Dlaczego tak niewielu obcokrajowców z Unii Europejskiej pracuje w Polsce

Najłatwiej integrują się z nami ludzie pochodzący z Unii Europejskiej. Wciąż jednak niewielu z nich chce u nas pracować. Co zrobić, aby to zmienić?
Czyta się kilka minut
// Fot. Mark Bowden / Adobe Stock
// Fot. Mark Bowden / Adobe Stock

Najchętniej oprowadzam turystów po lubelskim klasztorze Dominikanów. Uwielbiam jego historię, fascynuje mnie opowieść o relikwiach Świętego Krzyża, które kiedyś tu przechowywano. Sami zakonnicy też są bardzo gościnni – opowiada mi z pasją w głosie miejski przewodnik. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jest Holendrem.

W Polsce mieszka od 2014 roku (stąd pochodzi jego żona) i jest jednym z raptem 1233 pracujących u nas obywateli Niderlandów. Łącznie zaś mamy w Polsce 42 830 osób, które znalazły tu zatrudnienie i pochodzą z państw Unii Europejskiej (dane z sierpnia 2025 r.). Stanowią oni ledwie 3,4 proc. obcokrajowców zarabiających legalnie w Polsce i niecałe trzy promile wszystkich pracowników. Nawet jeśli uznamy, że część obywateli UE pracuje nad Wisłą „na czarno” lub dla firm zarejestrowanych poza naszymi granicami, liczba ta nie przekroczy 100 tys. osób.

To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że wszyscy oni mogą pracować w Polsce bez specjalnego zezwolenia, a nasz kraj w obliczu katastrofy demograficznej bardzo potrzebuje imigrantów

Na to nakłada się jeszcze napięta atmosfera społeczna wokół nielegalnej imigracji z Azji i Afryki oraz często przytaczane opinie, wedle których powinniśmy namawiać do przyjazdu osoby z państw bliskich nam kulturowo. Gdy spojrzymy na wyniki badań (m.in. World Values Survey, Index on Cultural Similarity czy Indeks Koguta i Singha), najbliżsi nam ze wszystkich społeczeństw na świecie są obywatele UE. Zwłaszcza Czesi, Słowacy, Chorwaci i Rumuni.

Za mało pielęgniarek – powodem bariera językowa

Ci ostatni co prawda najchętniej u nas pracują, jednak w sierpniu 2025 r. było ich tylko 7 tysięcy. Na kolejnych miejscach są Włosi (5,6 tys.), Niemcy (3,9 tys.), Francuzi (3,1 tys.) oraz Hiszpanie (2,9 tys.). Najmniej pracuje w Polsce Luksemburczyków, Maltańczyków i Cypryjczyków – tutaj sprawa jest oczywista: to małe kraje, dalekie od Polski, a w przypadku Luksemburga (24 osoby zarejestrowane w Polsce) mamy do czynienia z państwem, w którym zarabia się najwięcej w Unii Europejskiej. 

Nie mają potrzeby, żeby przyjeżdżać do nas za chlebem, a w razie czego można wybrać kraje bogatsze niż Polska.

Co innego Rumuni, których ojczyzna jest jednym z najuboższych państw w UE. U nas działają oni głównie w budownictwie (29 proc.) oraz w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (17 proc.). Osoby zatrudnione w tej branży to głównie opiekunki osób starszych i niepełnosprawnych. Bywa, że są u nas tylko zarejestrowane, a w praktyce wyjeżdżają na delegację do Niemiec.

Sytuacja ta może się zmienić, gdyż w październiku Sejm uchwalił ustawę uznającą kwalifikacje pielęgniarek z Rumunii. Pozostaje pytanie, czy dzięki samemu aktowi prawnemu staniemy się konkurencyjni wobec innych państw. Mariola Łozińska, prezeska Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych jest w tej kwestii sceptyczna.

Spośród 274 tys. pielęgniarek i położnych pracujących w naszej opiece zdrowotnej tylko 1681 ma obywatelstwo inne niż polskie, z czego 1540 – ukraińskie. Pozostałe pielęgniarki są głównie z Białorusi, Rosji i Litwy; z samej Rumunii raptem dwie. – Nie miałyśmy do tej ustawy większych zastrzeżeń, poza redakcyjnymi. Nowe prawo może ułatwić pracę w Polsce pielęgniarkom z Rumunii, jednak nie sądzę, by wiele z nich chciało do nas przyjechać. W Polsce wielką barierą jest przede wszystkim konieczność znajomości języka polskiego, ale także poziom wynagrodzenia. To na szczęście się zmienia, ale w innych krajach zarobki są wciąż wyższe – tłumaczy Łozińska.

