Poetka Justyna Bargielska prowadzi w mediach społecznościowych dziennik kryzysu psychicznego. W lutym z okazji Światowego Dnia Walki z Depresją mogliśmy oglądać na YouTubie wywiady z Marią Seweryn i Haliną Mlynkovą o psychicznej presji odciskającej się na ich życiu. W marcu dziennikarz Andrzej Morozowski wrócił na antenę TVN24, dzieląc się świadectwem walki, którą stoczył z chorobą nowotworową.
Aktorka Marta Nieradkiewicz opowiedziała Monice Olejnik w TVN24+ o swojej batalii z rakiem piersi. Dziennikarka przywołała własne doświadczenie choroby i nazwała rozmówczynię (onko)siostrą. W tym samym czasie Sylwia Peretti, znana z reality show „Królowe życia”, promowała wywiad rzekę „Niepożegnani. Historia o życiu i śmierci” o żałobie po stracie dwudziestoletniego syna w wypadku samochodowym. Na okładce widnieje twarz celebrytki.
Wiosna to start podkastu Filipa Chajzera, człowieka wielu talentów. Słuchaczom przedstawia się jako „gość, który upadł po to, by wstać jeszcze mocniejszym”. Większość odcinków to rozmowy z osobami, które doświadczyły nałogu, przemocy, niepełnosprawności lub straty bliskiego. A w majowych „Wysokich Obcasach Extra” można przeczytać dziennik Doroty Szelągowskiej – to zapis czekania na wynik badań wykrytej w piersi zmiany.
Szelągowska jest trochę jak bohaterka filmu „Cléo od piątej do siódmej” Agnès Vardy, tylko na sterydach. Boi się, że jeśli zachoruje, nie będzie mogła sprzedawać szczęśliwego życia i reklamodawcy się wycofają. Żeby o tym nie myśleć, wylatuje na zagraniczne wakacje. Zmiana okazuje się łagodna.
Wyznania zamiast tabu
To tylko mała próbka osobistych aleturgii, czyli sposobów ujawniania prawdy o sobie i życiu. Są jeszcze liczne książki o stracie i chorobie pisane przez osoby, które na co dzień parają się literaturą. O tej stronie życia piszą częściej kobiety, bo współczesna kultura terapeutyczna kierowana jest głównie do kobiet. Przemysł szczęścia, opierający się na imperatywie pokazywania zadowolenia z życia, silnie rezonuje z żeńskim doświadczeniem bycia ocenianym.
Na moim stoliku nocnym wypiętrza się góra tomów świadczących-prawdę-o-życiu-i-śmierci. Przenoszę wzrok na półkę z książkami urodzonego sto lat temu Michela Foucaulta, który poddawał krytyce społeczne techniki panowania nad szaleństwem, chorobą i ciałem.
Obok stoją „The Promise of Happiness” Sary Ahmed oraz wydana w tym roku „Explosive Emotions: How Modern Society Shapes What We Feel” Evy Illouz. Obie dotyczą paradoksu kultury późnokapitalistycznej. Zewsząd jesteśmy zachęcani do poznawania siebie i nietłumienia emocji, mimo że one już dawno przestały być nasze. Dla każdej rozpaczy i strachu możemy znaleźć gotowy scenariusz i instrukcję ich pokonywania. Nasza jest tylko porażka.
Czy każde wyznanie ma sens?
I dwa wilki walczą we mnie. Jeden skomle, że przeszliśmy długą drogę od czasów, o których pisał Foucault, kiedy choroby duszy i ciała były brutalnie wypychane z widoku publicznego, ludzie byli izolowani, a żałoba poddawana dyscyplinującemu nadzorowi. Świetnie, że dziś nie wstydzimy się choroby, cierpienia i śmierci, pokazujemy je, dzielimy się doświadczeniem i radą, by badać się i nie poddawać.
Ale drugi wilk wyje, że już ma tych wyznań po kokardę i że nie warto z każdego życia robić epopei. Poetyka wyznania stawia w centrum tego, kto mówi i pisze, choćby był tylko świadkiem cudzego cierpienia. Indywidualne świadectwo ma być uniwersalną matrycą, na której inni mogą odnaleźć swoje losy. Zwycięzcą jest ten, kto zamieniając trudne, czasem graniczne doświadczenie w opowieść, przejmuje nad nim kontrolę. Emocje wymienia na kapitał symboliczny i moralny, przechodzi autoterapię, potwierdza, że nadal istnieje.
Papier zniesie każde wyznanie, ale czy każdym warto się dzielić?
Scenariusz żałoby
Podróż przez książki o „prawdziwym” życiu zacznijmy od końca, czyli od narracji o śmierci – tej nagłej i zapowiedzianej. Amerykańsko-australijska pisarka Geraldine Brooks, autorka powieści „Koń” (polskie wydanie: 2024) i „Rok cudów” (2026), w „Dniach pamięci” wraca do 27 maja 2019 r., kiedy odbiera oschły telefon ze szpitala, że jej mąż, ceniony reporter Tony Horwitz, zmarł.
Zasłabł osiemset kilometrów od domu, będąc w trasie promującej książkę. „W książkach i filmach nikt nie otrzymuje takich wieści w samotności (...) Ktoś upewnia się, że siedzisz, podaje wodę, pyta, do kogo ma zadzwonić” – Brooks żali się na fałsz mitu.
Ale „Dni pamięci” same są mitem. To scenariusz, który przypomina kojące produkcje Netfliksa. Bohaterowie są lubiani i zamożni, a smutki koją w pięknych okolicznościach oceanicznej przyrody. Akcja rozgrywa się na dwóch planach, w 2019 r. w Massachusetts i Maryland oraz w roku 2023 na malowniczej Wyspie Flindersa w pobliżu Tasmanii.
