Seria kolejnych katastrof: tak muszą wyglądać ostatnie tygodnie w oczach brytyjskiego premiera Keira Starmera. Począwszy od wymuszonej dymisji wicepremierki Angeli Rayner (w związku z niejasnościami podatkowymi przy kupnie mieszkania), przez inne kłopoty w samym rządzie, aż po coraz bardziej palące kwestie związane z nielegalną imigracją przez kanał La Manche.
Jakby tego wszystkiego było mało, dochodzi długa lista wciąż nierozwiązanych, tradycyjnych już poniekąd brytyjskich problemów, np. w sferze fatalnej opieki zdrowotnej. Oraz widmo nieuchronnego, być może, podniesienia podatków.
Nigel Farage na fali wznoszącej
Notowania rządu Starmera, który urząd objął trochę ponad rok temu, w lipcu 2024 r., szorują zatem po dnie: zadowolenie z jego pracy deklaruje jedynie 12 proc. Brytyjczyków, natomiast aż 69 proc. wyraża dezaprobatę. Również sondaże poparcia nie nastrajają Starmera do optymizmu – na początku listopada na jego Partię Pracy chciałoby głosować jedynie 19 proc. ankietowanych w badaniu YouGov.
Zupełnie inaczej ma się natomiast w tych dniach Nigel Farage. Ten 61-letni weteran brytyjskiej polityki, który jednak przez cały ten czas pozostawał dotąd na jej marginesie – nawet jeśli chwilami udawało mu się nadawać jej ton – ma teraz niemal wyłącznie powody do zadowolenia.
Farage – lider partii Reform UK, uważany za „ojca” brexitu – ma bowiem wreszcie realną szansę, aby zostać kolejnym premierem Wielkiej Brytanii. Jego partia prowadzi w sondażach (uzyskuje w nich od 27 proc. do nawet 34 proc. poparcia), zatem perspektywa przeprowadzki na Downing Street po następnych wyborach wydaje się w jego zasięgu.
Nawet jeśli również on musiał ostatnio przełknąć łyżkę dziegciu – nieoczekiwany cios w wyborach uzupełniających zadali mu Walijczycy.
Polityczna sensacja w walijskim miasteczku
Caerphilly to nieduże, niespełna 30-tysięczne miasteczko. Znane głównie z największego zamku w całej Walii (rywalizacja jest tu duża, zamków w tej krainie zachowało się wiele), a także z corocznego festiwalu sera. Jednak nie z tych powodów Caerphilly przyciągnęło ostatnio uwagę.
Niedawno, 23 października, w tamtejszym okręgu wyborczym odbyły się uzupełniające wybory do Senedd, regionalnego walijskiego parlamentu. Wygrał je w cuglach 72-letni Lindsay Whittle, kandydat centrolewicowej walijskiej partii Plaid Cymru, która opowiada się za niepodległością Walii. Zdobył wyjątkowo dużo, bo ponad 47 proc. oddanych głosów.
To fakt znaczący z dwóch powodów. Po pierwsze, to porażka Partii Pracy. Bardzo bolesna, bo w Caerphilly wygrywała ona wybory od ponad stu lat. Tymczasem teraz zdobyła jedynie 11 proc. głosów, lądując na trzecim miejscu.
Po drugie, mimo obiecujących sondaży przepadł także Llŷr Powell, kandydat Reform UK. Nie pomogło mu ani to, że mówi po walijsku, ani fakt, że w jego kampanię zaangażował się osobiście Farage. Na koniec Powell zdobył 36 procent. To wprawdzie sporo mniej niż zwycięzca, ale też trzykrotnie więcej niż kandydat Partii Pracy.
Triumf w Caerphilly dodał wiatru w żagle Plaid Cymru i jej liderowi Rhunowi ap Iorwethowi. Ten uznał wynik za historyczny – oraz za znak, że walijscy wyborcy wybrali nadzieję i postęp, zamiast podziałów i zużytego status quo.
Czy Walijczycy zatrzymają populistę Farage’a?
Już wcześniej Iorweth zapowiadał, że planowane na maj 2026 r. wybory do walijskiego parlamentu będą „wyścigiem dwóch koni” – jego partii oraz partii Farage’a. Rzeczywiście, od pewnego czasu w sondażach w Walii oba ugrupowania idą łeb w łeb.
– Tak, to jest wyścig dwóch koni – zgadza się prof. Laura McAllister z Wales Governance Centre na Uniwersytecie w walijskim Cardiff. – Ta sytuacja jest jednak podobna do wcześniejszych pozycji Partii Pracy i Konserwatystów. Plaid Cymru dominuje bowiem na lewicy, a Reform UK na prawicy.
Tu podobieństwa jednak się kończą. – Reform UK jest znacznie bardziej radykalna niż Partia Konserwatywna w takich kwestiach jak imigracja czy pomoc społeczna. Nie ma jeszcze swojego sprecyzowanego programu ukierunkowanego na Walię, ale to się zapewne zmieni, im bliżej będzie do wyborów – dodaje McAllister w rozmowie z „Tygodnikiem”.
