Dwanaście miesięcy temu wyborcy przekazali władzę koalicji PO-Trzecia Droga-Lewica. Donald Tusk porównał w exposé jej zwycięstwo do przełomu roku 1989. Przekonywał, że 15 października 2023 r. przejdzie do historii jak daty powstania Solidarności i pierwszych, częściowo wolnych wyborów z 1989 r. Mit jak mit: wielkie zerwanie, tryumf społeczeństwa nad monopartią i przywrócenie wpływu na rzeczywistość obywatelom, którzy w poprzednim systemie utrzymywani byli w marazmie i beznadziei.
Wymagało to nazwania październikowych wyborów „buntem na rzecz wolności i demokracji”. Jak gdyby Polacy zrzucili obce jarzmo, tocząc walkę na ulicach. Skojarzenia z odzyskaniem niepodległości, demokratyczną transformacją i nowym początkiem, podobnie jak rola, którą przypisano w tej opowieści poprzednikom z PiS-u – nowego PZPR-u albo zaborczej i okupacyjnej władzy – były jasne.
„15 października nastąpiło wielkie Polaków odrodzenie. Szczęśliwej Polski już czas” – kończył swoje wystąpienie nowy premier. Dziś – po konwencji KO, na której padła zapowiedź zmian polityki migracyjnej – można już zapytać: czy na pewno?
Populizm Tuska, populizm Kaczyńskiego – czy są różnice?
W 12 miesięcy po wyborczym zwycięstwie koalicji 15 X widać, że mamy nie zerwanie, lecz kontynuację. Rok 2023 nie był przełomem, lecz zmianą kostiumów. I choć to prawda niezwykle trudna do przyjęcia dla sympatyków nowej władzy, pora, by to przyjąć do wiadomości: po 15 października wydarzyło się tyle, że rządząca PO upodobniła się do PiS, a PiS w opozycji – do PO. Platforma przejęła sporą część socjalnej i gospodarczej agendy poprzedników. PiS przeciwnie – krytykuje to, co sam niegdyś wdrażał (od dużego deficytu, przez reformy wymiaru sprawiedliwości i politykę historyczną, na dopłatach do kredytów skończywszy).
Całość przełomu opiera się na tym, że dziś Tusk realizuje na swój sposób agendę Kaczyńskiego. Populizm antyliberalny został zastąpiony jego liberalnym wcieleniem. Pod względem programu, metod i aksjologii rządzenia mamy do czynienia z kontynuacją rozpoczętych po 2015 r. zjawisk – dobrych i złych.
W najogólniejszym zarysie: władza (i za PiS, i za PO) rozszerza programy socjalne i strzeże naszego bezpieczeństwa przed putinowskim i imigranckim zagrożeniem, przekonując, że twardo broni polskiego interesu i jest asertywna wobec zagranicznych partnerów (Brukseli, Berlina i Kijowa). W kwestiach transformacji energetycznej czy wdrażania zielonych rozwiązań płynie biernie gdzieś obok (choć nie wbrew) głównego nurtu. A w kwestiach inwestycji i bezpieczeństwa polega na dobrej woli amerykańskiego hegemona.
PO jak PiS czerpie legitymację do rządzenia z populistycznej obietnicy reprezentacji „ludu” / „obywateli” przeciwko złym i skorumpowanym elitom, które służą obcym (niemieckim, rosyjskim, brukselskim...) interesom. Każda z obu partii przekonuje, że stanowi ostateczną linię obrony przed utratą rzeczy dla Polaków najważniejszych: suwerenności, wolności i demokracji. Obu nieobca jest zasada, że gdy chodzi o sprawy polityki wewnętrznej, rządzi prawo, ale... prawo silniejszego.
Bo też jednym i drugim przyświeca przekonanie, że działają w sytuacji nadzwyczajnej, a konieczność ratowania polskiej suwerenności/demokracji wymaga działań, które mogą iść wbrew prawu, przyjętym procedurom czy obyczajom. „Wola suwerena” czy „obrona demokracji” są przecież równie dobrym – albo złym – powodem, by działająca w imię najwyższych wartości władza nie musiała dać się skrępować gorsetem prawa. Jedni mówią „demokracja suwerenna”, inni „demokracja nieliberalna”. Premier mówi „demokracja walcząca” i chodzi mu z grubsza o to samo.
