Czy w Polsce płacimy wysokie podatki

Żeby mieć sprawną armię oraz zadowalającą edukację i opiekę zdrowotną, potrzebujemy pieniędzy. Podatek katastralny to bardzo dobry sposób na ściągnięcie środków od osób, które płacą relatywnie mniej niż inni – czyli najbogatszych.
Czyta się kilka minut
Budowa nowych osiedli mieszkaniowych w Warszawie. Październik 2024 r. // Fot. Leszek Szymański / PAP
Budowa nowych osiedli mieszkaniowych w Warszawie. Październik 2024 r. // Fot. Leszek Szymański / PAP

Minister finansów Andrzej Domański może się nieco zaniepokoić, czytając propozycje deregulacyjnego zespołu Rafała Brzoski dotyczące podatków. Niezależnie od ich dobrych stron dla samych obywateli, rozszerzenie zwolnień z VAT-u oraz ograniczenie kar nie wpłyną pozytywnie na ściągalność tej najważniejszej dla budżetu daniny. 

Tymczasem nasze finanse publiczne mają ogromny problem. Jak napisali eksperci Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w opublikowanym w lutym raporcie „Economic Survey of Poland”: „po znacznym wzroście wydatków na opiekę zdrowotną, sprawy socjalne i obronę w następstwie pandemii i wojny na Ukrainie, Polska potrzebuje trwałych dostosowań fiskalnych w celu zmniejszenia deficytu budżetowego”. 

Potencjalne źródło dochodów OECD widzi w podatku katastralnym, czyli nowej w Polsce daninie. Jednak w naszych mediach od razu pojawiło się mnóstwo artykułów o tym, jak „dobiją nas nowym, gigantycznym podatkiem”, a Karol Nawrocki podczas swej ostatniej konwencji wyborczej domagał się nawet konstytucyjnego zakazu katastru. I rzeczywiście, gdyby zastosować ten pomysł w wersji sauté, opłaty mogłyby wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie.

Obecnie podatek od nieruchomości w Polsce jest bardzo niski. Jego wysokość ustala rada gminy, ale z reguły wynosi on tyle, co ustawowe maksimum, czyli w 2025 r. 1,19 zł od m2 budynku mieszkalnego na rok i maksymalnie 34 zł za m2 budynku wykorzystywanego do działalności gospodarczej (swoje stawki mają także grunty, np. ogrody). Przykładowo: właściciel 75 m2 mieszkania o wartości 800 tys. zł płaci w tym roku niecałe 90 zł podatku. Gdyby zamiast tego istniał podatek katastralny w wysokości 1 proc., płaciłby rocznie 800 zł.

Dlaczego politycy straszą podatkiem katastralnym? 

Tyle że nikt tego nie proponuje. We wspomnianym raporcie OECD znajdziemy pomysły przede wszystkim na różnicowanie stawek od powierzchni nieruchomości, które wynoszą obecnie tyle samo w Warszawie i np. pod Biłgorajem. Autorzy raportu proponują także wprowadzenie kwoty wolnej od podatku katastralnego oraz zwolnienie od płacenia tej daniny dla osób najuboższych. Zalecają także, by wyższe stawki obowiązywały właścicieli więcej niż jednej nieruchomości.

Ostateczne decyzje podejmowałby jednak polski Sejm, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zwolnić od podatku posiadaczy jednego czy dwóch mieszkań, a dopiero kolejne obkładać rosnącymi stawkami. Progresja może dotyczyć także wartości samych nieruchomości: przykładowo te kosztujące poniżej miliona (czyli średniej wielkości mieszkania w największych miastach) byłyby zwolnione z opłaty. Te warte mniej niż dwa miliony miałyby stawkę wyższą (np. 0,5 proc.), a powyżej tej sumy jeszcze wyższą (np. 1 proc.). Aby właściciele mieszkań na wynajem nie musieli płacić dwukrotnie (a w efekcie podnosić i tak już wysokie czynsze), mogliby odliczyć od katastru obowiązujący dziś ryczałt płacony za wynajem (8,5 proc.).

Prawdopodobnie jednak i tego typu pomysł nie przejdzie. Jak obliczył portal OKO.Press, w ubiegłym roku aż 208 posłów deklarowało posiadanie co najmniej dwóch nieruchomości, a 88 (to prawie 20 proc. parlamentarzystów) co najmniej trzech. Rekordzistą był Robert Kropiwnicki z KO, który miał ich aż 11, ale landlordami są politycy wszystkich partii, także ci z PiS (Agnieszka Soin – 8 mieszkań) i lewicy (Krzysztof Śmiszek – 7).

