Kilka lat temu, w trakcie drugiej albo trzeciej fali pandemii, dostałem propozycję rozmowy z Davidem Attenborough.
Większość tego typu przedsięwzięć realizowana była w tamtych czasach zdalnie. Pracowało się z domu, więc i wywiady przeniosły się na kilka najpopularniejszych platform do wideokonferencji. Wziąłbym, oczywiście, taką rozmowę w ciemno, nawet gdyby trwać miała tylko kwadrans. Wydawca jednej z książek brytyjskiego przyrodnika miał jednak inny plan: chciał zaprosić dziennikarzy do Londynu, by spotkali się z Attenborough twarzą w twarz, ale przez szybę.
Miałem dużo zrozumienia dla okoliczności: narażanie dziewięćdziesięcioparoletniego Brytyjczyka na choćby najmniejsze ryzyko zakażenia covid-19 byłoby nierozważne. Ale z drugiej strony lot do Anglii po to, by przeprowadzić rozmowę w tak dziwnych warunkach, wydał mi się jeszcze większym nieporozumieniem. To był przecież czas, w którym na poważnie zastanawialiśmy się nad kształtem postpandemicznego świata.
Dużo mówiliśmy o zgubnych skutkach globalizacji. Snuliśmy wizje powrotu do lokalności. Bieszczady zamiast Alp i Himalajów, Mazury zamiast Wysp Kanaryjskich i Egiptu.
Opowieść o znikaniu
Być może dlatego w reakcji na wspomnianą propozycję wyobraźnia podpowiedziała mi filmową scenę odwiedzin w więzieniu. Tylko kto byłby w tej sytuacji osadzonym: ja czy Attenborough? Nie chciałem tego sprawdzać. Wiedziałem, że szansa się już nie powtórzy, ale za wywiad podziękowałem.
Jeśli żałuję, to tylko tego, że nie mogłem mu zadać tego pytania: „Kiedy się pan zorientował, że narracja, którą snuje pan przez całe życie, jest tak naprawdę smutną opowieścią o znikaniu?”.
Bo trudno mi uwierzyć, że tak było od samego początku. „Kiedy oglądam swoje stare filmy, dociera do mnie, że chociaż miałem wrażenie, iż przebywam w dziczy, wśród pierwotnej przyrody, było to tylko złudzenie. Lasy, równiny i morza, które odwiedzałem, już wtedy pustoszały” – pisał w wydanej kilka lat temu książce „Życie na naszej planecie. Moja historia, wasza przyszłość”.
Jest to jednak refleksja człowieka, który patrzy wstecz: „Już wtedy z trudem znajdowaliśmy część dużych ssaków. Przesuwający się punkt odniesienia zakłóca to, jak postrzegamy przyrodę. Zapomnieliśmy, że dawniej w strefie umiarkowanej istniały lasy, przez które można było wędrować całymi dniami. Bizonów było tak wiele, że mijały cztery godziny, nim przebiegło jedno stado, a niebo ciemniało podczas przelotu ptaków. Jeszcze kilka pokoleń temu było to normalne. Teraz jest inaczej. Przywykliśmy do zubożałej planety”.
A przecież gdy w 1952 r. zaczynał opowiadać o kolorowym i różnorodnym świecie przyrody, jego słowa miały zupełnie inny wydźwięk. Ich źródłem był niemal dziecięcy zachwyt: nieważne, czy opisywał znaleziony w przydomowym kamieniołomie amonit, czy chodziło o wytropioną w Sierra Leone na potrzeby programu „Zoo Quest” sępowronkę żółtogardłą – średniej wielkości biało-brązowego ptaka o długim na pół ciała ogonie.

Z czasem źródłem tego entuzjazmu stała się cała planeta – skomplikowane, wielopoziomowe procesy naturalne, których złożoność i wrażliwość wykładał w serialach takich jak „Życie na Ziemi”, „Błękitna planeta” czy „Planeta Ziemia”.
Jednocześnie świadkował rozwojowi i ewolucji medium telewizyjnego. To na warcie Attenborough w BBC na stałe pojawił się kolor (w lipcu 1967 r. podczas transmisji turnieju tenisowego na Wimbledonie), a jego filmy i seriale skwapliwie korzystały z cudów szybko rozwijającej się technologii.
