Politycy znów obiecują zakończenie wojny polsko-polskiej. Na dotrzymanie obietnic trudno liczyć

Na starcie kampanii prezydenckiej politycy znów wzywają do zakończenia wojny polsko-polskiej. Ich konflikt obejmuje jednak kolejne obszary państwa, więc to tylko retoryczny chwyt. Dlaczego uważają, że się na niego nabierzemy?
Czyta się kilka minut
Pojednanie Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Wałęsy podczas uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II. Na zdjęciu z tyłu Tadeusz Mazowiecki i Marek Belka. Rzym, 8 kwietnia 2005 r. // Fot. Grzegorz Rogiński / Reporter
Pojednanie Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Wałęsy podczas uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II. Na zdjęciu z tyłu Tadeusz Mazowiecki i Marek Belka. Rzym, 8 kwietnia 2005 r. // Fot. Grzegorz Rogiński / Reporter

„Choć dziś może to brzmieć jak science fiction, nie mam najmniejszej wątpliwości, że musimy podjąć trud wygaszania wojny polsko-polskiej” – oświadczył w pierwszym wystąpieniu kandydat PiS na prezydenta Karol Nawrocki. „To moja pierwsza obietnica – dodał. – Jeśli zaufają mi państwo jako kandydatowi obywatelskiemu, skończy się wojna polsko-polska”.

Takie wezwania słyszeliśmy w przeszłości wielokrotnie. W większości przypadków nic za nimi nie stało. Były w użyciu, bo z badań wychodziło, że elektorat tego oczekuje. Gdy zmieniały się okoliczności, wracała retoryka wojenna, która jest solą polityki.

Jak to jest, że choć zgoda na szczytach władzy wydaje się jednym z bardziej pożądanych społecznie stanów, między politykami wciąż toczy się wojna? Że jednego dnia wzywają do pojednania, a nawet czynią w jego stronę jakieś gesty, ale następnego dnia już ostro swoich rywali atakują? Że zachowują się jak człowiek, który prawą rękę wyciąga do przywitania, a w lewej za plecami trzyma nóż?

– Kompletnie nie wierzę w pojednanie między aktywnymi politykami. To marketing – mówi politolog Antoni Dudek. – Pana Nawrockiego można zapytać, na czym to pojednanie miałoby polegać, skoro w swoim wystąpieniu nie powiedział ani zdania, które byłoby niezgodne z programem jednej ze stron tego sporu – dodaje.

Truizmem jest konstatacja, że ugrupowania polityczne budują poparcie i mobilizują zwolenników dzięki konfliktowi. Sytuacje, w których na eskalowaniu sporu jego strony mogą więcej stracić, są wyjątkowe. Powstają wówczas warunki do zawarcia „chłodnego kompromisu”, który jest, jak mówi prof. Dudek, jedynym możliwym porozumieniem w polityce. – Ostatni taki chłodny kompromis mieliśmy w Polsce przy okazji okrągłego stołu – uważa politolog.

Jarosław Kaczyński i Donald Tusk podczas posiedzenia Sejmu. Warszawa, 21 lutego 2014 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum

Zawieszenie broni w Smoleńsku i nad grobem papieża

Owszem: w ciągu ostatnich 35 lat zdarzało się, że konflikt ustawał. Zwykle były to jednak epizody wynikające z okoliczności zewnętrznych, o których szybko zapominano. Dziś mało kto pamięta np. o zgodzie po śmierci Jana Pawła II, po katastrofie smoleńskiej czy po wybuchu wojny na Ukrainie.

Zdarzały się też spektakularne gesty, ale w zdecydowanej większości ich skutki również okazywały się krótkotrwałe. Wyjątkiem było głośne pojednanie Aleksandra Kwaśniewskiego, wówczas jeszcze urzędującego prezydenta, z Lechem Wałęsą, na pogrzebie Jana Pawła II w 2005 r. Wcześniej Wałęsa wypowiadał się o Kwaśniewskim z pogardą, zarzucał jego otoczeniu sfałszowanie wyborów w 1995 r., a jeśli publicznie o nim mówił, używał sformułowania „ten pan”. Nie było też mowy o żadnym spotkaniu, choć próbowano do niego doprowadzić przy okazji szczytu NATO w Waszyngtonie, krótko po wejściu Polski do Sojuszu w 1999 r.

