Obecna debata publiczna na temat rolnictwa popada w skrajny defetyzm. Ma nas wykończyć umowa stowarzyszeniowa Unii Europejskiej z Ukrainą oraz import tamtejszych produktów na rynek wspólnoty. Strach budzi również umowa Unii Europejskiej z krajami Mercosur – obawiamy się żywności, która trafi na rynek UE z Ameryki Południowej.
Wiele osób słusznie zauważa, że produkty te nie muszą spełniać tak wyśrubowanych norm i standardów, jakie narzucają europejskie instytucje rolnikom z krajów członkowskich. Pojawia się więc uzasadniona obawa, iż żywność sprowadzana z Ameryki Południowej okaże się znacznie tańsza, gdyż będzie ją można łatwiej, szybciej i prościej wyprodukować.

Nasi rolnicy przez dwie dekady inwestowali w swoje gospodarstwa, aby spełnić szereg unijnych wymogów, a dziś dowiadują się, że ktoś, kto tych warunków nie spełnia, będzie miał dostęp do europejskiego rynku. Unijni rolnicy są mocno zaniepokojeni, że nie dadzą sobie rady z tą konkurencją, wznawiają więc protesty, próbując rozpaczliwie zablokować plany UE.
Czy ten alarm jest uzasadniony? Spójrzmy na poprzednie problemy i konflikty wokół rolnictwa, a zwłaszcza na to, jak się one zakończyły.
Rolnicy byli wrogami Unii, teraz ją chwalą i chcą w niej pozostać
Według badania CBOS z kwietnia 2003 r. tylko 38 proc. naszych rolników popierało integrację Polski z UE. Wówczas też straszono, że akcesja do europejskiej wspólnoty skończy się tragedią dla polskiego sektora rolnego. Tymczasem w ramach unijnego wsparcia finansowego na polską wieś i do rolników trafiło 78 mld euro, z tego 50 mld euro na dopłaty bezpośrednie. W wyniku akcesji wartość eksportu polskiego sektora rolno-spożywczego wzrosła jedenastokrotnie i wynosi już 51,8 mld euro. Dodatnie saldo handlowe jest dziś czterokrotnie wyższe niż cały eksport rolno-spożywczy przed wstąpieniem do UE i wynosi 18,6 mld euro.
Z kolei z raportu „Polska Wieś i Rolnictwo 2025” wynika, że po dwóch dekadach od wejścia Polski do UE, aż 66,2 proc. rolników opowiada się za pozostaniem w Unii. Strach okazał się więc wyolbrzymiony, a cały sektor bardzo zyskał na dostępie do unijnego rynku.
Gdy Unia Europejska wprowadziła sankcje na Rosję z powodu aneksji Krymu w 2014 r., rolnicy również lamentowali. Odpowiedzią Kremla było bowiem embargo na polskie jabłka i inne produkty rolne. Straszono nas wtedy zapaścią z powodu zerwania relacji gospodarczych z największym odbiorcą polskich warzyw i owoców, a jednak nasi producenci szybko znaleźli inne rynki zbytu. Polskie jabłka i inne produkty trafiły na rynki Azji i Afryki.
Zamiast zapaści obserwowaliśmy międzynarodowy sukces naszego sektora produkującego żywność. I tak naprawdę nie odczuliśmy zerwania relacji gospodarczych z Rosją.
Gigantyczny potencjał polskiego rolnictwa pozostaje niewykorzystany
Analogicznie było z umową CETA pomiędzy UE a Kanadą, znoszącą większość ceł. W 2016 r. przez Warszawę przetaczały się manifestacje przeciwko tej inicjatywie. I choć umowa nie została ratyfikowana przez wszystkie kraje UE, to część jej postanowień weszła w życie w 2017 r., w tym zapisy o dostępie kanadyjskich produktów do rynku europejskiego.
Czy ktoś to w ogóle zauważył? I czy umowy UE z Mercosur oraz Ukrainą nie okażą się kolejnym bezpodstawnym straszakiem? Może za parę lat wyjdzie na jaw, że polskiemu rolnictwu wyszło to na dobre? Otóż nie do końca.
W obecnej niestabilnej sytuacji międzynarodowej musimy stworzyć narzędzia, które zapewnią polskim rolnikom takie same warunki, jakie ma ich konkurencja.
Polski rynek rolno-spożywczy ma gigantyczny potencjał, ale ma też wiele słabych punktów. Obowiązkiem instytucji publicznych jest zasypanie tych nierówności i zagwarantowanie równych szans na rynku.
