Brońmy urn przed politykami

Powszechne wybory to największa akcja obywatelska w Polsce. Podważając ich wiarygodność, politycy uderzają w legitymację całego państwa. Czy jest na to jakaś recepta?
Czyta się kilka minut
Liczenie głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Wrocław, 18 maja 2025 r. // Fot. Krzysztof Kaniewski / REPORTER
Liczenie głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Wrocław, 18 maja 2025 r. // Fot. Krzysztof Kaniewski / REPORTER

Po prezydenckim wyścigu opadł kurz, wygasły oskarżenia o fałszerstwa wyborcze, Karol Nawrocki może spokojnie wprowadzić się do Pałacu. Jednak ziarno niepewności zostało zasiane i pewnie prędzej czy później znowu wykiełkuje, rozsadzając fundamenty naszej demokracji i życia obywatelskiego. Jeśli według sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” aż 40,1 proc. Polaków uważa, że wybory mogły zostać sfałszowane (przeciwnego zdania jest 45,3 proc.), oznacza to, że mamy poważny problem. Nie tylko nowy prezydent, ale także każda kolejna głowa państwa oraz posłowie, senatorowie i inne osoby sprawujące urzędy oparte na wyborach, będą działać ze zwichniętym mandatem. Skoro wybory można próbować „przekręcić” raz, i to nawet nie będąc u władzy, to czemu miałby to być wyjątek?

Tworzenie atmosfery spisku krótkoterminowo może być skuteczne dla utwardzenia elektoratu przez poszczególne ugrupowania polityczne, nawet te dotychczas szczycące się rzekomą racjonalnością. Na dłuższą metę szkodzi jednak państwu i społeczeństwu obywatelskiemu, które w ostatecznym rozrachunku wybory przeprowadza. Insynuowanie fałszerstw, które mogłyby wpłynąć na demokratyczny wybór Polaków, to bardzo poważne oskarżenie dla wielu spośród prawie trzystu tysięcy współobywateli, którzy w dwie niedziele wyborcze zasiadali w komisjach.

Każdy pilnuje każdego, nie ma kiedy fałszować

– Ilekroć słyszę, że wybory zostały sfałszowane, czuję się osobiście dotknięty – mówi „Tygodnikowi” Bogusław Gosz, którego do pracy w lokalu wyborczym w areszcie śledczym w Wejherowie wytypował komitet Rafała Trzaskowskiego. W komisjach zasiada od 20 lat i nie przypomina sobie, by kiedykolwiek spotkał się bezpośrednio z próbą wpłynięcia na wyniki przez komisję. – Na podstawie swoich doświadczeń powiem, że to nie ma prawa się zdarzyć. Atmosfera w komisji jest zazwyczaj bardzo dobra, choć oczywiście zdarzają się spory, zwłaszcza przy ocenie ważności głosów. Istnieje coraz większa świadomość członków komisji, o co toczy się gra. Patrzymy sobie nawzajem na ręce – tłumaczy.

O bezstronności zaświadcza mi także członkini komisji z Lublina, która nie chce zdradzić, jaki komitet ją wystawił. – To nie ma znaczenia. W dniu wyborów wszyscy pracujemy dla państwa – ucina. Podobnie jak Gosz, jest oburzona zarzutami dotyczącymi fałszerstw. Mieszka na swoim osiedlu od 50 lat i zgłosiła się do pracy w komisji na prośbę koleżanek. Jak mówi, to ważne, by zasiadali w nich przedstawiciele lokalnych środowisk. – Jeden pan zdziwił się, że karta wyborcza ma ucięty prawy górny róg. Awanturował się, że jego głos nie zostanie uwzględniony. Powiedziałam mu: „jesteśmy sąsiadami i zapewniam pana, że wszystkie głosy policzymy uczciwie”. Wytłumaczyłam, że brak rogu jest po to, żeby można było nałożyć specjalną nakładkę dla osób niewidomych. Uspokoił się. Dobrze, gdy w komisjach są osoby znane miejscowym. Sąsiadom ufa się bardziej.