Znacznie więcej w najnowszej historii jest przypadków, w których pojednanie traktowano instrumentalnie. Najbardziej ewidentny przykład to postawa Jarosława Kaczyńskiego krótko po katastrofie smoleńskiej, gdy został kandydatem PiS w przedterminowych wyborach prezydenckich. To w czasie tamtej kampanii niemal na każdym spotkaniu apelował o „zakończenie wojny polsko-polskiej”, używając wręcz tych samych słów, co dziś Nawrocki. W Siedlcach powiedział m.in., że w mieście tym samorząd dobrze sobie radzi, bo rządzą wspólnie PiS i PO, zatem to powinien być ogólnokrajowy wzorzec. Głośne było też jego filmowe posłanie „Do braci Rosjan”. Gdy przegrał z Bronisławem Komorowskim, z dnia na dzień zmienił retorykę.

– Po katastrofie smoleńskiej było chwilowe złagodzenie napięcia, ale szybko się okazało, że obu stronom bardziej opłaca się konflikt niż współpraca. Wypowiedź Kaczyńskiego, że w czasie kampanii nie był sobą, bo brał leki, miała dać sygnał ludziom, że my się z tymi Rosjanami i platformersami tak naprawdę nigdy nie zbliżyliśmy – mówi politolog Olgierd Annusewicz.

Kampania przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. Chorzów, 15 czerwca 2010 r. // Fot. Adrian Ślązok / Reporter

Kaczyński i Tusk obiecują zawieszenie broni. Ale potem zaostrzają konflikt 

W następnych latach Smoleńsk był już tylko przedmiotem wojny. A ci, którzy próbowali ją wygasić, obrywali. Tak było nawet z prezydentem Dudą, który wiosną 2016 r. pozwolił sobie na apel o zgodę wokół katastrofy. I który spotkał się z natychmiastową ripostą Kaczyńskiego, że zgoda tak, ale po ukaraniu winnych i zadośćuczynieniu. Po zakończonej uroczystości prezes niemal nie chciał podać prezydentowi ręki.

To oczywiście nie znaczy, że w następnych latach Kaczyński nie sięgał po retorykę czy gesty nawołujące do zgody, gdy uznawał, że mu się to politycznie opłaca. W 2014 r. np. pogratulował Donaldowi Tuskowi nominacji na przewodniczącego Rady Europejskiej. Także na wieczorze wyborczym po wielkim zwycięstwie PiS w 2015 r. apelował o poniechanie zemsty na pokonanych. Po objęciu władzy nie miał już jednak żadnych skrupułów.

W podobne tony uderzał podczas ubiegłorocznej kampanii Tusk. „Chcę ślubować wam zakończenie wojny polsko-polskiej dzień po wyborach. Jak się pogoni agresora, to już nie będzie powodu do wojny” – mówił podczas tzw. marszu miliona serc, 1 października 2023 r.

Kończyło się jednak na słowach, a realna polityka wymuszała eskalowanie konfliktu. Tym bardziej że, co potwierdza Olgierd Annusewicz, wysoka frekwencja w wyborach w 2023 r., a zwłaszcza duże poparcie dla Trzeciej Drogi, były zapewne również wyrazem zmęczenia konfliktem między PiS a PO. By wyeliminować zagrożenie konkurencją, oba główne obozy musiały podsycać spór, by jeszcze bardziej rozhuśtać społeczne emocje.