W Warszawie żyje się taniej niż w Lizbonie

Wiele emocji budzą w Polsce oddziały światowych centrów usług wspólnych oraz branża ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne), gdzie zarabia się sporo powyżej średniej krajowej. W takich firmach zatrudnia się tylko 5 proc. Rumunów – dla porównania wybiera je aż co piąty Francuz (21 proc.), zarazem ledwie co setny przybysz znad Sekwany pracuje u nas w budowlance.

Branża informacyjna i komunikacyjna jest zresztą (obok profesjonalnej, badawczej i technicznej, do której zalicza się m.in. prawników,  architektów i naukowców) najbardziej popularna wśród obywateli UE zarabiających w Polsce. Wybierają ją, obok Francuzów, głównie Portugalczycy i Hiszpanie. Skąd się biorą w Polsce, tłumaczy mi Joao Pedro Soutelo Pinheiro, który od 2010 r. pracuje u nas jako informatyk. – Za pieniądze, które w moim zawodzie zarobiłbym w Lizbonie, nie mógłbym się tam utrzymać. Zarobki w Warszawie, w stosunku do kosztów życia, są znacznie wyższe.

Pinheiro trafił do nas na raty: najpierw przyjechał zrealizować konkretny projekt swojej firmy, ale gdy poznał Polskę i zaangażował się uczuciowo, zdecydował o przeprowadzce. 

– Na początku było trudno, zwłaszcza ze względu na pogodę, bo przez pół roku jest tu zimno i ciemno. Jednak człowiek nie żyje samym klimatem. W Warszawie jest bardzo dobra infrastruktura, transport publiczny działa sprawnie, mamy dużo zieleni, szerokie ulice – wylicza Joao, któremu podoba się także to, że Warszawa jest miastem pełnym młodych ludzi. Sam niedawno wziął ślub, wychowuje z żoną dziecko i nie zamierza się nigdzie wyprowadzać.

Promuje nas Erasmus. I niestety tylko on

Polska jest atrakcyjna zwłaszcza dla młodych Portugalczyków, gdyż ma znacznie niższe bezrobocie w grupie osób do 25. roku życia (13,4 proc. wobec 19,7). W całej UE znajdujemy się na 11. miejscu, czyli powyżej średniej, która wynosi 14,8 proc. To bardzo dobry wynik w porównaniu np. do Hiszpanii (25,6 proc. bezrobotnej młodzieży), Rumunii (24,8 proc.), ale też Szwecji (22,8 proc.).

Dr Jan Bazyli Klakla, dyrektor do spraw migracji w Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE) wraz z zespołem opracowuje właśnie dla resortu pracy i polityki społecznej projekt „Bariery, na które napotykają w Polsce pracownicy z innych państw UE”. Rozmowę zaczynamy jednak od tego, co wyróżnia Polskę na plus. – To topowa destynacja dla studentów z Hiszpanii, Portugalii czy Włoch, zwłaszcza jeśli chodzi o wyjazdy w ramach programu Erasmus+. Później, gdy kończą studia, często znaczenie ma czynnik romantyczny – tłumaczy.

Biorąc pod uwagę to, że wspomniane osoby zazwyczaj pracują później w wysoko wykwalifikowanych branżach, Erasmus jako ambasador polskiego rynku pracy jest dobrą kartą przetargową. Niestety, na tym nasze zachęty się kończą. – W głowach przeciętnego Europejczyka Polska w zasadzie nie istnieje, także w kategorii negatywnych stereotypów – podkreśla dr Klakla. 

Jego zdaniem w kwestii promocji mamy bardzo dużo do zrobienia. – Jeśli młody Hiszpan szuka pracy, wchodzi na tamtejszy portal pośrednictwa i widzi na górze zaproszenie z zagranicy, ale nie z naszego kraju. Nie inwestujemy w takie rozwiązania, nie reklamujemy się – mówi ekonomista. Tymczasem np. Estońska Agencja Przedsiębiorczości i Innowacji planuje właśnie wydać 900 tys. euro na akcję poszukiwania talentów z branży IT, m.in. ze Szwecji, Niemiec i Portugalii.