Czy opozycja może ukraść wybory?

Rozmawiałem też z innymi osobami pracującymi w tym roku w komisjach. Ich motywy były różne. Są wśród nich osoby, które robiły to dla pieniędzy (za pierwszą turę można było dostać 500 zł, przewodniczący komisji otrzymywał 700 zł); znalazły się też takie, którym zależało, by patrzeć przedstawicielom innych komitetów na ręce. Kolejne chciały zobaczyć, jak to wygląda od środka, przeżyć coś ważnego lub spotkać – hurtowo – dawno niewidzianych sąsiadów. To osoby doświadczone i nowicjusze, reprezentujący komitety prorządowe, opozycyjne albo skierowane do uzupełnienia składów przez urzędy gminy. Trudno mi w nich zobaczyć uczestników ogólnopolskiego spisku – niektórzy politycy oraz ich najzagorzalsi fani to jednak dostrzegli.

Nie pierwszy raz. Podobne podejrzenia to fragment tradycji rozpoczętej w 2014 r. (wcześniej takie zarzuty miały dużo mniejszy kaliber). Wtedy to Jarosław Kaczyński wprost powiedział, że wybory samorządowe zostały sfałszowane, choć zaskakująco wysoki wynik PSL wynikał głównie z umieszczenia jego kandydatów na pierwszej stronie karty do głosowania. Po tej dość niechlujnej, ale jednak uczciwej elekcji działacze prawicowi założyli nawet Ruch Kontroli Wyborów (RKW), który miał pilnować, by kolejne nie zostały „ukradzione”.

Poważne wątpliwości co do formy przeprowadzenia wyborów doprowadziły do pierwotnego odwołania ich – w formie korespondencyjnej – w 2020 r. Z kolei jesienią 2023 r. ówczesna opozycja wysłała do lokali społecznych obserwatorów – dla zabezpieczenia przed potencjalnym fałszerstwem ze strony władzy sprawowanej przez prawicę.

Podobnie było przed tegorocznymi wyborami, ale w podejrzeniach przodował już PiS. Zbliżony do partii RKW organizował szkolenia dla członków komisji, w trakcie których przedstawiał możliwe (i całkiem niemożliwe) metody fałszowania wyników. Rozpuszczano plotki o możliwości wielokrotnego głosowania (dzięki zaświadczeniom umożliwiającym udział w wyborach poza domem), a RKW stworzył nawet aplikację, która miała rzekomo pomagać członkom komisji w weryfikacji tych zaświadczeń. W dniu wyborów narobiły one sporo zamieszania, gdy niektórzy członkowie komisji odmawiali wydania kart po wpisaniu numeru dokumentu tożsamości w ten bezprawny i wadliwy program. Pogłoski o fałszerstwach powtarzali zwłaszcza politycy związani ze Zbigniewem Ziobrą.

Wyglądało to na przygotowywanie zawczasu mitu skradzionych prawicy wyborów. Gdy prezydentem został Karol Nawrocki, głosy o rzekomych fałszerstwach natychmiast ucichły. Podniosły się za to po stronie zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Co jest o tyle absurdalne, że przecież to ona tworzy rząd, formalnie organizujący wybory.

Długi dzień członka komisji

Kto i jak w praktyce miałby je „skręcić”? Komisji wyborczych było w tym roku ponad 28 tys. Zasiadało w nich ponad ćwierć miliona osób, a pierwszeństwo zgłaszania członków miały komitety wyborcze kandydatów. To zapewniało zróżnicowany skład, ale myli się ten, kto sądzi, że sale były pełne działaczy politycznych. Polskie partie nie są zbyt liczne, w związku z czym komisje obsadza się często ludźmi niezaangażowanymi w politykę.

Mniej więcej dwa tygodnie przed wyborami członkowie komisji przechodzą szkolenie i wybierają prezydium. W sobotę przed elekcją oglądają lokal wyborczy, odbierają karty do głosowania, są także przy plombowaniu urny.