Echa tego mogliśmy usłyszeć również w ostatnich dniach, gdy doszło do sporu rządzących wokół pozbawienia immunitetu Jarosława Kaczyńskiego. Tusk krytykował koalicjantów za hamowanie rozliczeń, a Hołownia odpowiadał, że zależy mu na realnych rozliczeniach, a nie na zemście i teatrze.

Wojna polsko-polska starsza niż III RP

Prezes Fundacji IBRiS Marcin Duma uważa, że od duopolu nie uciekniemy, nawet gdy nie będą go już organizować Kaczyński i Tusk. – W Polsce, niezależnie od tego, czy istniała na mapie, czy nie, żyliśmy w dychotomicznym sporze. Biali kontra czerwoni, robić powstanie czy nie robić, praca organiczna czy zryw serca, tradycja i liberum veto czy Konstytucja 3 Maja i nowoczesność, Dmowski czy Piłsudski – relacjonuje. – Żeby ten spór istniał, musi być organizowany przez charyzmatycznych przywódców. Dziś w Polsce pech albo szczęście polega na tym, że te dwie osobowości są wyjątkowo sprawne. Choć mają zupełnie inne cechy i w czymś innym się specjalizują – dodaje Duma.

Nawet więc gdy Tusk i Kaczyński kiedyś odejdą, spór zostanie zagospodarowany przez kogoś innego. Duma przypomina, że przed sporem PO–PiS, scenę polityczną galwanizował konflikt postkomuniści–postsolidarność. Skończył się ze względu na słabość liderów – Marian Krzaklewski nie dźwignął roli przywódcy, a Leszek Miller się zużył – ale Kaczyński z Tuskiem go przeorganizowali.

– W polityce nie chodzi o pojednanie, tylko o rywalizację i kooperację. W każdym zdrowym organizmie te obszary są jednak zrównoważone – mówi Antoni Dudek. – Stanu idealnej równowagi nie da się utrzymać, ale u nas to się przesuwa permanentnie w stronę rywalizacji, a element kooperacji dotyczy właściwie tylko polityki obronnej i, w pewnym zakresie, zagranicznej.    

Kiedyś politycy negocjowali, teraz okopują się na swoich pozycjach 

Oczywiście największe „zasługi” w obejmowaniu wojną polityczną kolejnych obszarów państwa ma PiS. Po 2015 r. przeniósł ją np. na wymiar sprawiedliwości. Skutki obserwujemy do dziś – każda ze stron sporu uznaje tylko własne sądy i własnych prokuratorów; uznaje lub lekceważy werdykty TK.

By zobaczyć, jak zaawansowany jest proces zawłaszczania państwa przez spór między politykami, wystarczy porównać dwie analogiczne sytuacje. W 1997 r. wybory wygrała Akcja Wyborcza Solidarność i utworzyła rząd wspólnie z Unią Wolności. Premierem został Jerzy Buzek, prezydentem zaś był Aleksander Kwaśniewski, który wywodził się z najsilniejszej formacji opozycyjnej, czyli SLD. Był więc to układ kohabitacyjny, podobny do dzisiejszego.

Właśnie mija rok, jak urzęduje gabinet Donalda Tuska. Porównanie jego dorobku z rocznym dorobkiem rządu Buzka jest porażające. Ten ostatni, przy silnej opozycji i związanym z nią prezydencie, przeprowadził fundamentalną reformę samorządową i przygotował równie doniosłe reformy – zdrowotną i ubezpieczeń społecznych. A jaki jest dorobek pierwszego roku rządu Tuska?

Niektórych zmian, takich jak naprawa KRS i TK, nie udało się przeprowadzić z powodu sprzeciwu prezydenta. Ale Kwaśniewski też na wiele rozwiązań się nie zgadzał, prowadzono np. zażarte spory w sprawie liczby województw i powiatów. W końcu jednak udało się osiągnąć kompromis. Udało się, bo prowadzono polityczne negocjacje. Teraz nikt nie negocjuje, bo w cenie jest okopywanie się na swoich pozycjach. Często ze szkodą dla państwa, czego dowodem nierozwiązany spór o nominacje ambasadorskie.