W posiadaniu mieszkań nie ma nic złego, niemniej trudno oczekiwać, by ci posłowie chętnie poparli rozwiązania, jeśli w niektórych przypadkach mogłyby ich kosztować tysiące złotych. Tym bardziej że kataster łatwo jest przedstawić jak skok bandytów na naszą kasę. Wedle Polskiego Instytutu Ekonomicznego, aż 87 proc. Polaków mieszka we własnych lokalach. 

To unikalna sytuacja w Unii Europejskiej, w której średnia ta wynosi 69 proc. Pokomunistyczne uwłaszczenia mieszkań spółdzielczych i możliwość wykupu nieruchomości komunalnych z ogromną bonifikatą uczyniły nas społeczeństwem właścicieli, którzy przeciętnie mają niewiele, ale jednak coś. To dobrze, gdyż własność daje poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Dlatego też nakładanie katastru na każdego i po równo byłoby w Polsce antyspołeczne – to zupełnie inna sytuacja niż np. w Niemczech, gdzie swoje M posiada raptem połowa społeczeństwa, głównie ta bogatsza. 

Kataster byłby okazją, by także w Polsce zaprosić majętne osoby do kasy, jednak jest to mało prawdopodobne, gdyż politycy – zwłaszcza z PiS – już straszą, że będzie to dotyczyć przeciętnego Kowalskiego z jego jedynym mieszkaniem. Zresztą nawet propozycja obłożenia daniną wyłącznie właścicieli większej liczby mieszkań mogłaby nie zmienić naszego nastawienia. 

Wielu Polaków utożsamia się z klasą średnią, a nawet ma wyższe aspiracje, więc obawia się, że musieliby sami płacić, gdyby w przyszłości mieli (lub ich dzieci) więcej nieruchomości. Ludzie są też straszeni, że np. kataster od trzeciego mieszkania to dopiero początek i z czasem dotyczyć będzie każdego lokum. Dlatego jakakolwiek propozycja w tej materii to dziś u nas polityczne samobójstwo.

Nie ma czegoś takiego jak darmowe 800 plus czy wcześniejsze emerytury 

Mimo to pomysł ma sens, biorąc pod uwagę stan finansów państwa i jego obowiązki wobec obywateli. Tegoroczny deficyt budżetowy ma wynieść rekordowe 289 mld zł. To 5,5 proc. prognozowanego PKB. Już w 2024 r. znaleźliśmy się z tego powodu w procedurze nadmiernego deficytu, bo złamaliśmy unijne reguły dotyczące zadłużenia. I nawet jeśli Bruksela wciąż przymyka na ten fakt oko, to ci, od których pożyczamy brakujące pieniądze (głównie krajowe i zagraniczne banki), już niekoniecznie. 

Po pandemii covid-19 znacznie wzrosło oprocentowanie obligacji skarbowych, których sprzedaż pozwala rządowi pożyczać w bankach pieniądze. Nie jest wykluczone, że w tym roku koszt obsługi długu publicznego przebije symboliczną granicę 100 mld zł. Dodatkowo w styczniu Ministerstwo Finansów sprzedało bony skarbowe za prawie 5 mld zł, te zaś państwo odkupuje szybciej niż obligacje (po mniej niż roku – obligacje są często wieloletnie). Rząd płaci też za nie z reguły niższe odsetki.

Tym razem bony zostały sprzedane prawdopodobnie po to, żeby pożyczyć pieniądze na spłatę obligacji z pandemicznego 2020 r. Wygląda to więc trochę na rolowanie długu, czyli finansowanie go poprzez zaciąganie kolejnych pożyczek. I jest to dziś zapewne konieczność. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak darmowe 800 plus, wcześniejsze emerytury, nie mówiąc o wojsku, policji, opiece zdrowotnej czy edukacji. Jeśli chcemy otrzymywać od państwa rzeczy niezbędne, to trzeba za nie płacić. A badania pokazują, że chcemy. 

Jak wynika z raportu „Postawy Polaków wobec płacenia podatków i roli państwa w gospodarce” Polskiego Instytutu Ekonomicznego z 2021 r., aż 87 proc. ankietowanych uważało, że państwo powinno zapewnić pełną opiekę zdrowotną wszystkim obywatelom, 79 proc. – że powinno pomagać finansowo rodzinom uczniów i studentów o niskich dochodach, a 76 proc. chciałoby zapewnić minimalny standard życia najbiedniejszym. Jednocześnie aż 83 proc. badanych uznało, że podatki są w Polsce zbyt wysokie, najwyraźniej nie widząc związku jednego z drugim.