Te przyszłe walijskie wybory będą zapewne toczyć się wokół takich spraw jak system opieki zdrowotnej czy walka z ubóstwem – w tym kraju znajdują się jedne z najuboższych rejonów całej Wielkiej Brytanii. Tematem nie będzie natomiast niepodległość Walii.
Choć jest ona jednym z celów Plaid Cymru, to Rhun ap Iorweth odkłada tę dyskusję na później. W ten sposób jego partia ma szansę przekonać do siebie nie tylko zwolenników niepodległości tej jednej z czterech krain Zjednoczonego Królestwa – obok Anglii, Szkocji i Irlandii Północnej – ale również tych, którzy uważają, że w Walii to właśnie Plaid Cymru ma dziś największą szansę, by zatrzymać Farage’a.
Są wśród nich także rozczarowani wyborcy Partii Pracy.
Walia to partyjne laboratorium przyszłości
Od kiedy w 1999 r. ustanowiono walijski parlament, Partia Pracy była obecna w każdym z autonomicznych rządów Walii. Gdyby tutejsi wyborcy odwrócili się od niej na stałe, byłaby to więc zmiana bez mała historyczna.
To właśnie w rozczarowaniu establishmentem prof. McAllister upatruje przyczyn porażki laburzystów w Caerphilly. Kiedy w 2024 r. objęli oni władzę w Londynie i Starmer wprowadził się na Downing Street, wielu Brytyjczyków uwierzyło bowiem w obietnicę zmiany, poprawy ich sytuacji.
– Tymczasem to „partnerstwo władzy” między walijską premierką Eluned Morgan a Keirem Starmerem nie przyniosło Walii nic. Dosłownie nic – ocenia prof. McAllister. – W efekcie niepopularność rządu Starmera w Londynie nałożyła się na niepopularne, a trwające od lat rządy laburzystów w Walii.
Temu, co dzieje się w tej krainie, uważnie przygląda się dziś Farage. Walia jest dla niego – jak określa to prof. McAllister – „próbą generalną i poręcznym laboratorium” przed ogólnobrytyjskimi wyborami do Westminsteru za kilka lat.
Natomiast dla Keira Starmera klęska w Caerphilly powinna być już nie sygnałem ostrzegawczym, lecz syreną alarmową. „Bierzemy na siebie część odpowiedzialności za ten wynik. Słuchamy, wyciągamy wnioski i wrócimy silniejsi” – zapewniała rytualnie premierka Eluned Morgan. Zapewnienia jednak nie wystarczają, bo takie słowa, zwłaszcza o wyciąganiu wniosków, obywatele słyszą nieustannie.
W Szkocji Starmer gorszy niż Trump
Fatalne notowania rządu Partii Pracy w Londynie mają też interesujące konsekwencje dla Szkocji, gdzie od niemal 20 lat na szczeblu autonomicznym rządzi Szkocka Partia Narodowa (SNP).
Ostatnie dwa lata nie były dla niej dobre – targały nią wewnętrzne konflikty, a lista nierozwiązanych problemów w tej krainie też jest długa. W ubiegłym roku szkocka Partia Pracy już-już doganiała ją w sondażach (obie miały poparcie powyżej 30 proc.) i wydawało się, że wybory regionalne w maju 2026 r. zakończą wieloletnią dominację zwolenników niepodległości Szkocji.
Teraz wygląda jednak na to, że rozczarowanie Starmerem odwróciło ten trend – poparcie dla szkockich laburzystów zmniejszyło się niemal o połowę. Keir Starmer jest dziś w Szkocji mniej popularny niż Donald Trump, a to już coś znaczy, bo Trump jest tu naprawdę nielubiany.
Czy zatem pozycja Szkockiej Partii Narodowej jest niezagrożona? – Rzecz w tym, że SNP nie zyskuje poparcia, wręcz przeciwnie, traci je. Tyle że inne partie tracą je jeszcze szybciej – mówi „Tygodnikowi” szkocki publicysta Iain Macwhirter.
Kto zatem zyskuje? – Najważniejszym tematem jest u nas teraz partia Reform UK, która w przyszłym roku ma szansę stać się oficjalną partią opozycyjną w Edynburgu – przyznaje Macwhirter. – Reform UK pojawiła się znikąd i całkowicie odmieniła sytuację polityczną.
Dlaczego Szkoci pokochali Nigela Farage’a?
Jeszcze dwanaście lat temu, gdy w 2013 r. Farage zjawił się w Edynburgu i próbował rozruszać kampanię swojej ówczesnej eurosceptycznej partii UKIP, spotkał się z protestami. Szkoci wymyślali mu na ulicy od szumowin i rasistów. Farage schronił się w pubie. Ponieważ kolejni taksówkarze odmawiali, musiała wywieźć go policja.