Dobre życie nad Wisłą. Jak do tego przekonać Niemców?

Tymczasem Polska miałaby się czym pochwalić. Niedawno staliśmy się 20. gospodarką świata, jeśli chodzi o wysokość PKB, ale dużo ważniejsze jest, że bezrobocie, choć ostatnio lekko rosnące, wynosi u nas wciąż niecałe 6 proc. Co prawda zarobki w Polsce są nadal niskie w porównaniu do wielu innych krajów Unii, ale gdy spojrzymy na stosunek owych zarobków do kosztów życia – już nie wypadamy źle. 

Z porównań Eurostatu wynika, że przeciętne zarobki Polaków, skorygowane o poziom cen, były w 2024 r. o 23 proc. wyższe niż w Portugalii. Nadal brakuje nam trochę do unijnej średniej, ale w tyle zostawiamy wszystkie byłe demoludy, a także Grecję.

Polska może być też ciekawym kierunkiem ze względu na inne aspekty życia, doskwierające społeczeństwom zachodu Europy. Przykładowo, raptem 2,8 proc. Polaków w 2023 r. zauważało wokół siebie przypadki przestępstw, przemocy lub wandalizmu. W porównaniu do unijnej średniej (10 proc.), a zwłaszcza do takich państw jak Grecja (20,8 proc.) czy Holandia (16,7 proc.) – to bardzo dobry wynik. I dużo lepszy niż w kluczowych krajach UE: Francji (14,7 proc.) i Niemczech (10,7 proc.).

Co ciekawe, mimo że uważamy się za naród pesymistów, w 2024 r. pod względem satysfakcji z życia zajęliśmy (wraz z Irlandią i Holandią) 6. miejsce w UE. Najmniej zadowoleni z życia są Bułgarzy, Grecy, Łotysze i… Niemcy. Ich moglibyśmy przekonywać, że u nas żyje się lepiej, bezpieczniej i weselej.

Dr Klakla, który przeprowadza wywiady z obcokrajowcami pracującymi w Polsce, wskazuje też na inne plusy, które zauważają. – Mamy znacznie mniej biurokracji w życiu codziennym. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że młody Francuz, aby wynająć u siebie mieszkanie, musi przedstawić wyciągi pensji obojga rodziców z ostatnich 3 miesięcy, to dojdziemy do wniosku, że w Polsce załatwia się sprawy znacznie łatwiej i szybciej.

Obcokrajowcy chwalą sobie również cyfryzację urzędów, choć woleliby mieć więcej dokumentów i informacji w języku angielskim – mówi badacz. I wskazuje na pewne zaskakujące elementy. – Wielu obcokrajowców chwali sobie wymiar urlopu rodzicielskiego w Polsce oraz respektowanie prawa pracy.

Nie będziemy konkurencyjni, jeśli firmy nie zaczną lepiej płacić

Z obłoków samozadowolenia ściąga mnie mój holenderski przewodnik po Lublinie, który uważa, że w Polsce wciąż zarabia się „gówniane pieniądze”. Mówi mi wprost, że gdyby nie miał tu rodziny, wyjechałby. W Holandii zarabia się lepiej, a koszty życia są już tylko niewiele wyższe niż w Polsce. W dodatku w jego ojczyźnie pracownik może liczyć na cykliczną waloryzację pensji, w związku z inflacją.

Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji główną grupą obcokrajowców pracujących nad Wisłą są Ukraińcy i Ukrainki, którzy przyjechali po najeździe Rosji. Przybyli do nas ze względu na bliskość geograficzną, podobieństwo językowe, a także istniejące już wcześniej sieci kontaktów. Inne bliskie nam narody, jak Czesi czy Słowacy, mają swoje sieci w bogatszych od nas Niemczech czy Austrii. Często nawet nie muszą się tam fizycznie przenosić, by otrzymać zatrudnienie (np. w branży IT).

Bądźmy szczerzy, obywatele UE w najbliższej przyszłości nie załatają luki w zawodach trwale deficytowych. Jak wynika z aktualnego „Barometru Zawodów”, wydanego przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, od dziesięciu lat nieprzerwanie brakuje nam lekarzy, pielęgniarek, samodzielnych księgowych, a także spawaczy, dekarzy, kierowców autobusów i ciężarówek. 