Spór o to, kto jest tu „gorszy”, zapędza się dalej czy narusza standardy w sposób bardziej wulgarny, nie jest wcale najciekawszy. Przecież i tak odpowiedź na pytanie, kto łamie prawo, a kto je przywraca, będzie uzależniona od politycznych sympatii odpowiadającego. Ciekawsze jest co innego. Dlaczego zamiast przełomu widzimy zmianę kostiumów oraz co doprowadziło do tego, że dziś pozycjonujące się na antypodach polityki PO i PiS są sobie w gruncie rzeczy tak bliskie? Bo stwierdzenie, że Tusk to najwierniejszy kontynuator filozofii polityki Kaczyńskiego, jest nie aktem oskarżenia, lecz stwierdzeniem oczywistego faktu.
PO i PiS – lista podobieństw
Ktoś ma wrażenie, że to nieprawda? Dowody są przecież na stole. Budowa CPK, kontynuacja i rozwój świadczeń społecznych (800+ i aktywny rodzic), podwyżka płacy minimalnej i polityka dużego deficytu budżetowego, największe w Europie inwestycje w zbrojenia, sprzeciw wobec zapisów Zielonego Ładu i ochrona polskiego rolnictwa, militaryzacja granicy i tama dla „nielegalnej migracji”, dopłaty do kredytów mieszkaniowych, a na deser odbudowa Pałacu Saskiego – to tylko fragment listy wspólnych punktów programowych poprzednich i aktualnych rządów.
Koalicja PO-Trzecia Droga-Lewica realizuje i rozwija niejeden sztandarowy program PiS, czasami nawet mimo tego, że wcześniej (jak CPK czy 800+) obiecywała je zlikwidować. Model rozwojowy, z jakim zostawiał Polskę premier Morawiecki, pozostał niewzruszony – choć bogatszy o podwyżki płac w sektorze publicznym, a uboższy o wielką inwestycję Intela, amerykańskiego producenta procesorów, który odłożył plan budowy fabryk w Europie na półkę.
Podobieństwa dotyczą jednak nie tylko kształtu programu, ale i samego sposobu rządzenia. Publiczne reprymendy dla szefów placówek kultury i układanie programu muzeów za pomocą wpisów ministra w mediach społecznościowych. Brak konkursów w spółkach Skarbu Państwa czy publicznych instytucjach. Odwoływanie prokuratora przez premiera na konferencji prasowej. Przejęcie mediów prawnym fortelem i oddanie całych anten dziennikarzom i publicystom jednoznacznie sprzyjającym władzy. Ocierające się o granicę śmieszności deklaracje i pokazy siły ministra obrony.
Dalej: zarzucanie przeciwnikom współpracy z Rosją i zdrady narodowej pomimo faktycznej zgodności w sprawach polityki bezpieczeństwa. Pokazowe aresztowania. Medialne i propagandowe wykorzystanie komisji śledczych. Ciągnące się miesiącami audyty czy postępowania, które mają ujawnić skalę korupcji poprzedników – nawet jeśli nie kończą się zarzutami. Wreszcie: dość uznaniowy stosunek do praworządności. To znaczy: „praworządne jest to, co uznamy za praworządne”.
Ktoś szczególnie złośliwy mógłby dodać, że aborcji i związków partnerskich nie ma tak samo, jak nie było ich pięć lat temu, barierki i kordony policji potrafią odgrodzić Sejm od suwerena, obywatelskie projekty ustaw lądują w zamrażarce, a jedyną instancją, która jest w stanie postawić granicę rządzącym Polską ugrupowaniom, jest amerykańska ambasada. Słowem: panorama rządów w Polsce 12 miesięcy po wyborach nie przypomina historycznego przełomu, jaki zapowiadał w exposé Donald Tusk. Bardziej rewers tej samej monety.
Kiedy skandale i nadużycia władzy powszednieją
Przyciśnięci przez dziennikarzy politycy koalicji – choć niekoniecznie sam premier, bo on z rzadka słyszy trudne pytania ze strony największych polskich redakcji – tłumaczą, że tak muszą. I – nie bez racji – wskazują, że ustrojowo-prawnego węzła gordyjskiego, jaki zostawili im poprzednicy, nie da się rozwiązać elegancko. By się z nim uporać, potrzebują miecza.