Polska jest w czołówce producentów żywca wieprzowego, jabłek, buraków cukrowych czy mleka, a eksport niektórych produktów do UE i poza nią ma ogromną wartość gospodarczą. Jednak dane statystyczne nie oddają w pełni sytuacji polskich rolników. Bo z faktu, że rośnie eksport, wcale nie oznacza, że nasz rolnik zarobił na swojej pracy. Ogromna część zysku z jego wysiłku trafia dziś do pośredników i zagranicznych sieci handlowych kontrolujących rynek. Świadczą o tym dramatyczne apele rolników, by przyjeżdżać na ich pola i brać plony nawet za darmo, bo nie opłaca się ich zbierać. Inaczej trafią na śmietnik.
Zależność naszego kraju od importu części surowców rolno-spożywczych i koncentracja dystrybucji w rękach dużych sieci handlowych ogranicza faktyczną autonomię Polski. Nie możemy w pełni decydować o własnym rynku żywnościowym, bo po prostu przeoczyliśmy ten sektor. Uznaliśmy, że jest mniej ważny niż ten energetyczny czy transportowy (kolej, CPK). Tymczasem ostatnie wydarzenia na świecie dają dowody na to, że jest inaczej – infrastruktura dystrybucji żywności powinna być szczególnie chroniona. System magazynowania i transportu jest dziś poza kontrolą państwa, gdyż ludzie, którzy za to odpowiadają, są pracownikami międzynarodowych koncernów. Mogą więc zniknąć z Polski w pierwszych godzinach poważnego kryzysu.
Scenariusz pustych półek w sklepach wydaje nam się dziś irracjonalny i abstrakcyjny, trzeba jednak zdać sobie sprawę, że za ich zaopatrzenie często odpowiadają koncerny, które nie mają silnych związków z Polską. Nie dziwi więc, że ze strony resortu rolnictwa pojawiła się propozycja przejęcia jednej z dużych sieci.
Czy Polska kupi sieć francuską handlową Carrefour?
W listopadzie 2025 r. temat, który jeszcze niedawno wydawał się egzotycznym pomysłem, awansował do grona głównych debat: czy państwowa Krajowa Grupa Spożywcza (KGS) powinna przejąć sklepy i centra handlowe sieci Carrefour, skoro są na sprzedaż? Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi oficjalnie zarekomendowało ministrowi aktywów państwowych taką transakcję, argumentując, że może to wzmocnić pozycję polskich producentów i stworzyć krajową sieć o strategicznym znaczeniu. Chodzi o przejęcie około 750 sklepów, 40 centrów dystrybucji i ponad 30 stacji benzynowych, które francuska grupa mogłaby sprzedać w ramach restrukturyzacji swojego portfela aktywów w Europie Środkowo‑Wschodniej.
Krytycy projektu alarmują, że pomysł ten mija się z ekonomiczną rzeczywistością. KGS – mimo że ma większościowy udział Skarbu Państwa – jest spółką o słabej kondycji finansowej. Ostatni rok zakończyła stratą rzędu 600 mln złotych. Do tego bilansu należy dodać wszystkich rolników, sadowników i producentów żywności, którzy walczą o utrzymanie się na powierzchni z powodu cen skupu.
W obronie tej transakcji pada jednak argument, że ma ona polegać nie tylko na efektywnym ekonomicznie zakupie spółki i maksymalizacji zysków, ale przede wszystkim na rozwiązaniu piętrzących się pokoleniowych problemów. Musimy bowiem zdać sobie sprawę z obecnej sytuacji i zadać ważne pytania.
Czy młodzi polscy rolnicy będą chcieli przejąć rodzinne gospodarstwo, widząc na własne oczy, że miesiące ciężkiej pracy ich rodziców nie przynoszą znaczących efektów? Czy jesteśmy gotowi na kolejne fale migracji ze wsi do miast? Jak to wpłynie na rozwój gospodarczy, na rynek pracy oraz na demografię? Nie chodzi więc o to, by rolnik dostał 40 groszy więcej za kilogram ziemniaków. Chodzi o rozwiązanie strukturalnych problemów, o zerwanie z obecnym, rodzącym patologie systemem utrzymywania kolejnych pokoleń rolników w ekonomicznej niepewności. Przed nami strukturalne wyzwania, na które należy odpowiedzieć.