W dniu wyborów przychodzą ok. godz. 5, by podstemplować karty do głosowania i otworzyć lokal, który będzie czynny od godz. 6 do 21. To długo, więc dzielą swą pracę na tury, tak żeby nikt nie musiał być na miejscu przez cały dzień i mógł odpocząć w domu – w lokalu musi być zawsze co najmniej połowa członków komisji. Prócz przekazywania wyborcom kart muszą pilnować urny, dbają o porządek, uspokajają krewkich rodaków, zdarza się też, że trzeba komuś pomóc. Wszystko nadzoruje przewodniczący, a w razie wątpliwości dzwoni do okręgowej komisji po wytyczne.

O godz. 21 lokal jest zamykany i nikt nie może do niego wejść, ani z niego wyjść. Otwiera się urnę i kilkakrotnie liczy głosy. Jeśli ktoś zauważy błąd, powtarza się procedurę – wszystko może się skończyć już w połowie nocy, ale też przeciągnąć do południa. Potem informatyk wpisuje do komputera dane, które podaje mu przewodniczący komisji lub jego zastępca. Po wydrukowaniu protokołów (w czterech kopiach) wszyscy muszą się podpisać i mogą iść do domu. Zostaje praca dla przewodniczącego, który zawozi karty i protokoły do siedziby okręgowej komisji wyborczej.

Czy linie w kratce na pewno się przecięły?

Wrażliwy moment to liczenie głosów. W sieci krąży filmik pokazujący, jak przeciwnicy Nawrockiego w komisjach mogliby rysować sobie na palcu krzyżyk i odciskać go w kratce przy nazwisku drugiego kandydata, czyniąc cały głos nieważnym. Sfałszowanie w ten sposób poważnej liczby głosów byłoby zadaniem karkołomnym – tym bardziej że nie jest trudno odróżnić krzyżyk narysowany od odbitego. Zresztą, nikt takiego faktu nie zgłosił i nie udowodnił.

Emocje w komisji może wzbudzić decyzja, czy dany głos jest ważny. – W tym roku jeden z głosów sprawdzaliśmy za pomocą zooma w telefonie, aby nikt nie miał wątpliwości, że linie w kratce się przecinają – mówi Gosz, którego zdaniem podobne wątpliwości dotyczą zazwyczaj ledwie kilku przypadków. Gdy się je wyjaśni, wszystkie głosy oddane na kandydatów porównuje się z liczbą ważnych kart do głosowania.

Podczas wyborów prezydenckich w niektórych komisjach głosy oddane na Trzaskowskiego przypisano Nawrockiemu i odwrotnie. Stało się tak najpewniej przypadkowo, na etapie przepisywania danych z brudnopisu do cyfrowego formularza przez informatyka. – Zazwyczaj nie czyta się mu całego protokołu, tylko konkretne liczby. Można się wtedy „machnąć”. System podkreśli błędy, jeśli suma liczb się nie zgadza, jednak nie wychwyci, czy prawdziwe dane wpisaliśmy do odpowiednich rubryk – mówi Maciej Dołbień, który zasiadał w jednej z komisji w Warszawie.

Zwolennicy tezy, że wybory „skręcili dla PiS” przewodniczący komisji wraz z informatykami – uważają, że do przestępstw doszło w komisjach, gdzie była nadreprezentacja ludzi skierowanych tam przez komitety prawicowe. Abstrahując od faktu, że składy w zdecydowanej większości były pluralistyczne, to co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób w skali kraju, w porozumieniu, podejmując ryzyko wpadki (i pozbawienia wolności do lat 5), musiałoby zrobić to tak doskonale, by wiele tysięcy pozostałych członków nic nie zauważyło. – Gdyby tak się stało, wszystkie mafie świata powinny przyjechać do Polski na szkolenie z omerty – uważa prof. Jarosław Flis, socjolog z UJ.

