Scenariusze dla Polski. Czy po wyborach prezydenckich rozpęta się piekło?

Rezultat wyborów prezydenckich może mieć większe znaczenie niż tych z jesieni 2023 roku. I to niezależnie od tego, czy uda się je przeprowadzić spokojnie, bez prawnych turbulencji, czy też przyczynią się one do dalszej dezintegracji polskiego społeczeństwa.
Czyta się kilka minut
Karol Nawrocki przed spotkaniem w Radiu Plus. Warszawa, 9 stycznia 2025 r. // Fot. Tomasz Radzik / East News
Karol Nawrocki przed spotkaniem w Radiu Plus. Warszawa, 9 stycznia 2025 r. // Fot. Tomasz Radzik / East News

Znamy co prawda datę wyborów prezydenckich, ale nie wiemy, czy ich wynik zaakceptują wszystkie siły polityczne oraz w jaki sposób zostanie ostatecznie podjęta decyzja o uznaniu ich legalności. W tej sprawie ma zdecydować Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w Sądzie Najwyższym, stworzona przez PiS i obsadzona życzliwymi mu neosędziami. Co prawda marszałek Szymon Hołownia zaproponował projekt ustawy, wedle którego o ważności wyborów miałby zdecydować cały SN, ale nie ma on żadnych szans na wejście w życie.

W obozie Koalicji Obywatelskiej najwięcej obaw budzi scenariusz, w którym kwestionowana Izba pod jakimś pretekstem unieważni wybory w razie wygranej Rafała Trzaskowskiego. Jednak ta perspektywa nie do końca jest korzystna dla PiS i Karola Nawrockiego, bo oznacza, że 6 sierpnia obowiązki prezydenta (łącznie z prawem do podpisywania ustaw) przejmie na dłuższy czas marszałek Hołownia. Jest też możliwość, że wybory minimalnie wygra Nawrocki, a wiadoma izba SN uzna je za ważne, odrzucając protesty większości parlamentarnej. Wówczas KO posłuży się zapewne argumentem o niekonstytucyjności Izby Kontroli i decyzji neosędziów. Wtedy istotną rolę do odegrania będzie miał Hołownia, który zorganizuje lub nie zaprzysiężenie Nawrockiego, stawiając być może swoje warunki przed podjęciem decyzji.

Jeśli wybory prezydenckie wygra Trzaskowski

Zostawmy jednak na boku najgorsze scenariusze i na początek przyjmijmy, że majowe wybory zostaną formalnie rozstrzygnięte, a wygra w nich obecny faworyt Rafał Trzaskowski. Wtedy z kopyta ruszy proces domykania zmian, jakie zapoczątkowało powołanie rządu Donalda Tuska, pamiętającego dobrze ohydne nagonki, prowadzone przez żołnierzy Jarosława Kaczyńskiego.

Marcin Duma, prezes agencji badawczej IBRiS, uważa, że po ewentualnym zwycięstwie obecnego prezydenta Warszawy rozliczenia z PiS nadal będą jednym z kluczowych elementów strategii premiera, ale większą rolę odegrają tu sądy, o ile koalicji uda się spełnić obietnicę uporządkowania najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości. Wówczas sędziowie i prokuratorzy zyskaliby większy spokój – dziś oglądają się za siebie, nie wiedząc, kto naprawdę ma w ich środowisku władzę, oraz obawiając się, że do rządzenia powróci poprzednia ekipa. Zbytnia nadgorliwość na polu rozliczeń z PiS mogłaby skończyć się szykanami, np. przeniesieniem do odległych ośrodków.

Z Trzaskowskim w Pałacu nie będzie problemu z przeprowadzeniem zmian legislacyjnych, które blokował Andrzej Duda. Uchwalona zostanie nowa ustawa o KRS i SN, rozwiązująca problem neosędziów, Trybunał Konstytucyjny wyjdzie z paraliżu, Rada Mediów Narodowych ulegnie likwidacji, a prezydent straci uchwalone przez PiS rzutem na taśmę uprawnienia, choćby przy wyborze prokuratora krajowego. Nie będzie już żadnych przeszkód, by realizować główne obietnice wyborcze.

Niepokój budzą jednak słabe notowania rządu; zwycięstwo Trzaskowskiego oczyściłoby więc złą atmosferę, a dla większości społeczeństwa, nie angażującego się na co dzień w politykę, stałoby się sygnałem stabilizacji. – Tyle że nie będzie już wtedy na kogo zrzucać winy i opowiadać, jak to Polska by się rozwijała, gdyby nie ten hamulcowy Duda, który zresztą podpisał wielokrotnie więcej ustaw niż zawetował – przypomina prezes IBRiS.

