćby widać w programie SAFE – mówi analityk OSW.
Jest też inny możliwy scenariusz, odmienny.
– Mogę sobie wyobrazić, że w tych krajach, w kontekście amerykańskim, może pojawić się argument, że skoro administracja Trumpa, a może i administracje kolejnych prezydentów, jest negatywnie nastawiona do Europy, to może, ze względu na widmo wojen celnych, lepiej pozostawać poza Unią – mówi Szymański.
Prof. Frédéric Mérand uważa, że takiej możliwości nie można wykluczyć. – Ale to byłoby bardzo, bardzo krótkowzroczne – zaznacza. – Wielka Brytania może być bardzo miła dla Donalda Trumpa, ale i tak spotyka się z jego strony z groźbami.
– Jedyną prawdziwą alternatywą dla Europejczyków, Japończyków, Koreańczyków z Korei Południowej, Australijczyków i Kanadyjczyków, a także Meksykanów jest solidarność – przekonuje Mérand. – Choć widzę, że pokusa działania w pojedynkę zawsze będzie obecna.
Gdzie kończą się granice Unii?
Bez względu na to, jak potoczą się referendum w Islandii czy dyskusja w Norwegii, samo pojawienie się tych kwestii w debacie publicznej sprawia, że Unia musi zastanowić się nad tym, czym jest i do czego aspiruje.
Czy jest więc projektem polityczno-gospodarczym, wspólnotą ludzi związanych przez wartości i prawo, a także tożsamość, czy też miejscem geograficznie ściśle zawężonym. Czyli: jakie są jej granice – i czy jest w niej miejsce dla krajów spoza Starego Kontynentu, np. Kanady. Bo wniosek Maroka z 1987 r. odrzucono.
– Kanada ma europejskie tradycje, została założona przez Francuzów i Anglików. Oczywiście, są tu Pierwsze Narody [rdzenni mieszkańcy – red.], ale np. wszystkie instytucje pochodzą z Wielkiej Brytanii – wskazuje prof. Mérand. – W społeczeństwie jest dużo wpływów brytyjskich i francuskich, ludzie mają tam swoje korzenie, powiązania rodzinne. Związek z Europą ma więc dla Kanady wielki sens.
Pytanie jednak, czy 13 lat od przyjęcia ostatniego państwa (Chorwacji) i ponad 20 lat od wielkiego rozszerzenia o kraje Europy Środkowej, Unia jest skłonna rozrastać się jeszcze bardziej – już nie tylko na wschód (Czarnogóra może zakończyć negocjacje w tym roku, a Albania w 2027 r.; oba kraje mogłyby dołączyć wkrótce potem), ale także na zachód.
W tym, być może, aż na drugi brzeg Atlantyku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