Wyścigi z protokołami, czyli jak nie utknąć w kolejce

Do fałszerstw nie doszło, ale do błędów na pewno. Teoretycznie protokół powinni dokładnie przeczytać wszyscy podpisujący się pod nim członkowie komisji. Ale różnie z tym bywa. Wiele osób przelatuje tylko liczby wzrokiem albo nie robi tego wcale. Praca członka komisji trwa kilkanaście godzin, a ludzie są zmęczeni i pod presją czasu. – Im szybciej się podpisze protokół, tym krócej przewodniczący będzie czekał w kolejce w okręgowej komisji. A tam można spędzić nawet cztery godziny, zanim odda się protokół i głosy – mówi Gabriel Jędrol z jednej z komisji w Nowym Targu.

Inny (anonimowo) przyznaje, że w komisjach pracują różni ludzie. Zwłaszcza wśród tych, którzy przyszli tylko dla pieniędzy, są osoby „nieogarnięte”, które się do tej pracy nie nadają – i nie jest to opinia odosobniona. Tak naprawdę jednak wystarczy, by część komisji miała głowy na karku, a ryzyko błędu będzie minimalne.

Teoretycznie można by przeprowadzać surowszą selekcję. W praktyce, przy wyśrubowanych warunkach, trudno byłoby znaleźć wielu chętnych. A kompetencje zawodowe to nie wszystko. – W komisjach potrzebny jest cały przekrój społeczeństwa. Choćby młodzi i silni mężczyźni, bo czasem trzeba pomóc jakiemuś schorowanemu wyborcy. Z kolei starsi członkowie lepiej tonują ludzką nieufność – mówi członkini komisji z Lublina.

Polskim wyborom można zaufać

Mimo zastrzeżeń proces przeprowadzania wyborów w Polsce jest transparentny i godny zaufania (nawet jeśli od lat kwestionuje się bezstronność mediów publicznych). Jest zdecentralizowany i oparty na ogromnym zaangażowaniu uczciwych obywateli. Nawet jeśli ktoś nie ufa Państwowej Komisji Wyborczej, której skład ustalają politycy, na sam koniec może samemu podliczyć publicznie dostępne wyniki cząstkowe. Słabym punktem systemu jest oczywiście status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, która stwierdza ważność wyborów.

– Przy tak wielkiej skali przedsięwzięcia błędy muszą się pojawić i nie należy ich bagatelizować. Jednak ich skala jest naprawdę minimalna – uważa prof. Flis, współautor opracowania „Fałszerstwa czy fałszywe alarmy? Statystyczna kontrola wyników II tury wyborów prezydenckich 2025”. Wynika z niego, że „choć błędy w liczeniu głosów rzeczywiście się zdarzały – część z nich została potwierdzona przez Sąd Najwyższy – to miały one charakter incydentalny i nie świadczą o istnieniu zorganizowanego fałszerstwa”.

Gabriel Jędrol zwraca uwagę na to, że wytyczne PKW powinny być porządniejsze. – O wielu swoich działaniach komisje decydują samodzielnie. Przydałoby się, by sama PKW wskazała, że np. podczas liczenia głosów chowamy długopisy (i wiele komisji tak robi), wykładamy wszystkie karty na złączonych stołach i liczymy wspólnie, jeśli warunki techniczne komisji na to pozwalają, a powinny. Na sali mogłyby być też kamery – mówi.

Bogusław Gosz zauważa również inne „nieprecyzyjności” w wytycznych PKW. – Informatykowi dane do protokołu przekazuje przewodniczący lub jego zastępca w komisji. Zakładając jednak, że każdy jej członek ma prawo być przy tej czynności, to jeśli informatyk siedzi w oddzielnym pomieszczeniu, pozostaje problem pozostawienia kart do głosowania bez nadzoru. To powinno być doprecyzowane – tłumaczy.

Wszyscy moi rozmówcy zwracają uwagę na jedno: potrzebę obrony obywatelskiego charakteru procesu wyborczego, który jest solą demokracji. Obrony przed politykami, którzy dla partyjnych czy wręcz osobistych profitów bujają podczas wyborów łódką całego naszego państwa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Brońmy urn przed politykami