Głos, który nauczył nas patrzeć
Produkcyjnego rozmachu zazdrości dziś BBC większość dokumentalistów. Mikołaj Golachowski, naukowiec i przewodnik turystyczny po obszarach polarnych, opowiadał mi kiedyś o spotkanym gdzieś na północnych krańcach świata operatorze filmowym. Ów człowiek przez parę lat usiłował zrealizować dla BBC pewne ujęcie. Chodziło o samicę niedźwiedzia polarnego, która po wykarmieniu potomstwa wychodzi ze śnieżnej jamy. Mimo tygodni spędzonych w terenie filmowiec również w tamtym roku przegapił kluczowy moment.
Nie był jednak z tego powodu ani trochę smutny – wiedział, że równolegle z nim na te same zdjęcia poluje kilka innych osób. „Komuś na pewno się uda”, tłumaczył swój spokój Golachowskiemu.
Wszystkie podobne anegdoty z planów filmowych albo niezapomniane ujęcia przyrody, które znamy z telewizji, jednoznacznie kojarzą się z pracą Attenborough – i to nawet jeśli Brytyjczyk nie miał z nimi nic wspólnego. Przez osiem dekad pracy w telewizji stał się marką i gwarantem jakości. Idolem i wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń twórców.
Dla kilku generacji widzów – synonimem edukacji przyrodniczej (którą w Polsce kojarzymy z kolei z głosem Krystyny Czubówny, lektorki wielu z jego produkcji).
Attenborough ma na koncie tak dużo filmów i seriali, że nikt nie jest w stanie zapamiętać wszystkich tytułów. Kto nie wierzy, niech zajrzy na stronę Wikipedii poświęconą jego filmografii.
Dąb, który wciąż puszcza pędy
Równie długa i imponująca jest lista form, jakimi go – jeszcze za życia – upamiętniono. Tytuł szlachecki otrzymał w latach 80. ubiegłego wieku – ponad 40 lat temu! – z rąk Elżbiety II.
Jego nazwisko nosi brytyjski statek badawczy RRS Sir David Attenborough oraz ponad 50 rodzajów i gatunków organizmów. Są wśród nich australijski gekon Oedura attenboroughi, Sirdavidia, czyli drzewo z rodziny flaszowcowatych, oraz jurajski rodzaj plezjozaura Attenborosaurus, którego szczątki kopalne odkryto w angielskim hrabstwie Dorset (dziś można je oglądać m.in. w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie).
Kiedy myśli się o perspektywie stulatka w spojrzeniu na otaczający go świat, metafora sędziwego drzewa narzuca się sama.
Dąb albo sosna, która dawno przekroczyła tak zwany wiek rębności i teraz stoi na poboczu jakiejś zapomnianej drogi. Trakt jest wciąż ten sam, co kiedyś, choć z czasem kocie łby wyparł równy asfalt. Dawniej jeżdżono nią powoli i dostojnie, bo na koniu. Dziś środki transportu są o wiele szybsze, więc tylko przemyka się obok staruszka, niemal go nie zauważając.
Tyle że naprawdę wiekowe pomniki przyrody stoją często wyłącznie dzięki stalowym podporom, rusztowaniom podtrzymującym poszczególne gałęzie albo całą koronę. Czasami ich spróchniałe wnętrze zalewa się betonem. Ale z ekranu telewizora patrzy na nas przecież matuzalem, dąb, który wciąż trzyma się prosto i każdej wiosny wypuszcza młode pędy.
Rozproszona uwaga typowego widza platform streamingowych nie nadąża za jego kolejnymi produkcjami. W samym tylko 2023 r. Attenborough był prezenterem lub narratorem czterech serii – „Dzikie wyspy”, „Prehistoryczna planeta”, „Nasza planeta II” oraz „Planeta Ziemia III”. W 2024 r. – trzech, a w ubiegłym roku dwóch. Na początku minionego kwietnia premierę w BBC miała jego zupełnie nowa seria: „Secret Garden”.