Faktem jest, że ogólne opodatkowanie w Polsce rośnie niemal nieustannie od 2009 r., kiedy po raz pierwszy mierzyliśmy się z procedurą nadmiernego deficytu. W 2023 r. wynosiło ono 36 proc. Czy to dużo? Na pewno mniej niż średnia unijna (40 proc.) i mniej niż we Francji (45,6 proc.), Belgii (44,8 proc.), Danii (44,1 proc.) czy Finlandii (42,7 proc.). Z drugiej strony moglibyśmy płacić mniej, jak w Irlandii (22,1 proc.), Rumunii (27 proc.), na Malcie (27,1 proc.) czy w Bułgarii (29,9 proc.). Albo jeszcze mniej, jak w II RP (według różnych szacunków 10-15 proc.). 

Tylko że gdybyśmy żyli przed wojną, to większość z nas (ok. 70 proc. pod koniec lat 30.) kończyłaby edukację na czwartej klasie szkoły podstawowej, płatną szkołę średnią zaliczałoby 4 proc. z nas, a studia wyższe co setny. Gdybyśmy zachorowali, w większości przypadków musielibyśmy liczyć na płatną wizytę u lekarza lub u znachora, a gdybyśmy dożyli starości, to nielicznych z nas czekałaby państwowa emerytura. 

Przed rozbiorami państwo zdzierało z nas jeszcze mniej, bo niecałe 10 proc., ale Marcin Piątkowski w swojej książce „Europejski lider wzrostu” zauważa, że z tego właśnie m.in. brała się niewydolność państwa i jego upadek.

Im mniej Polak zarabia, tym wyższe płaci podatki

Nie wszyscy łożą na polskie państwo tyle samo, a bardziej majętni proporcjonalnie… mniej niż biedniejsi. Jak wskazują w książce „Nierówności po polsku” ekonomiści Paweł Bukowski, Jakub Sawulski i Michał Brzeziński, całkowita efektywna stawka (czyli taka, którą rzeczywiście płacimy) na dochody 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków stanowi zaledwie 71 proc. efektywnej stawki na dochody 50 proc. najmniej zarabiających. A gdy zsumujemy podatki i składki odprowadzane z naszej pracy, okaże się, że najmajętniejszy 1 proc. Polaków odprowadza 23 proc. swoich dochodów (przy średniej 36 proc. dla ogółu). Najwięcej zarabiający to głównie przedsiębiorcy, jednak inaczej niż pracownicy najemni, których PIT wynosi 12 i 32 proc., płacą oni PIT liniowy (19 proc.) lub ryczałt ewidencjonowany (odmienny w różnych branżach).

Obie formy są korzystne szczególnie dla podatników o wysokich dochodach. Płacą oni też niższą składkę zdrowotną (4,9 proc. zamiast 9 proc.) i składkę na ZUS, która niezależnie od dochodów wynosi obecnie prawie 1800 zł miesięcznie. To niewielki ułamek dla kogoś, kto zarabia co miesiąc dziesiątki tysięcy i nie musi martwić się niską emeryturą z ZUS. Ale i ci najbogatsi, którzy nie są przedsiębiorcami i zarabiają z pracy najemnej, mają swoje ulgi, ponieważ nie płacą składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe od zarobków przewyższających 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia.

Jak wynika z opracowania „Wybrane aspekty systemu podatkowo-składkowego na podstawie danych administracyjnych 2018” Pawła Chrostka i innych (te dane niewiele się zmieniły do dziś) – im mniej Polak zarabia, tym wyższe płaci podatki w stosunku do dochodów. Najbiedniejsi potrafią oddać nawet 40 proc. – w tej grupie są też mali przedsiębiorcy, którzy w przeciwieństwie do krezusów ledwo wiążą koniec z końcem, a muszą uiszczać taki sam ZUS. W efekcie zarobki 1 proc. najlepiej zarabiających stanowią prawie 15 proc. wszystkich zarobków w Polsce, a po opodatkowaniu udział ten rośnie do prawie 17 proc.

Podwyższać podatki bogatszym? A może obniżać biedniejszym? 