„Nie dojdziemy do wolności przez łamanie prawa, ale przez jego przestrzeganie” – cytował Romualda Traugutta jeszcze niecały rok temu Donald Tusk. Nie trzeba było wiele czasu, by doszedł do wniosków zgoła przeciwnych.
„Jeśli chcemy przywrócić ład konstytucyjny oraz fundamenty liberalnej demokracji, musimy działać w kategoriach demokracji walczącej. Oznacza to, że prawdopodobnie nie raz popełnimy błędy lub podejmiemy działania, które według niektórych autorytetów prawnych mogą być nie do końca zgodne z literą prawa, ale nic nie zwalnia nas z obowiązku działania” – ogłosił we wrześniu 2024 r. na spotkaniu z prawnikami dotyczącym... przywracania praworządności właśnie. Wbrew słowom z grudnia (i wbrew Trauguttowi) okazuje się, że dojście do wolności nie prowadzi przez przestrzeganie prawa, a wymaga działań „nie do końca z nim zgodnych”.
Premier i ministrowie mówią, że w sytuacji prawnego zamętu i niejasności nawet co do tego, który sąd jest sądem, a która nominacja sędziowska czy wyrok podlega podważeniu, trudno im rządzić zgodnie ze standardami. W związku z tym Donald Tusk musi zyskać prawo do „wycofania kontrasygnaty” (cokolwiek to znaczy), a media publiczne można przejąć za pomocą ich likwidacji. Prezesowi NBP można zagrozić Trybunałem Stanu, a przeciwników nękać speckomisjami. Konstytucyjne uzasadnienie tych działań przyjdzie później – gdy nastanie prawdziwa, to znaczy oczyszczona z wrogów demokracja. Na pewno nie zabraknie po drodze prawników, którzy przedstawią korzystne dla rządzących wykładnie.
Nie da się ukryć, że to formuła wygodna. Każda demokracja „przymiotnikowa” – „suwerenna”, „nieliberalna”, „walcząca” – uzasadnia swoje działania wyjątkowymi okolicznościami. Zazwyczaj jednak nie oddaje później kompetencji i narzędzi, które pozyskała na potrzeby trybu nadzwyczajnego. To, co było podyktowane stanem nagłej konieczności, wchodzi do rutyny rządzenia. A skandale i nadużycia prawa, które jeszcze wczoraj budziły olbrzymie kontrowersje i protesty – powszednieją.
Kiedy więc rządzący mówią, że zostali postawieni w sytuacji permanentnego kryzysu konstytucyjnego i sporu o kompetencje – wcale nie kłamią. Zarazem jednak nie mówią całej prawdy, bo wprowadzony przez poprzedników model okazał się dla nich użyteczny. A formuła „demokracji walczącej” sprawdza się – zresztą nie tylko w odniesieniu do walki „z wrogami demokracji”.
Co zmienił polski cud gospodarczy
Jest jednak ważniejsza przyczyna podobieństwa działań dzisiejszej koalicji do tych z lat 2015-2023. Ten kierunek wyznacza dziś główny nurt polskiej polityki. A płynie on – nie będzie to wielkie zaskoczenie – innymi torami, niż gdy Donald Tusk zostawał premierem po raz pierwszy, w roku 2007. I chyba inaczej, niż on sam mógł sobie wyobrażać, zanim na dobre wrócił do krajowej polityki.
Od czasów, gdy Tusk opuścił Polskę (czym dołożył się do porażki swojego obozu), do czasów, gdy do niej wrócił (i poświęcił się wygranej nad PiS-em), wydarzyła się w kraju mała społeczna rewolucja. Można ją nazwać rewolucją aspiracji. Najwyższy wzrost płac realnych w Europie, najmniejsze bezrobocie, najszybsze odbicie po pandemii, zagraniczne inwestycje, największa wśród państw rozwiniętych redukcja ubóstwa dzieci. Gospodarczy cud, który zaklinali ojcowie założyciele III RP, się spełnił, zarazem grzebiąc ich ideologię: oszczędności budżetowych, państwa minimum, prywatyzacji, cięcia „socjalu” i abdykacji z polityki przemysłowej.
Za tym sukcesem poszedł także spodziewany wzrost społecznych oczekiwań. Rewolucja aspiracji polega na tym, że gospodarczy sukces obudził żądanie podmiotowości i sprawczości państwa. Być może na odwrót niż w powojennych gospodarkach kapitalistycznej Europy, uznaliśmy, że dobre instytucje i ambitną politykę publiczną będziemy tworzyć dopiero po uzyskaniu zamożności. Ale skoro ów poziom zamożności się zbliża, to pragniemy władzy bardziej sprawczej i podmiotowej.