W części z tych branż wymagana jest dobra znajomość języka polskiego. – Trzeba umieć się porozumieć z pacjentem. Poznać jego potrzeby, a także znać polski język medyczny w mowie i w piśmie. Pracujące u nas pielęgniarki powinny także pasować kulturowo do otoczenia – uważa Mariola Łozińska.

W deficytowych branżach możemy stawiać najróżniejsze warunki, ale musimy zarazem pamiętać, że właściwie wszystkie z wymienionych zawodów są cenione także w krajach, w których można zarobić sporo więcej niż u nas. Belgia ma niemal bliźniacze problemy z niedoborem pielęgniarek, Szwecji bardzo brakuje spawaczy, Austrii kierowców i dekarzy, a Holandii lekarzy. Jeśli rumuńscy, bułgarscy czy chorwaccy medycy będą chcieli gdzieś pracować, to pojadą raczej tam. Tym samym wracamy do podstawowego problemu: pieniędzy.

– Większość z nich w oparciu o sieci migracyjne i zachęcające zarobki po prostu jedzie na zachód, do Niemiec, Holandii. Ale skoro korporacje na świetnie płatne, wysokie stanowiska potrafią ściągać do Polski ludzi nawet z Holandii, to znaczy, że się da. Tylko trzeba w tym kierunku dużo więcej robić – uważa dr Klakla.

Magnetyzm serca to za mało

Na razie dzieje się niewiele, choć politycy od miesięcy powtarzają, że grozi nam katastrofa demograficzna i potrzebujemy imigrantów, najlepiej bliskich nam kulturowo. Oprócz uchodźców z Ukrainy, obywatele Unii Europejskiej nadawaliby się do tego najlepiej. Nie przypadkiem wielu turystów z krajów zachodniej Europy zachwyca się w mediach społecznościowych, jak w Polsce jest spokojnie, czysto i bezpiecznie. Cóż z tego, skoro systemowo państwo polskie nie robi nic, by ich zachęcać do przyjazdu na stałe.

Rządowa Strategia Migracyjna Polski na lata 2025-2030 wspomina ich tylko mimochodem, gdy stwierdza, że obywatele Unii oraz Polacy mają mieć przy zatrudnieniu pierwszeństwo przed cudzoziemcami z innych rejonów świata.

Fakt, iż resort pracy zamówił ekspertyzę na temat barier dla obcokrajowców z UE, świadczy jednak o tym, iż jest tematem zainteresowany – choć pytany przez „Tygodnik”, wypowiada się zdawkowo. Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że ministerstwo „w ramach sieci EURES (Europejskich Służb Zatrudnienia) prowadzi działania mające na celu wsparcie zarówno polskich pracodawców w zatrudnianiu obywateli UE, jak i samych obywateli UE w podejmowaniu pracy w Polsce”.

 Mają być wśród nich m.in. wytyczne dla urzędów pracy, utrzymywanie systemów informatycznych umożliwiających przekazywanie ofert pracy z polskich urzędów na portal EURES oraz przygotowywanie materiałów informacyjnych dla pracodawców. Na stronie EURES istnieje też zakładka informacyjna dla obcokrajowców o warunkach życia i pracy w Polsce.

Dr Klakla zwraca uwagę na instytucjonalny chaos w tym zakresie. – Zarówno odpowiedzialność, jak i realizacja konkretnych działań są rozproszone i to na wielu poziomach: pomiędzy różne ministerstwa, administrację rządową i samorządową. Nie jest łatwo się w tym odnaleźć – mówi. I dodaje, że kwestia migrantów z państw UE nie jest dla naszych decydentów priorytetowa. – Przyjęta strategia migracyjna to dokument zły, brakuje nam wizji tego, jak miałaby wyglądać nasza polityka względem obywateli Unii. W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej powstaje obecnie strategia integracyjna i można mieć nadzieję, że będzie to dokument, który pozwoli na lepszą koordynację działań – dodaje ekspert CASE.

Ostateczny wniosek jest prosty w diagnozie, ale skomplikowany w realizacji celu. Żeby obywatele Unii chętniej do nas przyjeżdżali, musi zmienić się jedno: pensje. To prawda, że jesteśmy coraz bardziej doceniani, lubiani, a nawet kochani, ale na dłuższą metę przyciąganie bliskich nam kulturowo pracowników z Europy nie może zależeć głównie od magnetyzmu serca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Europejczyku, pracuj w Polsce