Nie ma chyba gorszego sposobu na pokazanie sprawczości władzy, jak wymyślenie przepisu, którego nikt nie ma zamiaru przestrzegać – tak było z zakazem używania środków pirotechnicznych podczas manifestacji 11 listopada. Policja na szczęście nie grzebała po kieszeniach jej uczestników, ci zaś okazali sporą dojrzałość.
Jedyna raca, która ostatecznie sprawiła zagrożenie, została rzucona w amerykański konsulat – i to nie przez narodowca, ale przez lewicowego aktywistę, co tylko podkreśla absurd sytuacji. To nie w dymie i mgle z nielegalnej pirotechniki tkwią bowiem główne zagrożenia dla naszego kraju, ujawnione w dniu, który powinien być celebrowaniem wspólnej radości.
Sceny z Marszu Niepodległości pokazały, jak bardzo skłócona jest polska prawica
Marsz Niepodległości to dziś świetnie zorganizowana manifestacja, która przez lata nie straciła rozmachu, ale ma zasadniczą wadę – pozostaje wewnętrzną imprezą polskiej prawicy. Fakt, marszu nie organizują już radykałowie pokroju Roberta Bąkiewicza, ale z drugiej strony – kiedyś stanowili oni alibi dla wielu nacjonalistycznych i homofobicznych haseł. Dziś, gdy w pochodzie idzie prezydent oraz pełen przekrój polityków polskiej prawicy, obecność niektórych transparentów może niepokoić. Na partie, które je tolerują, chce głosować wedle sondaży ponad połowa elektoratu.

Politycy obecnej koalicji rządzącej, która wygrała wybory ledwie dwa lata temu, w Święto Niepodległości nie są w ogóle mile widziani w Warszawie, o czym świadczy wygwizdanie ministrów Władysława Kosiniaka-Kamysza i Marcina Kierwińskiego. W połączeniu z faktem, że premier Donald Tusk świętował ten dzień w Gdańsku, otrzymamy zestaw dowodów ukazujących, jak głębokie jest społeczno-polityczne pęknięcie w naszym kraju.
Ono zresztą ma charakter coraz bardziej złożony. Lider głównej partii opozycyjnej, której politycy już szykują się do powrotu do władzy – na Marszu Niepodległości był postacią niemal anonimową. Jarosław Kaczyński nie przemawiał, bo nikt mu tego nie zaproponował. To zaś wyraźnie różniło go od Karola Nawrockiego; prezydent co prawda też nie wygłosił mowy, ale tylko dlatego, że nie chciał, choć mógł. Mógł też pokazać się w tłumie polityków PiS, ale skrzętnie ich ominął.
Niby to drobny fakt, ale po raz kolejny pokazuje, jak bardzo skłócona jest polska prawica, i jak mocno w ostatnich tygodniach Pałac przejmuje rolę głównego jej ośrodka. Trzy miesiące od zaprzysiężenia nie ukazały nam co prawda jakichś wyjątkowych talentów prezydenta i jego otoczenia, ale też nie stało się nic, co by mu znacznie obniżało ratingi. Teraz jednak czas na prawdziwy egzamin: czy Nawrocki okaże się kimś więcej niż Andrzej Duda?
Czy Mentzen może się dogadać z Tuskiem?
Na jego drodze stoi oczywiście prowadzący ascetyczny żywot Jarosław Kaczyński, niepasujący do roli lidera prawicy wchodzącej w drugą kwartę XXI wieku. Jego podeszły wiek, słabe rozeznanie w cyfrowym świecie, brak umiejętności budowania sojuszy, w których partnerzy nie byliby tylko pokarmem – raczej skazują go na powolną utratę znaczenia niż na trzecią polityczną młodość.
By odzyskać pełną władzę, PiS potrzebuje wrócić do sondaży przekraczających 40 proc. poparcia, a to oznacza konieczność wyjścia poza obecną bazę, złożoną głównie ze starszych osób. Dla osiągnięcia tego celu Kaczyński musi pójść albo z ofertą (umiarkowaną) w stronę sierot po PSL i Polsce 2050 Szymona Hołowni, albo zradykalizować przekaz, by skusić narodowe skrzydło Konfederacji i zwolenników Grzegorza Brauna. Kłopot w tym, że w obie strony iść nie sposób, a wybranie jednej z dróg też nie gwarantuje sukcesu.
Dla wyborców politycznego centrum PiS jest partią skompromitowaną łamaniem konstytucji, a jej pakiet społeczny zwietrzał mimo radykalnych ofert z ostatniego kongresu (100 tys. zł za trzecie dziecko, 500 zł dochodu podstawowego dla każdego Polaka). Oczywiście, dowożenie finansowych obietnic nadal jest siłą PiS, ale jak je spełnić po raz kolejny, skoro główny kandydat do roli koalicjanta po wyborach w 2027 roku to krnąbrna Konfederacja?