Tak centrum polityki przesunęło się w lewo w sprawach gospodarczych i społecznych. To znaczy, nie tylko świadczeń społecznych i „socjalu” – choć rzeczywiście PiS wprowadzając program 500+ dokonał przełomu. W ostatniej dekadzie Polska polityka ekonomiczna przesunęła się w lewo także w tematach redystrybucji, dużych publicznych inwestycji, protekcjonizmu i opiekuńczej roli państwa.
Władzę w naszym kraju zdobywa się dziś nie głosząc postulatów „państwa minimum”. Takiego, które ogranicza się do efektywnej transmisji unijnych środków do samorządów i raz na jakiś czas podejmie się organizacji historycznej rocznicy. Przeciwnie: w zapowiedziach ze „100 konkretów”, a jeszcze bardziej w praktyce rządzenia Tusk rozwija model państwa bardziej niż kiedyś aktywnego i hojnego.
Nie jest przypadkiem, że ten rząd ma rekordowo duży deficyt, zapowiada budowę „najsilniejszej armii w Europie” i snuje wizje organizacji igrzysk olimpijskich w Warszawie. Jest obecny w sprawach wielkich (armia, rozwój i cywilizacyjne skoki) oraz małych. Dowiódł tego nie tylko kryzys powodziowy i spektakl jednoosobowego zarządzania kryzysowego przez premiera w sztabie we Wrocławiu.
W innych sytuacjach – zagrożeń dla zdrowia, bezpieczeństwa na granicy, a ostatnio nawet rozwoju sztucznej inteligencji – rząd reaguje natychmiastowymi zapowiedziami kolejnych programów dopłat, publicznych interwencji i tworzeniem nowych instytucji. Jak by na to nie patrzeć: nie jest to państwo minimum czy liberalna antyteza PiS-owskiego „rozdawnictwa i etatyzmu”.
Wstawanie z kolan według Tuska
Ale to nie jedyny sposób, w który zmieniła się nasza polityka. Bo równocześnie z odbiciem w lewo w sprawach gospodarczych doszło do odbicia w prawo w sferze tożsamości narodowej, patriotyzmu i kwestiach godnościowych. Bez zrozumienia tego nie sposób w pełni pojąć podobieństw polityk PiS i PO.
Dziś „wstawanie z kolan” nie jest już obiektem kpin, ale przyprawą, bez jakiej nawet liberalno-lewicowy rząd nie jest w stanie sobie poradzić. I nie chodzi tylko o fakt, że dziś PO nawet nie przychodzi do głowy stawianie nowych wersji orła z czekolady. Przeciwnie, musi prowadzić własną politykę historyczną (choćby przez nominacje). Musi także, retorycznie, domagać się reparacji albo zadośćuczynienia od Niemiec oraz walczyć z Kijowem o pamięć rzezi Wołynia. Konieczne jest także mocne podkreślanie tego, że możemy i powinniśmy być miejscem lokalizacji najważniejszych inwestycji, odgrywać coraz mocniejszą pozycję w Europie i być drogowskazem polityki wschodniej.
Dlatego premier Tusk objeżdża Europę przestrzegając przed „czasami przedwojennymi”, minister Sikorski zawstydza rosyjskiego ambasadora w ONZ, a szef MON-u Kosiniak-Kamysz mówi, że mamy większą armię niż Francja. Po 24 lutego 2022 r. rząd RP nie może sobie pozwolić na cień wątpliwości w sprawie tego, gdzie stoi – nawet jeśli ceną jest przesada, patos i pustosłowie.
Więcej nawet: nie tylko musi mówić, ale i działać. Jak w sprawie migrantów – wobec których zresztą premier Tusk, również jako szef Rady Europejskiej, nigdy nie miał specjalnie miękkiego serca. Swoje intuicje z lat 2015-2016 – że zgoda na migrację oznacza tryumf skrajnej prawicy i koniec liberalnej Europy – przekuł w wyrazistą doktrynę. Rządy PO – pomimo setek przykładów prawicowej propagandy o tym, jak „Tusk zaleje Polskę migrantami na rozkaz Berlina” – prowadzą w tej kwestii politykę surowszą niż poprzednicy.