Media społecznościowe utrwalają podziały 

– Konflikt obejmuje kolejne sfery, bo większości Polaków to się podoba. Podobają się igrzyska, które premiują coraz bardziej agresywne zachowania. Politycy nieustannie testują kolejne obszary, w które mogą wejść i podsycić polaryzację. Jak nie wywołuje to negatywnej reakcji w ich elektoratach, idą jeszcze dalej – ocenia Dudek.

Dodaje, że polaryzację najlepiej widać na przykładzie wymiaru sprawiedliwości, ale spór dotyka też np. nauki czy kultury. – Jeszcze nie mamy szpitali PiS-u i Platformy, ale mamy już lekarzy, których się oskarża o zamordowanie pacjenta z powodu niewłaściwych poglądów – mówi politolog.

Marcin Duma dodaje, że ogromny wpływ na utrwalanie dychotomicznego podziału mają media społecznościowe. – W ciągu ostatnich 10 lat uzyskały tak duży wpływ na rzeczywistość polityczną, że ucieczka przed wyostrzonymi poglądami jest niemożliwa. Tym bardziej że w tych mediach dostajemy nagrodę za wyostrzenie i „karę” w postaci mniejszych zasięgów za próbę łagodzenia. Jeśli chcemy budować popularność, budujemy ją więc na kontrowersji – mówi prezes IBRiS. – Jak się prześledzi konta polityków w mediach społecznościowych, to widać, że oni się temu poddają. I mamy sprzężenie zwrotne: im mocniej tak robią, tym większe są oczekiwania, że pójdą jeszcze dalej.

Kluczowe jest też to, że konfliktu oczekują obserwatorzy polityki. – Dobrym przykładem pokazującym, jak działa polityka, był serial „Ranczo”, zbudowany na konflikcie wójta z bratem proboszczem. W pewnym momencie doszło między nimi do pojednania, ale chwilowego. Bo serial się ciekawiej oglądało, jak byli skonfliktowani. To samo dotyczy polityki – mówi Annusewicz.

Wiedzą to dobrze dziennikarze, którzy często konflikty nazywają, a przez to podsycają. Było tak wielokrotnie w przeszłości – za eskalowanie i utrwalenie wewnątrzpartyjnych konfliktów, np. Wiesława Walendziaka z Januszem Tomaszewskim w czasach AWS, Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem w czasach SLD czy Donalda Tuska z Grzegorzem Schetyną w okresie rządów PO współodpowiedzialne były media. Bo przedstawianie konfliktów to słuchalność / oglądalność / klikalność.

– Mniej więcej w 2016 czy 2017 r. rozmawiałem z dziennikarzem Polsatu. Pytam, jak im się wiedzie, a on odpowiada: „Musimy się opowiedzieć po którejś ze stron, bo pełna neutralność nam nie służy, oglądalność spada” – opowiada Annusewicz.

Rola prezydenta w wojnie polsko-polskiej

Jednak nie wszystkich obszarów w polityce dotyczy to w takim samym stopniu. Marcin Duma opowiada o badaniach, które mogą tłumaczyć, dlaczego Karol Nawrocki i Szymon Hołownia pojednanie i ponadpartyjność potraktowali jako ważne hasła kampanii.

Z badań tych wynika, że głowa państwa powinna być kimś, kto łączy. – Robiliśmy je na początku września. Wyszło z nich, że jednak oczekujemy czegoś innego od prezydentów i od politycznych liderów. Ci, których uważamy za liderów, mają po prostu doprowadzić do zwycięstwa nad drugą stroną. Ich zadanie nie polega na łączeniu, tylko na wygrywaniu – opowiada.