Najwięcej środków do budżetu państwa wpływa jednak z tytułu podatków od konsumpcji, przede wszystkim z VAT. Płacą go wszyscy, ale większe znaczenie ma on dla osób zarabiających mało, które większą część swoich dochodów wydają na konsumpcję, mniej oszczędzają i mniej inwestują. Nie mamy aktualnych danych dotyczących efektywnego opodatkowania VAT w odniesieniu do poszczególnych grup dochodowych (te, którymi dysponuję, pochodzą z 2012 r. od fundacji CenEA), jednak można zakładać, że od tamtego czasu sytuacja niewiele się zmieniła (stawki VAT i proporcje wydatków w poszczególnych grupach nie zmieniają się zbyt szybko). Wówczas 10 proc. najmniej zarabiających „wydawało” na VAT ok. 16 proc. dochodu. Odsetek ten stopniowo malał wraz ze wspinaniem się po drabinie dochodowej, by zatrzymać się na raptem 7 proc. płaconych przez 10 proc. najbogatszych.

To oni zarazem mają największy kapitał, który przynosi im zyski, czyli np. wspomniane nieruchomości, akcje czy obligacje. Tymczasem z podatków kapitałowych trafia do państwa i samorządów relatywnie najmniej. Danina od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki) wynosi co prawda 19 proc., ale Ministerstwo Finansów właśnie pracuje nad jego obniżką. CIT, czyli podatek od przedsiębiorstw, wynosi efektywnie 16,8 proc. (dane z 2022 r.), a podatek od nieruchomości jest jeszcze niższy. Właściciele wynajmujący mieszkania płacą 8,5 proc. ryczałtu od przychodu, a gdy chcą je sprzedać – 19 proc., i tylko do 5 lat od daty nabycia nieruchomości. 

Można się oczywiście zastanowić, czy w takiej sytuacji lepiej jest podwyższać podatki bogatszym, a nie – na przykład – obniżać biedniejszym? Otóż nie. Wzrost udziału wpływów podatkowych w polskim PKB bierze się w dużej mierze ze wzrostu ściągalności danin. Tymczasem w ostatnich latach liczne daniny zmalały. Za rządów PiS obniżono niższy próg podatkowy oraz podniesiono kwotę wolną od podatku, zarazem podwyższono kwotę, od której wpada się w drugi próg. Wprowadzono także „zerowy” PIT dla seniorów oraz osób młodych (do 26. roku życia), a także obniżony CIT. 

Jednocześnie rosły wydatki państwa, przez co mamy dziś znacznie bardziej napięty budżet. Wiele wskazuje na to, że przy obecnych wydatkach nasz kraj doszedł do ściany, jeżeli chodzi o dalsze obniżki. Zwłaszcza te dotyczące podatku dochodowego nie pobudzą gospodarki do większego wzrostu (dziś i tak niezłego). Jeśli mielibyśmy coś zmieniać, to w kierunku uczynienia podatków bardziej równymi, np. poprzez ograniczenie przywilejów najlepiej zarabiających przedsiębiorców. Choćby poprzez większe opodatkowanie kapitału, np. wspomniany kataster.

Żyjemy w kraju, w którym – przynajmniej na tle innych krajów UE – podatki nie są wysokie

Podstawowy problem z katastrem polega na tym, że nie wiemy, ile wyniosłyby wpływy z niego, ponieważ nie wiemy, ile są warte nasze nieruchomości. Wyceniamy je na potrzeby sprzedaży czy w celach ubezpieczeniowych, jednak jego wprowadzenie wymagałoby ogólnopolskiego oszacowania wartości, opartego na obiektywnych i transparentnych zasadach, z uwzględnieniem różnic terytorialnych. To będzie trudne i długotrwałe, niemniej na pewno jest lepszym rozwiązaniem niż dotychczasowa pseudowalka z deficytem wedle zasady „hulaj dusza, piekła nie ma”. Politycy nie proponują żadnych cięć, a jeśli już, to bardziej po to, by grać na emocjach wyborców. 

Zresztą likwidacja Funduszu Kościelnego przyniosłaby niecałe 300 mln zł oszczędności, Instytutu Pamięci Narodowej pół miliarda, a odebranie 800 plus dzieciom niepracujących Ukraińców najwyżej 900 mln. Z tych trzech najczęściej wskazywanych propozycji nie uzbierałby się nawet 1 proc. obecnego deficytu. Wzrost gospodarczy musiałby wręcz wystrzelić w kosmos, byśmy doprowadzili nasz budżet do porządku dzięki wzrostom wpływów z obecnych podatków.

Lepszym sposobem na świetlaną przyszłość Polski jest wyciągnięcie wniosków z dzisiejszego pędu do przymilania się wyborcom obietnicami dalszej obniżki podatków. Żyjemy w kraju, w którym – przynajmniej na tle innych krajów UE – nie są one wysokie. Warto to wziąć pod uwagę, gdy przyjdzie nam na myśl mnożyć żądania wobec naszego państwa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zapraszamy do kasy