Brytyjczyk zwraca w niej uwagę na przyrodnicze bogactwo kameralnych przydomowych ekosystemów, które dla wielu jego rodaków stanowią źródło najważniejszego, jeśli nie jedynego kontaktu z przyrodą. I wciąż dostarcza ważnych kadrów – nawet jeśli ich nagranie wymagało o wiele mniej wysiłku niż przypadek niedźwiedzicy wychodzącej z nory po odkarmieniu młodych.
Weźmy scenę, w której domowy kot imieniem Pan Puszek – Mr Fluffy – zasadza się na podlota modraszki. Ptaszek spadł z ogrodzenia. Nie umie jeszcze latać, a ruchy jego skrzydeł są niezdarne. Na płocie siedzi zdesperowany rodzic. Pan Puszek ma na szyi dzwoneczek, więc cała okolica wie o polującym kocie. Młoda sikora nie ma jednak jak uciec. Pozornie błaha scena mrozi krew w żyłach. Wychodzące domowe koty to urodzeni mordercy, a ich zgubny wpływ na ptasią bioróżnorodność – choć dla wielu trudny do zaakceptowania – jest powszechnie znany.
„Dzwoneczek na szyi zmniejsza skuteczność kociego polowania o 30 proc. – to dobra wiadomość dla ptaków”, mówi zza kadru Attenborough z taką samą powagą, z jaką omawia rytuały godowe kaszalotów.
Dzwoneczek zamiast dębu
Więc może wcale nie dąb, a właśnie niepozorny dzwoneczek będzie lepszą metaforą dorobku Brytyjczyka?
Bo my, jego widzowie i fani, na co dzień zachowujemy się jak upasione na przetworzonej karmie kociaki, które nieświadome swoich zabójczych instynktów sieją dookoła biologiczne spustoszenie. I tylko czasem od złego powstrzymuje nas niepozorny głos, który z ekranu telewizorów, komputerów lub telefonów od kilkudziesięciu lat przesącza się do naszych serc. Głos, który każe zwracać uwagę na coś więcej niż czubek własnego nosa.
Zakończyć powinienem chyba urodzinowymi powinszowaniami, ale tym razem konwenans nie przystaje do okoliczności. Głupio życzyć tego, co jubilat już ma, więc „Sto lat” zabrzmiałoby w tej sytuacji wyjątkowo idiotycznie. Dlatego zakończę słowami innego wybitnego przyrodnika.
Po prostu zarejestrujcie
Prof. Krzysztof Skóra był oceanografem, być może najbardziej poważanym człowiekiem od spraw Bałtyku po tej stronie morza.
Choć karierę naukową zaczął od badania ryb, z czasem jego uwaga skierowała się w stronę morskich ssaków. Zainicjował program przywracania polskiemu wybrzeżu foki szarej. Jednocześnie walczył o dobrostan reliktowej populacji bałtyckich morświnów. Wymyślił i pomógł zorganizować Błękitny Patrol – sieć wolontariuszy polskiego oddziału WWF, którzy monitorują nasze wybrzeże w poszukiwaniu potrzebujących pomocy ssaków morskich.
W 2015 r., niedługo przed przedwczesną śmiercią prof. Skóry, miałem niepowtarzalną okazję pływać z nim po cieśninach Danii łączących Bałtyk z Morzem Północnym i w jego towarzystwie oglądać morświny.
W notesie z tamtego wyjazdu zapisałem m.in. kilka zdań, które padły z jego ust podczas zaimprowizowanej na poczekaniu burzy mózgów z grupą dziennikarzy:
„Nie wiem, czy pot na czole i styrane ręce to jednoznaczny dowód na to, że zrobiło się coś dobrze. Lepszym byłaby autentyczna zmiana sytuacji. Co z tego, że człowiek się natyra i wykona kawał nikomu niepotrzebnej roboty? Wydaje mi się jednak, że czasem, szczególnie w nauce, styrane ręce mają wymierną wartość. Robiąc swoje, człowiek dokłada cegiełkę do czegoś większego. Swoim studentom mówię: »Nawet jeśli nie umiecie zinterpretować tego, co widzicie, po prostu to zarejestrujcie. Być może po was przyjdzie ktoś, kto nada temu znaczenie. Będzie wam ten materiał zawdzięczać«”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