Bezpieczeństwo wiąże się z aspiracjami polskiego społeczeństwa w sposób dość jednoznaczny. Chcemy poziomu życia jak na Zachodzie, bez zagrożeń czy patologii, które na tym samym Zachodzie (jako turyści lub migranci zarobkowi) widzieliśmy. To oczywiście przepis na opiekuńcze państwo narodowe. Czyli agendę, którą PiS realizował otwarcie, a Platforma deklarując dystans wobec narodowego szowinizmu i antyzachodnich odruchów.
Wizje premiera Tuska
To rewolucja aspiracji Polaków i skuteczność modelu PiS spowodowały, że dziś rząd jest tam, gdzie jest. Prowadząc politykę, nawet jeśli wciąż liberalną, to w coraz bardziej opiekuńczym kostiumie. Walcząc na co najmniej kilku polach – bezpieczeństwa ekonomicznego, kulturowego i militarnego.
„Demokracja walcząca” ma więc więcej niż jeden wymiar. Nie tylko bowiem chodzi o bój o standardy i przeciwko zagrożeniom dla państwa prawa. Widzimy także militaryzację kolejnych sfer działania państwa – choćby w kwestii obrony granicy czy zwalczania skutków powodzi – ale i spektakl walki silnego premiera z kolejnymi patologiami.
Ten mechanizm wielokrotnie – także i na tych łamach – opisano. Premier w reakcji na prawdziwe lub widmowe zagrożenia – fentanyl, szabrownictwo, alkotubki – zwołuje konferencje prasowe (a jeszcze częściej: nagrywa filmiki do internetu). Zapowiada zdecydowane działania i surowe konsekwencje. Nowe prawo powstaje z dnia na dzień, a ministrowie zostają (czasem dosłownie) poderwani do roboty.
Zanim ktokolwiek zdąży się merytorycznie zająć problemem – problem zostaje, przynajmniej na poziomie politycznego spektaklu, rozwiązany. Cały cykl można zaczynać od nowa. To wyścig o sprawczość, w którym premier goni horyzont oczekiwań swoich wyborców, ale i mit sprawnego PiS-u. Który niezależnie od tego, co faktycznie robił lub czego nie robił, cieszył się wizerunkiem partii, która „dowozi”. 500+, wyższe pensje, pomoc Ukrainie, zbrojenia? Proszę bardzo!
Ten sam premier zaś, który niegdyś ludzi posiadających wizję wysyłał do lekarza, sam inicjuje dziś prawdziwą wizjonerską licytację. Największa armia w Europie! Nie jeden CPK, a „trójskok w nowoczesność”! Igrzyska w Warszawie! Polska szczęśliwa, którą zapowiadał, nie jest w stanie wyżywić się uśmiechem ani rozruszać paliwem rozliczeń. Potrzebuje wizji, sprawczości i podmiotowości. Nawet to jednak dowodzi, że obudzonych oczekiwań nie da się wygasić.
Donald Tusk zawsze był politykiem, który starał się iść środkiem drogi. Płynąć głównym nurtem, nie bijąc się z polską kulturową formą i nie popełniając błędów poprzedniej generacji liberałów, którzy chcieli rodaków na nowo wychować. Dziś środek polskiej drogi jest daleko na lewo od dawnej PO w sprawach gospodarczych, i podobnie daleko na prawo w temacie godności, suwerenności i tożsamości narodowej. Tylko premier jest wciąż mniej więcej tam, gdzie zawsze był.
Wyborcy dali PO mandat nie po to, by ufundowała „rok zero” i unieważniła wszystko, co w ostatnich ośmiu latach zrealizował PiS. Raczej, by PO dowiodła swoich kompetencji. By zrobiła nawet to samo, byle lepiej. I aby nikt nie opowiadał po latach w jej imieniu: „byliśmy głupi”.
Jak powiedział jeden z badaczy polskiej opinii publicznej w ostatnim roku rządów PiS, „polscy wyborcy chcą partii takiej jak PiS, która będzie rządziła z programem partii Kaczyńskiego i kontynuowała to wszystko, tylko bez tych wszystkich pisowskich twarzy z telewizji, za które trzeba się wstydzić”. I właśnie to dostali.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