Prezes IBRiS używa metafory turnieju rycerskiego, w którym liderzy to dwaj władcy, a kandydaci na prezydenta to ich czempioni, którzy stają w szranki. – Figura czempiona została zbudowana dlatego, że lider drugiego królestwa przez obywateli pierwszego nigdy nie zostanie pokochany. Ale od czempiona oczekujemy, że on tę drugą stronę jakoś będzie w stanie zachwycić. Stąd rolą czempiona nie jest pognębienie drugiej strony, ale chwalebne zwycięstwo we w miarę honorowym pojedynku – opowiada Duma.

Pojednanie w kontekście prezydentury sprowadza się więc do tego, dodaje, żeby spróbować drugą stronę w jakiś sposób do siebie przekonać.

Obszary narodowej zgody

Znaczenie ma też kwestia bezpieczeństwa.

– Jest w nas takie poczucie, że podział to może nie zagrożenie, ale na pewno nasza słaba strona. A prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych nie będzie w stanie pełnić swojej roli tak skutecznie, jak byśmy chcieli, jeśli nie stanie na czele całego społeczeństwa – mówi prezes IBRiS. – Gdy pytaliśmy w badaniach, do jakiego środka transportu można go porównać, często pojawiającym się obrazem był pociąg i lokomotywa. To ten polityk, który ciągnie wagoniki naszego społeczeństwa. Wszystkie wagoniki.

Duma przypomina, że zdarzali się prezydenci, którzy byli w stanie zjednać sobie większość społeczeństwa. Po zakończeniu prezydentury taką osobą był Aleksander Kwaśniewski, a w czasie urzędowania Bronisław Komorowski. – Gdybyśmy się cofnęli do listopada-grudnia 2014 r., to zaufanie do Komorowskiego było na poziomie 70 proc., dużo wyższe niż poparcie dla PO. Dziś się o tym nie pamięta, bo zostało to zmarnowane w nieudanej kampanii. Ale Komorowski pod koniec kadencji był prezydentem, który łączył, mimo pewnych niezdarności, jak czekoladowy orzeł – zaznacza prezes IBRiS.

Kompetencje głowy państwa to zresztą nie jedyne takie obszary „zgody”. Już w tym Sejmie, znamienne że na zamkniętym posiedzeniu, odbyła się debata na temat wymiany składu komisji ds. pedofilii. Wielu polityków było zaskoczonych kompromisowym wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego. Zapewne tak by nie było, gdyby posiedzenie nie było zamknięte.

Obszarem względnej zgody jest wciąż bezpieczeństwo, zbrojenia, euroatlantycki kierunek polityki zagranicznej, poparcie dla Ukrainy, członkostwa w NATO i UE. Jeśli w przeszłości dochodziło do spektakularnych porozumień, były związane z tą tematyką. Do dziś pamiętane są np. negocjacje premiera Tuska z prezydentem Lechem Kaczyńskim w Juracie na temat ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego w 2008 r., ułatwione przez bliską znajomość, wręcz przyjaźń obu panów.

Zadawnione urazy Tuska i Kaczyńskiego 

Polityka jest zresztą przede wszystkim teatrem. Nierzadkie bywały sytuacje, gdy przedstawiciele różnych formacji, zawzięcie spierający się w studiu telewizyjnym, szli potem razem na piwo.

Jarosław Kaczyński na ogół dba, by ludzie PiS nie bratali się, nawet prywatnie, z przedstawicielami wrogiego obozu. Wywoływało to czasem humorystyczne sytuacje, jak opisana przez Donalda Tuska w dzienniku „Szczerze” scena z finału Pucharu Polski w 2019 r. Lechia Gdańsk–Jagiellonia Białystok: „Idziemy na mecz razem z Olą Dulkiewicz, pani prezydent przyniosła mi szalik w barwach Lechii. Michał [syn Donalda – red.] jest już na trybunach, ma lepiej, bo siedzi razem z kibicami, a mnie w loży trafiło się miejsce obok Marka Kuchcińskiego. Znam go od bardzo dawna, więc witam się normalnie, siadam obok niego, a on przerażony znika po chwili i nie pojawia się już do końca” – pisał Tusk.