Duma nie obawia się, że nikła porażka Nawrockiego wywoła niepokoje społeczne (przy scenariuszu nieuznania wyborów przez partię Kaczyńskiego). – Mieliśmy już podobne zdarzenia w przeszłości, jak kwestionowanie zwycięstwa Kwaśniewskiego nad Wałęsą albo Dudy nad Trzaskowskim. Takie wzmożenia w końcu się wypalają, tak jak obrona przez PiS Kamińskiego i Wąsika albo protesty w Sejmie, gdy ta sama partia demolowała system prawny. Nie do końca jednak wiemy, co się stanie, jeśli Izba Kontroli w SN orzeknie, że wybory nie były równe; to może rozhuśtać nastroje. Społeczeństwo jeszcze bardziej się zdezintegruje, rozdarte między dwa ekstremizmy, w dodatku cisnące na polityczne centrum, by jasno się opowiedziało za którąś ze stron.

Demony arogancji

Prof. Jarosław Flis, socjolog z UJ, jest zdania, że po ewentualnym zwycięstwie Trzaskowskiego koalicja zderzy się z dwiema reakcjami jej elektoratu. – Ci najbardziej radykalni będą przeć do jeszcze mocniejszego dociśnięcia PiS, a ludzie mniej zaangażowani, którzy po prostu nie chcą powrotu starego układu, będą uważać, że są sprawy ważniejsze i koalicja ma się wreszcie nimi zająć. Premier zaś powinien przestać patrzeć do tyłu i zostawić te sprawy władzy sądowniczej. Dziś Tusk i KO wchodzą w buty swych poprzedników, uważając, że skoro są u władzy, to mogą wszystko.

Zdaniem prof. Flisa ciągłe powtarzanie, że walczy się z demonem, uruchamia własne demony, np. arogancji. Widać to choćby przy sprawie PKW, gdzie wyrazicielem stanowiska rządzących stał się obciążony polityczną przeszłością Ryszard Kalisz, były minister spraw wewnętrznych w niesławnym rządzie Marka Belki.

Jaką ostatecznie politykę zastosuje koalicja wobec PiS, zależy od tego, co w kampanii zrobi Trzaskowski. Jeśli przyjmie strategię „na miękko” i wygra wybory, to zwycięży drugi scenariusz. Jeśli odniesie sukces strategią „na twardo”, będzie to sygnał, że aktualną linię trzeba utrzymać. – Na takie pomysły trzeba jednak uważać, bo jeśli koalicja będzie działać wedle zasady: „słychać wycie? znakomicie”, to może w końcu podzielić losy PiS – uważa Flis, przewidując jednocześnie, że w przypadku układu, w którym prezydent i premier są z tego samego ugrupowania, Tusk może bardziej naciskać na koalicjantów, co zrodzi nowe napięcia. Ich poziom będzie zapewne zależeć od wyniku kandydatów Trzeciej Drogi oraz lewicy w pierwszej turze.

Przy założeniu, że wybory wygrywa Trzaskowski, ważnym elementem będzie też skala przewagi nad Nawrockim. Przy nieznacznej – możemy zderzyć się z nieuznaniem wyniku wyborów przez PiS, np. wtedy, gdyby partia sugerowała fałszerstwa, została rzeczywiście pozbawiona funduszy i próbowała dowodzić, że Nawrocki nie miał równych szans, a kwestionowana izba w SN stanęłaby po jego stronie.

Jeśli jednak nie dojdzie do paraliżu decyzyjnego, to w scenariuszu wygranej Trzaskowskiego PiS znalazłby się w defensywie. Może się nawet obawiać, że Tusk będzie chciał doprowadzić do takiego osłabienia tej formacji, by już więcej nie mogła rządzić, a może nawet się rozpadła. Ewentualne zwycięstwo PiS w kolejnych wyborach oznaczałoby niechybnie odwrócenie wahadła, i to w radykalny sposób. Z zapełnianiem więzień politykami KO włącznie.

Po wyborach możliwe są różne koalicje, niektóre mocno zaskakujące

To jednak odległy scenariusz. Najskuteczniejszym sposobem przetrwania PiS przy prezydencie z KO byłoby namówienie ugrupowań tworzących Trzecią Drogę do „zdrady” Tuska. Dziś jest to „political fiction”. Nikt nie jest tym zainteresowany, gdyż obecny sojusz doszedł do władzy na fali ostrej krytyki PiS. Elektorat KO, Polski 2050 i lewicy, a w nieco mniejszym stopniu PSL, jest przepełniony głęboką niechęcią do formacji Kaczyńskiego i stosowanych przez nią metod podczas 8-letnich rządów.