Między bajki włożyłbym scenariusz dogadania się Mentzena z Tuskiem, bo w oczach elektoratu Konfederacji jej lider byłby wówczas skończony. Jednak do PiS nie jest Konfederacji wcale dużo bliżej – to przecież partia głosząca odmiennie idee co do roli państwa w życiu społecznym. Kaczyński chce tego państwa jak najwięcej, a Mentzen jak najmniej.
Można by rzec, że w dyskusjach obu polityków, w których pada coraz więcej wzajemnych obelg, odrodził się stary spór Polski solidarnej i Polski liberalnej – tyle że nie rozgrywa się na scenie ogólnokrajowej, ale w łonie samej prawicy. I nawet jeśli z powodów taktycznych obie partie w końcu się dogadają, nie zasypie to fundamentalnych różnic – będą się one ujawniać przy każdym drobnym sporze.
Na razie wygląda na to, że pomny swoich doświadczeń z lat 2005-2007, Kaczyński uznał, iż lepiej pewne sprawy załatwić zawczasu, żeby potem nie męczyć się jak z Lepperem czy Giertychem. Stąd szturm na Mentzena, który budzi jednak konsternację wśród ważnych polityków PiS – niewielu z nich wierzy, że Konfederację można zepchnąć pod próg wyborczy, przejmując równocześnie jej młody elektorat. Większość uważa, że obecne ostre zwarcie może uniemożliwić w przyszłości „ślub z rozsądku”.
Nawrocki nie będzie zakładnikiem Kaczyńskiego
Idealnym scenariuszem dla Kaczyńskiego byłby konflikt Nowej Nadziei Mentzena z drugim skrzydłem Konfederacji, czyli Ruchem Narodowym Krzysztofa Bosaka. Podglebie do tego istnieje, bo programy są trochę niespójne, a obaj liderzy nie tylko nie darzą się przyjaźnią, ale niemal w ogóle się nie spotykają. Wystarczy spojrzeć na relacje z Marszu Niepodległości. Nie znajdziemy wspólnych zdjęć Bosaka i Mentzena; szli osobno.
Czy jednak Kaczyński wypada wiarygodnie w roli polityka namawiającego Bosaka do wolty? Nie. Lider narodowców doskonale pamięta, jak się wychodzi na sojuszach z PiS – był przecież posłem LPR i patrzył na jej upadek w 2007 r. Trudno sobie wyobrazić, iż miałby ochotę na kolejne eksperymenty u boku Kaczyńskiego, mając do stracenia pozycję w partii, która trwale osadziła się na trzecim miejscu politycznego podium w Polsce, a na dodatek cieszy się świetnymi relacjami z Karolem Nawrockim.
Nie sposób w tej chwili przeanalizować dalekosiężnych planów prezydenta i jego współpracowników – być może ich jeszcze nie ma. Na razie wygląda na to, że Pałac będzie dużo aktywniejszy i silniejszy niż za czasów Dudy, kiedy podwładni ministra Kierwińskiego dokonywali zatrzymań posłów Kamińskiego i Wąsika na jego terenie.
Pewne jest, że Nawrocki nie uważa się za „strażnika żyrandola”, więc będzie stale ścierał się z rządem (o NFZ, o nominacje w sądach, wojsku i służbach etc.), ale niekoniecznie konsultując wszystko z PiS. Ma od Dudy silniejszy charakter i nie widzi się w roli zakładnika Kaczyńskiego. Zresztą, prezes też niespecjalnie zbiera się do pierwszego egzaminu. Musi najpierw ogarnąć partię.
W ostatnich tygodniach PiS zmaga się z poważnym kryzysem: zaczął go Robert Telus aferą wokół sprzedaży działki kluczowej dla CPK, a rozwinął Zbigniew Ziobro, zaskakując nawet bliskich współpracowników odmową przyjazdu do Polski. I ratując tym… rząd Tuska.
Ziobro został w Budapeszcie i zawiódł prezesa
Jeszcze dwa tygodnie temu wydawało się, że minister Waldemar Żurek i jego podwładni z prokuratury przesadzili z wnioskiem o areszt, a historia zmagającego się z nowotworem byłego ministra sprawiedliwości będzie politycznym złotem dla PiS. W dodatku przyniesionym przez polityka, który dla Kaczyńskiego pozostanie jednym z największych rozczarowań jego życia.
Ziobro, który spiskował przeciwko prezesowi PiS w czasach największego kryzysu partii w 2011 r., dziś nie jest dla niego żadnym partnerem, tylko ewentualnym narzędziem.
Decyzja Sejmu, by wraz ze zgodą na odebranie Ziobrze immunitetu, jednocześnie pozwolić na jego areszt – była mocno kontrowersyjna. Niejeden niechętny poprzedniej władzy prawnik zauważył, że sytuacja, w której chory na raka polski europoseł miałby trafić za kratki, zanim jeszcze zdążył odmówić stawienia się w prokuraturze czy sądzie, jest jednak nadużyciem.