Wtedy poparcie dla UKIP-u w Szkocji było poniżej jednego procenta. Teraz Reform UK może liczyć na niemal 20 proc. głosów. To zaskakujące w tej krainie, która w referendum z 2016 r. głosowała zdecydowanie przeciw brexitowi i jak dotąd była przychylna imigrantom.
Wśród przyczyn tej zmiany Macwhirter wskazuje podobną listę bolączek jak gdzie indziej, w tym rosnące koszty utrzymania. A także obawy przed ograniczeniem rozwoju przemysłu naftowego u szkockich wybrzeży Morza Północnego (Partia Pracy deklarowała, że nie będzie wydawać nowych licencji na wydobycie ropy i gazu).
Macwhirter dodaje też jednak: – Myślę, że Szkoci nigdy nie byli tak lewicowi, jak lubiła myśleć nacjonalistyczna lewica z SNP. Szkocja to w istocie mały konserwatywny kraj. Antypatia do Partii Konserwatywnej wynika z tego, że to partia „angielska”. W zeszłym miesiącu „Times” opublikował sondaż, który pokazał, że większość Szkotów popiera zatrzymania i deportację nielegalnych imigrantów.
A co ze szkocką niepodległością? Przecież poparcie dla niej znów rośnie.
– Tak jest i wydaje się szaleństwem, że coraz więcej Szkotów zwraca się ku Farage’owi, który jest angielskim nacjonalistą – przyznaje Macwhirter. – Kluczem do tego wszystkiego jest jednak pragnienie odwrócenia skutków globalizacji.
Popularność Nigela Farage'a
Wygląda na to, że Nigel Farage znakomicie odczytuje społeczne nastroje i frustracje. Długo lekceważony przez innych polityków i media, odegrał kluczową rolę w opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.
To kolejny paradoks: choć dziś tylko jedna trzecia Brytyjczyków uważa, że brexit był dobrą decyzją, to winą zań nie obciążają Farage’a (rzecz jasna, mówimy o całym społeczeństwie – bo wśród jego wyborców 80 proc. deklaruje zadowolenie z brexitu).
W efekcie, jak pokazuje sondaż YouGov, jest on dziś najbardziej popularnym brytyjskim politykiem.
Czy zatem należy się spodziewać premiera Farage’a? Pytam o to prof. Tima Bale’a, politologa z Queen Mary University w Londynie.
– Reform UK prowadzi od miesięcy w sondażach i dobrze sobie poradziła w wyborach lokalnych, nie jest więc to chwilowa iskra – ocenia Bale. – A jak pokazała nam Partia Pracy w ubiegłym roku, nie potrzeba wiele więcej niż 30 proc. głosów w wyborach, by mieć większość w parlamencie. Premierostwo Farage’a jest więc realne.
Prof. Bale uważa jednak, że nie wszystko jest przesądzone: – Trudno uwierzyć, aby Partia Pracy zdołała odzyskać siły na tyle, by w przyszłości rządzić samodzielnie. Ale nie należy skreślać jakiejś postępowej koalicji z udziałem Partii Pracy, Liberalnych Demokratów i Zielonych.
Czy Wielką Brytanię naprawdę czeka rewolucja?
Kolejne ogólnokrajowe wybory wypadają w 2029 r. Kilka lat to dziś w polityce wieczność, wiele może się zdarzyć. Wszystko wskazuje jednak, że Wielką Brytanię czeka rewolucja. Rewolucją byłoby bowiem przełamanie dwupartyjnego układu sił na scenie politycznej.
W ostatnim sondażu YouGov partia Reform UK miała 27 proc., podczas gdy wszystkie inne ugrupowania plasowały się na granicy kilkunastoprocentowego poparcia. Dwie do niedawna największe partie, konserwatyści i laburzyści, miały odpowiednio 16 i 19 procent. Natomiast dwie do niedawna mniejsze niemal tyle samo: Liberalni Demokraci 15 proc. i Zieloni 16 procent.
– Wprawdzie dwie główne partie stopniowo traciły wpływy od początku lat 70. XX w., ale ostatnio proces ten przyspieszył. Głównie dlatego, że obie nie zdołały spełnić wyborczych obietnic. Czasy polityki dwupartyjnej naprawdę minęły. Wypuszczono dżina z butelki – ocenia prof. Bale.
Zanim jednak przyjdzie się Brytyjczykom o tym przekonać, po drodze są wybory do regionalnych parlamentów Szkocji i Walii – już w maju 2026 r. To będzie test zarówno dla Starmera, jak też dla Farage’a.
Czy walijska Plaid Cymru i szkocka SNP mogą zatrzymać Farage’a? Bale: – Nacjonalizm to potężna siła, która w Anglii działa na rzecz Reform UK. Ale w Szkocji i Walii równie dobrze mogłoby to zadziałać na niekorzyść Farage’a.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