Wizja ta jest nierealna też dlatego, że prezes PiS buduje tożsamość partii na konflikcie z całym światem, więc represje ze strony rządzących mogą być w przyszłości korzystne. Kłopot w tym, że ciężko sobie wyobrazić, by PiS kiedykolwiek odzyskał pełną większość w Sejmie. Kaczyński od formacji z nim współpracujących wymaga podzielania jego wizji państwa, co kończy się zwykle anihilacją tych, którzy się na tę współpracę zdecydują. Wie to Konfederacja i PSL, który pamięta, jak PiS tępił ludowców, przejmując większość ich elektoratu na wsi.

W przypadku polityków i wyborców lewicy trwała wojna z PiS to „oczywista oczywistość”, ale i dla elektoratu Polski 2050 jakiekolwiek konszachty z PiS byłyby nieakceptowalne. – To jest niemożliwe – potwierdza wiceminister obrony Paweł Zalewski, zresztą dawny polityk PiS i PO. – Szliśmy do wyborów, jak cała nasza koalicja, z jasnym hasłem odsunięcia Kaczyńskiego od władzy.

– Moje wartości moralne i zasady są skrajnie odmienne od postaw ludzi PiS. Nikt u nas nie byłby w stanie współpracować z nimi – przekonuje też szef klubu parlamentarnego Polski 2050 Paweł Śliz.

Czasem w polityce dzieją się jednak rzeczy niespodziewane. Przecież przed wyborami w 2005 r. nikt nie oczekiwał koalicji PiS z Samoobroną i LPR. Dlatego trudno wykluczyć sytuację, w której po wygranej Trzaskowskiego PiS znajdzie się z czasem w tak głębokiej defensywie, iż zaproponuje warunki w normalnych okolicznościach nieakceptowalne. Na przykład premiera z PSL, Hołownię jako marszałka Sejmu do końca kadencji, akceptując też brak wpływu na resort sprawiedliwości czy służby specjalne.

Ten scenariusz ma jednak minimalne szanse, by się ziścić, choć argumentem w przypadku Trzeciej Drogi może być dzisiejsza polaryzacja, która działa przeciwko mniejszym ugrupowaniom. Mogą więc pojawić się argumenty, że paradoksalnie wejście w koalicję z PiS będzie jedynym sposobem na przezwyciężenie duopolu. Zresztą poseł PiS i były rzecznik partii Radosław Fogiel twierdzi, że jego ugrupowanie jest w stanie porozumieć się z każdym, komu zależy na Polsce i Polakach. Tyle że dla zawarcia takiego układu konieczne byłoby odejście na emeryturę Kaczyńskiego, z którym zdecydowana większość naszego świata politycznego nie ma ochoty uczestniczyć w żadnych grach. Co ciekawe, niejeden działacz PiS zdaje sobie z tego sprawę; można nawet usłyszeć głosy o istnieniu w partii grupy zainteresowanej porażką Nawrockiego, która chce ją wykorzystać do obalenia Kaczyńskiego i wymuszenia zmiany pokoleniowej.

Jeśli wybory prezydenckie wygra Nawrocki

Zdecydowana większość polityków PiS jest jednak zdania, że do zmiany układu w obecnym Sejmie może dojść tylko po zwycięstwie Nawrockiego. Posłowie KO przyznają nawet, że jego sukces oznaczałby dla nich polityczną katastrofę. W tej sytuacji mogą przychylić się do idei przyspieszonych wyborów parlamentarnych, by ograniczyć straty.

Marcin Duma nie uważa, by ewentualne zwycięstwo Karola Nawrockiego oznaczało rewolucję na politycznej scenie. – Nie grozi nam chaos, choć na pewno wybrany w powszechnych wyborach prezydent reprezentujący PiS będzie sygnałem, że wraca stare, a rząd nie zdąży wykazać się sprawczością i naprawić wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza zakończyć paraliżu w Trybunale Konstytucyjnym i konfliktu wokół Sądu Najwyższego, gdzie ma zapaść decyzja certyfikująca wynik wyborów – przypomina prezes IBRiS. Jego zdaniem nie wiadomo, jak wtedy postąpiłaby wobec nas Komisja Europejska, dziś dająca Tuskowi w kwestii wymiaru sprawiedliwości spory kredyt zaufania. Nie wiadomo też, co przy takim klinczu stanie się z aspiracjami Polski, by odgrywać większą rolę w Europie, jak zostanie rozwiązany konflikt o nominacje dla ambasadorów, a przede wszystkim – jak spójna okaże się koalicja rządząca.