I to nawet jeśli sam Ziobro nie pojawiał się na przesłuchaniach komisji ds. Pegasusa, albo drwił z polityków będących w podobnej jak on dziś sytuacji, kreując się równocześnie na szeryfa i twardziela, którego nic nie złamie. Zamiast wrócić z podniesioną głową i dać się aresztować w świetle kamer, Ziobro postanowił jednak zostać w Budapeszcie. Zawiódł tym PiS i Kaczyńskiego, a zarazem niechcący pomógł rządowi.
Spójrzmy bowiem, co by się stało, gdyby wniosek prokuratury o areszt dla schorowanego Ziobry został odrzucony przez niezależny sąd? Byłaby to klęska Tuska w najbardziej antypisowskiej części jego elektoratu oraz kolejny dowód na nikłą sprawczość jego ekipy.
Gdyby areszt jednak orzeczono, PiS mógłby wzmocnić swą nową teorię spiskową, wedle której decyzja Żurka o zlikwidowaniu jedynej chwalonej przez prawników zasady wprowadzonej przez Ziobrę, czyli losowania sędziów do spraw – stanowiła tylko preludium do wyznaczenia składu, który na 100 proc. skaże aresztowanego, cierpiącego polityka.
Co Kaczyński zrobi dla władzy?
Niepowrót Ziobry do Polski zmienił też dynamikę w samym PiS, ograniczając wpływy byłego ministra. Nie chcą się dziś z nim specjalnie sklejać ani wewnętrzni oponenci jak Mateusz Morawiecki, ani liderzy Konfederacji, ani Karol Nawrocki. Trzymanie tej sprawy na świeczniku karmi raczej rząd i Koalicję Obywatelską. Ale tylko ją, bo jednocześnie runęło poparcie dla sojuszników Tuska z PSL oraz Polski 2050, w zasadzie osieroconej przez Szymona Hołownię.
Z kilkunastu analizowanych przez nas sondaży wynika jasna prawidłowość: gdybyśmy dziś mieli pójść na wybory, wygrałaby je KO, ale nie miałaby szans na stworzenie rządu, nawet jeśli próg wyborczy przekroczyłaby Nowa Lewica. Tak naprawdę zwyciężyłaby prawica.
W siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej nikt jednak nie otwiera szampana. Druga strona duopolu ma bowiem ten sam problem, co Tusk: może nie mieć za dwa lata z kim rządzić. Popularność Korony Grzegorza Brauna opiera się głównie na skrajnym radykalizmie, niechęci do Ukraińców i Żydów – to wąski projekt polityczny, a koncesje na jego rzecz ze strony PiS mogłyby wprost stać się zaprzeczeniem spuścizny Lecha Kaczyńskiego.
Nie jestem pewien, czy jego brat aż do tego stopnia nienawidzi Tuska, by pójść na układ z nieobliczalnym Braunem. Raczej spróbuje za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji, by mógł rządzić bez niego. I bez Konfederacji.
Jeśli jednak nie powiedzie się projekt stłamszenia wewnętrznej konkurencji na prawicy (Mentzen z Bosakiem stawią na pewno dużo większy opór niż ten, jaki spotkał Tuska ze strony Kosiniaka i Hołowni), PiS będzie musiał rozważyć, czy dla władzy ustąpić w kwestii programu. To zaś oznaczałoby dziwaczną hybrydę Polski socjalnej oraz liberalnej à la Mentzen. Czy Kaczyński na to pójdzie?
Prezesowi PiS zawsze zależało na władzy: ale nie dla niej samej, tylko dla realizacji różnych programów oraz idei. Dlatego sojusz z Konfederacją to dla niego ostateczność, wcześniej zapewne spróbuje tego, w czym PiS był zawsze dobry, czyli w umiejętności kreowania dyskusji, do której przyłączają się potem inni.
Tak było z CPK, z barierą na granicy i polityką migracyjną. Jakkolwiek Tusk zaklinałby rzeczywistość, twierdząc, że wszystko, co wymyśli ekipa Kaczyńskiego, on sam musi potem poprawiać – to KO wydaje się brakować kluczowego elementu potrzebnego do rządzenia, odpowiedzi na najważniejsze pytania. Dlaczego idziemy po władzę, poza tym, że chcemy odsunąć od niej PiS? Jaki projekt Polski chcemy realizować i z kim, zarówno w domu, jak i poza jej granicami?
Jeśli obecnie rządzący nie będą w stanie zastanowić się, po co właściwie jest im ta Polska – nie złożą w całość żadnej wiarygodnej opowieści i nie stworzą projektu, który uruchomi wyobraźnię obywateli państwa będącego 20. gospodarką świata. A bez tego nie będzie zwycięstwa. Starzejący się Kaczyński wciąż o tym pamięta.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