Jednak nawet Kaczyński nie jest w stanie wszystkiemu zapobiec. Posłowie PiS i KO współpracują ze sobą czasem w sprawach ich regionu. Jeden z posłów KO opowiada, jak w czasach rządów PiS miał ciche porozumienie z posłanką tego ugrupowania z jego miasta: jak przychodzili wyborcy z problemami z zakresu władzy rządowej, on kierował ich do niej, a jak z zakresu władzy samorządowej, ona kierowała ich do niego, bo prezydent miasta był z PO. Oczywiście poseł kategorycznie zakazał ujawnienia, o jakie miasto chodzi.

Z kolei jeden z polityków PiS przyznaje, że znaczenie mają kwestie generacyjne. Jego zdaniem na postawę przywódców wpływ mają zadawnione urazy, np. Kaczyński obciąża Tuska winą za śmierć brata. Młodsze pokolenie nie ma już takich emocji i jest w stanie łatwiej się dogadać.

Jest też szereg obszarów, w których konflikt przebiega według innego klucza. Tak jest np. z prawami zwierząt – pamiętne głosowanie w sprawie tzw. piątki dla zwierząt w 2020 r. podzieliło zarówno rządzący wówczas PiS, jak i opozycję.

Do czego służy konflikt polityczny?

Czasem na kształt konfliktu ma wpływ kontekst. Niektórzy politycy obecnej koalicji rządowej zwracają uwagę, że prezydent Duda po tym, jak PiS nie uzgodnił z nim kandydatury Karola Nawrockiego, może być bardziej skłonny do kompromisu z obecnie rządzącymi.

Jednak najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na najbliższy czas jest dalsza eskalacja politycznego sporu i obejmowanie nim kolejnych obszarów. Antoni Dudek zauważa np., że dziś prawie nikt nie mówi otwarcie o polexicie. – Dlaczego? Bo 80 proc. Polaków jest po stronie Unii. Ale to się może zmienić, bo proces wrogości do UE rośnie i w końcu ktoś powie, że polexit jest konieczny. To będzie złamanie kolejnego tabu – zapowiada.

Olgierd Annusewicz zaznacza, że konflikt będzie eskalował, dopóki będzie się to politycznie opłacać. Podobnie sądzi prof. Dudek. – Do niedawna myślałem, że na końcu tego procesu jest wojna domowa, ale teraz uważam, że niekoniecznie. To może być stan permanentnego podkręcania, aż do momentu zmęczenia społecznego. Może przyjść taki dzień, w którym ludzie uznają, że już mają dość: że są zmęczeni tym poziomem agresji. Że trzeba popierać polityków bardziej umiarkowanych, którzy będą unikali wyzywania się czy oskarżania. Wtedy partia kompromisu, której dziś nie ma, może otrzymać na tyle duże poparcie, że bez niej żadna ze stron nie będzie miała większości. I nagle się okaże, że trzeba stosować łagodniejszą agendę, bo to jest premiowane – mówi.

Jego zdaniem sygnałem, że takie zjawisko się pojawia, jest renesans popularności Aleksandra Kwaśniewskiego, polityka umiarkowanego. – Może to pierwszy znak myślenia o polityce nie wyłącznie jako o sztuce hejtowania i dołowania przeciwnika, tylko dogadywania się i inteligentnego sporu – zastanawia się politolog.

Innym możliwym finałem polsko-polskiego sporu jest zaostrzenie sytuacji wojennej. Że jest to czynnik godzący, mogliśmy zaobserwować już w 2014 r., gdy po zajęciu przez Rosję Krymu Jarosław Kaczyński zaczął się pojawiać na zwoływanych przez premiera Tuska naradach w sprawie bezpieczeństwa, które wcześniej bojkotował, takich jak posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

– Jeśli miałbym wybierać między konfliktem zbrojnym albo ostro spolaryzowaną polską polityką, to wolę jednak to drugie – komentuje Annusewicz.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Krótka historia pojednania