Zdaniem prof. Flisa, zwycięstwo Nawrockiego może zmusić premiera do otrzeźwienia i zmiany strategii, kosztem polityki w stylu „jeszcze więcej tego samego”. Choć na razie nie wygląda na to, by Tusk miał jakiś plan B, to w przyszłości może być zmuszony znaleźć swojego następcę w KO lub oddać gabinet Kosiniakowi-Kamyszowi (równocześnie kuszonemu przez PiS), który będzie starał się o coś na kształt rządu zgody narodowej, dogadującego się jakoś z nowym prezydentem. – Scenariusza przejścia Kosiniaka na stronę Kaczyńskiego nie przewiduję. W koalicji musiałoby być bardzo źle, aby PSL poszedł w ramiona PiS, jak mucha na spotkanie z pająkiem. Poza tym w partii Kaczyńskiego nie ma żadnej refleksji, że w czasie 8-letniej epoki u władzy zrobili coś źle. Deklaracje, że żałują niewystarczającego uśmiechania się do PSL i Konfederacji, trudno uznać za szczere. Ta mentalność utrudnia sojusze – uważa socjolog z UJ.

Politycy PiS wierzą jednak, że koalicja rządząca, pozbawiona możliwości uchylania wet Nawrockiego, straci poparcie, impet i wiarę w utrzymanie władzy. W związku z tym koalicjanci Tuska z PSL mogą zmienić front choćby dlatego, by nie „iść z nim razem do więzienia”. Wtedy możliwa byłaby zmiana sojuszy nawet w obecnym Sejmie; w tym kontekście najczęściej wskazuje się na układ PiS-Konfederacja-PSL. – Do ich elektoratów i dołów partyjnych jest nam blisko, natomiast z establishmentem poselskim bywa różnie. Jeśli wygra Nawrocki, będzie to sygnał wielkiej słabości Tuska i kompromitacji jego misji ledwie po półtora roku. Racjonalnie będzie go opuścić – mówi poseł PiS Zbigniew Kuźmiuk, zresztą dawny polityk PSL.

W PiS twierdzą, że od niektórych posłów PSL otrzymują już sygnały, że wspólna koalicja jest dopuszczalna. – Teraz na pewno nie wchodzi to w rachubę, ale w polityce nigdy nie mówi się nigdy – przyznaje poseł Marek Sawicki, który wśród ludowców uchodzi za najbardziej sceptyczną osobę wobec obecnego układu sojuszy.

W KO wielu dobrze pamięta, iż PSL w przeszłości był tzw. partią obrotową, potrafiącą odnaleźć się w różnych konfiguracjach, i nawet teraz dla pewnej części PSL wariant koalicji z PiS mógłby okazać się atrakcyjny, gdyby obecny układ popadł w totalny kryzys sondażowy. – U nich wciąż aktualne jest powiedzenie: „Kto wygrał wybory? Nasz koalicjant” – mówi jeden z posłów KO, dodając, że partyjne doły PSL są konserwatywne (przeciwne aborcji i związkom partnerskim) oraz pazerne na władzę, więc mariaż z Kaczyńskim umiałyby sobie zracjonalizować. Tym bardziej w sytuacji, jeśli premierem miałby zostać ktoś z PSL. – Dla wielu kluczowych polityków PSL byłoby to obraźliwe, ale dla aktywu terenowego już nie – przyznaje.

Szymon Hołownia // Fot. Jacek Domiński / REPORTER

Czy w przyszłości da się rządzić bez Konfederacji

Zdaniem prof. Antoniego Dudka taki wariant mógłby się ziścić tylko wtedy, gdyby notowania rządu i samego PSL poszły mocno w dół, a działacze obalili Władysława Kosiniaka-Kamysza, który postawił na obecny układ. Kolejnym warunkiem takiej zmiany musiałaby stać się obecność w sojuszu Konfederacji. W szeroko rozumianym obozie PiS są siły, które temu sprzyjają, choćby Andrzej Duda, który niedawno zaprosił na spotkanie Sławomira Mentzena, ale wciąż nie udzielił jednoznacznego wsparcia Nawrockiemu.

Jednak sama Konfederacja może być najmniej zainteresowana wchodzeniem do koalicji rządowej, bo w partii wierzą, że czas gra na korzyść tego ugrupowania z uwagi na rosnącą niechęć do Ukraińców i obawy przed niekontrolowaną imigracją. Pewnie nieprzypadkowo, w formie zachęty i badania prawdziwych intencji, w przestrzeni publicznej pojawiło się ostatnio nazwisko Krzysztofa Bosaka jako premiera w układzie PiS-Konfederacja-PSL.