Młodzi mieszkańcy wsi nie chcą być już rolnikami
Zaledwie 12 proc. rolników w UE ma mniej niż 40 lat (średnia to 57 lat). W Polsce ten odsetek wynosi 21 proc. i jest jednym z najwyższych wśród krajów członkowskich. Nie oznacza to jednak, że możemy odetchnąć z ulgą. Wystarczy spojrzeć na dane demograficzne i kierunki migracji ludności. Na alarm bije Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej, który opublikował raport „Młodzież ucieka ze wsi. Sektor rolniczy mierzy się z wyzwaniami demograficznymi”, potwierdzając w nim, że dzieci niekoniecznie chcą przejmować gospodarstwa od rodziców.
To niezwykle alarmujące dane, dlatego Komisja Europejska szykuje bezprecedensowe wsparcie w postaci Strategii odnowy pokoleniowej w rolnictwie. Tyle że młodzi polscy rolnicy w większości nie chcą dopłat i dofinansowań. Chcą, by produkcja rolna najzwyczajniej w świecie była opłacalna, żeby dało się uczciwie zarobić z uczciwej pracy.
Pomimo licznych mechanizmów wsparcia nie udało się do tego przez wiele lat doprowadzić. Konieczne są dziś rozwiązania niekonwencjonalne, wychodzące poza utarty schemat. Potrzebujemy takich działań, które wyprzedzą różnorodne międzynarodowe kryzysy, a nie rozpaczliwych prób reagowania na nie dopłatami.
Receptą na te bolączki może być spółdzielczość. To właśnie dzięki niej pozycja duńskich, włoskich czy francuskich rolników jest zupełnie inna na wspólnotowym rynku niż polskich. Osoby zrzeszone w spółdzielniach otrzymują większą część dochodów całej grupy kapitałowej. Wypracowane zyski dzielone są na całą społeczność, która przyczyniła się do wypracowania kapitału.
W Polsce warto odwołać się do ruchu spółdzielczego Społem, budowanego przez Romualda Mielczarskiego, do którego w 1926 r. należało ponad 850 stowarzyszeń, 1670 sklepów i 550 tys. członków. Cały ten dorobek zniszczyła wojna.
Skoro odbudowujemy Pałac Saski, być może to narodowe dziedzictwo również powinniśmy odtworzyć? Czyli wrócić do modelu, w którym zyski trafiają nie do międzynarodowych korporacji, tylko do obywateli, którzy swoją ciężką pracą wytwarzają niezbędną nam żywność. Niestety, nie uda się tego zrobić bez interwencji państwa.
Pora, by państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo żywnościowe
Polscy przedsiębiorcy – nie tylko rolnicy – nie wykazują nadmiernej chęci do podejmowania współpracy. Z każdego raportu i konferencji poświęconej rolnictwu wynika, że należy się integrować, inwestować wspólnie w przetwórstwo i przesuwać się wyżej w łańcuchach marż. To jednak wciąż tylko słowa. Nie należy się łudzić, że dojdzie do znaczących oddolnych ruchów integracyjnych.
Nie mamy też czasu na kolejne dekady eksperymentów. Potrzebujemy instytucji, która weźmie na siebie najcięższe elementy prowadzenia zintegrowanej działalności, kwestie prawne, marketing czy sieć dystrybucji. W wielu miejscowościach nie znajdziemy bowiem osób gotowych wziąć odpowiedzialność za te procesy. Jeśli chcemy realnej zmiany, państwo powinno pomagać tworzyć spółdzielnie działające na zasadzie franczyzy. Franczyza polega właśnie na tym, że nie trzeba wymyślać biznesu od nowa i nie trzeba się martwić o marketing czy kwestie prawne, bo tym zajmuje się centrala.
Dlatego zakup Carrefoura może się okazać paradoksalnie najtańszym i najprostszym sposobem na rozwiązanie różnorodnych problemów na rynku rolno-spożywczym. Po przejęciu takiego podmiotu moglibyśmy łatwo odbudować strukturę spółdzielczości w Polsce. Potrzebujemy do tego nie tylko produkcji na wysokim poziomie, ale także sieci dystrybucji. Odkupienie od Francuzów spółki daje taką możliwość.
Jedno wiadomo na pewno. Bezpieczeństwo żywnościowe to tak samo ważny aspekt naszej suwerenności jak infrastruktura energetyczna, kolejowa czy sprawna i dobrze wyposażona armia. Bez znaczącej interwencji naszych władz w rolnictwo nie będziemy suwerenni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