W tym kontekście ważne jest, kto zajmie trzecie miejsce, z jakim wynikiem i jak się zachowa przed drugą turą. Jeśli np. Mentzen zdobyłby 15-20 proc., a Szymon Hołownia wspólnie z Magdaleną Biejat dostali razem mniej głosów niż kandydat Konfederacji – realne są przetasowania. – Dziś to wygląda mało prawdopodobnie, ale przy ewentualnych powyborczych zawirowaniach możliwy jest zarówno układ PiS-Konfederacja-PSL, jak też KO-Trzecia Droga-Konfederacja – uważa Marcin Duma, który nie wyklucza również pojawienia się na ostatniej prostej czarnego konia, w rodzaju Pawła Kukiza (dziś mówi się o Krzysztofie Stanowskim), który w 2015 r. zdobył niemal 21 proc., choć zgłosił swą kandydaturę na trzy miesiące przed wyborami, a na miesiąc przed nimi miał ledwie kilka procent poparcia.

Także prof. Flis jest zdania, że istotną kwestią stanie się to, kto będzie w prezydenckim wyścigu trzeci i czy zdobędzie 15 proc., czy też 9. Sądząc po sondażach Konfederacji, jej kandydat wcale nie musi być na podium, ale gdyby do tego doszło, a na dodatek Sławomir Mentzen uzyskał dużo lepszy wynik niż Szymon Hołownia i Magdalena Biejat – koalicja ma problem. Zobaczymy wtedy, co stanie się przed drugą turą i jak KO potraktuje partnerów w sojuszu. Tu znaczenie będzie miała też różnica między Trzaskowskim i Nawrockim.

– Jeśli wygrałby kandydat niezwiązany z obozem rządzącym, czyli Nawrocki albo Mentzen, to przynajmniej rok zajmie przetrawienie efektu tej sytuacji, zanim dojdzie do jakiegoś tąpnięcia. Ale tak naprawdę bez wyborów parlamentarnych, być może przygotowanych już przez rząd tymczasowy, nie dojdzie do zmian – mówi Krzysztof Bosak, którego zdaniem obecna koalicja jest zdeterminowana, by trwać razem mimo kiepskich notowań rządu.

Bosak uważa, że sojusz Konfederacji z PiS jest nierealny nie tylko z uwagi na różnice programowe, ale i dlatego, że w przypadku zwycięstwa Nawrockiego PiS będzie zapewne stawiać warunki nie do przyjęcia. Zarazem dobry wynik Mentzena, czyli jego trzecie miejsce, umocni Konfederację w perspektywie kolejnych wyborów, więc partia raczej poczeka z boku na swój czas; słaby wynik jej kandydata wzmocni szanse na wejście ugrupowania w alianse z PiS i PSL.

Hołowni walka o przetrwanie

Bardzo mało prawdopodobne jest zwycięstwo w wyborach Hołowni lub Biejat. Tym niemniej ich wyniki w pierwszej turze mogą determinować kolejne scenariusze. Trzecie miejsce Hołowni i relatywnie dobry wynik, porównywalny z tym w roku 2020 (13,9 proc.), zmniejszy szanse na rozpad koalicji 15 października, umocni w niej Polskę 2050 i przesądzi o dalszym sojuszu z PSL. Kiepski wynik może skończyć historię Trzeciej Drogi – większość klubu pójdzie do KO, a kilku posłów do PSL. Sam Hołownia zapewne pogodzi się z porażką i być może pożegna z polityką. W zmianę frontu przez niego nikt nie wierzy.

Jest jeszcze Magdalena Biejat. Jej słaby wynik nie ucieszy Włodzimierza Czarzastego, czującego na plecach oddech młodszych liderów, utrudni mu też objęcie jesienią fotela marszałka. W miarę dobry wynik kandydatki lewicy to z kolei większe szanse na utrzymanie lewicy jako niezależnego bytu, a nie w pełni zależnego od KO. Ewentualna rywalizacja Biejat z Adrianem Zandbergiem, jeśli ten wystartuje, będzie testem, gdzie naprawdę są sympatie lewicowego elektoratu.

Scenariuszy wyborczych jest bez liku i kto wie, czy nie zwycięży taki, o którym nikt jeszcze nie wspomniał. Do maja wciąż daleko.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Scenariusze dla powyborczej Polski