Autorka leci tam, gdy pozałatwia sprawy, skończy pisać „Konia” i odbędzie trasę promującą. Wreszcie ma czas na żałobę. Ona i Horwitz mieli po sześćdziesiąt lat, odchowane dzieci, szereg sukcesów i ich finansowy ekwiwalent na koncie. Chcieli zwolnić tempo i podróżować dla przyjemności.
Traci życie, które planowała z mężem, ale wraca do niegdyś porzuconych miejsc i pasji. Coś się kończy, coś się zaczyna, nie przegap tego – czyta się to wyznanie jak mowę motywacyjną. Opowieść Brooks jest pozbawiona chropowatości. Albo nie ma trudnych wspomnień, albo rozmyślnie je pomija. Nawet słowa, jakie małżonkowie wypowiadają do siebie, kiedy widzą się ostatni raz, są pełne miłości.
W trakcie żałoby autorka czyta „Rok magicznego myślenia” Joan Didion, której Horwitz zarzucał, że za bardzo skupia się na ego. Coś podobnego robi Brooks. Koncentrując się na obrazach dzikiej przyrody i czułych wspomnieniach, realizuje projekt pozytywnej żałoby i pisarski przywilej jej umagicznienia.
Podobnie robi Elisabeth Gilbert, autorka bestsellera „Jedz, módl się i kochaj”, z tą różnicą, że jej wspomnienia są rozpięte między skrajnymi emocjami. Na przeszło czterystu stronach książki pt. „Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu” rozkłada na części pierwsze swoją relację z Rayyą Elias, pochodzącą z Syrii queerową buntowniczką o wyjątkowej charyzmie.
Po latach uzależnienia alkoholowego i narkotykowego, Rayya staje na nogi, prowadzi zakład fryzjerski. Pisarka, finansowo niezależna, ale uzależniona od seksu i miłości, zaprzyjaźnia się z nią, a potem w niej zakochuje. Kiedy Rayya otrzymuje diagnozę raka w terminalnym stadium, Gilbert rozstaje się z mężem i związuje się z przyjaciółką, teraz już kochanką, aby trwać przy niej „aż do rzeki”, co w ich intymnym języku oznacza śmierć. Okazuje się, że Rayya nie jest „czysta” od używek i kiedy spotyka ją choroba, ostatecznie osuwa się w macki alkoholu i narkotyków, pociągając ze sobą partnerkę prawie na dno.
Przejmująca historia i pochwała kobiecej miłości zostaje udekorowana wierszowanymi modlitwami, rysunkami, zapiskami z dziennika i fragmentami poradnika. Pisana nieznośnym językiem, z patosu i egzaltacji czyni regułę, a nie wyjątek. Jest pulpą poppsychologii, terapii uzależnień i mindfulnessu. Gilbert wyznaje, jak rozpaczliwie szukała uznania, rozdając swój majątek przypadkowym ludziom, a potem dziwiła się, że czepiają się jej niczym pijawki. W jedną z nich zmienia się też Rayya. Autorkę ratuje terapia i ponowne odkrycie Boga.
Roztacza swoiście panteistyczną wizję świata, w którym na każdym kroku można spotkać Boga, ale najłatwiej na Manhattanie. Choć ma w jednym palcu techniki pisania „wyciskaczy łez”, to na własne życzenie psuje ich działanie. Notorycznie usprawiedliwia swoje myśli i działania, kaja się, szuka akceptacji. Jakby wciąż była uzależniona, tym razem od poklasku publiczności.
Jej książka jest propozycją tylko dla wiernych fanów.
Choroba widziana z bliska
Szczersza wydaje się opowieść Anastazji Jakubiak, żony Tomasza Jakubiaka, popularnego kucharza i jurora programu „MasterChef”, który zmarł na raka w wieku 41 lat. Choć w punkcie wyjścia mamy kolejną parę atrakcyjnych ludzi, którzy ślub biorą na Bali, a problemy rozwiązują w gabinetach psychoterapeutycznych, to nie ma tu napuszenia i megalomanii charakteryzujących książkę Gilbert.
Cel jest misyjny, autorka chce upomnieć się o perspektywę rodziny osoby chorującej. Nie udaje, że jest profesjonalną ekspertką. Jej zapiski zostały uzupełnione komentarzami psychologów Roberta Kowalczyka i Mai Pisarek. Część dochodu ze sprzedaży idzie na cele Fundacji w Kosmosie im. Tomka Jakubiaka, wspierającej dzieci oraz młodych kucharzy. Do zakupu książki zachęca sama Katarzyna Grochola.
Nie ma sposobu, aby przygotować się na diagnozę złośliwego nowotworu – taka myśl przyświeca temu wyznaniu. Jakubiak otrzymał diagnozę, kiedy był pół roku po ślubie, jego syn miał cztery lata i wydawało się, że życie rodzinne i zawodowe właśnie mu się ustabilizowało. Autorka skupia się na zmienności uczuć i postaw, które ujawniły się w trakcie nieco ponad rocznej batalii o zdrowie jej męża.
On postanowił chorować publicznie, dzielił się w mediach przebiegiem leczenia, pokazywał wychudzone ciało. I mógł liczyć na wsparcie społeczne. Mimo że jest pewna przesada w padającym na początku książki twierdzeniu, że rak nadal jest w Polsce tabu, Anastazja Jakubiak podejmuje dwa zaniedbane tematy. Jednym jest ojcostwo w chorobie. Drugim seksualność, która przegrywa ze zmieniającą się cielesnością i asystowaniem w krępujących czynnościach higienicznych (o szczegółach opiekuńczej rutyny już nie przeczytamy).
Choć pewnie tylko nieliczne rodziny chorych rozpoznają siebie w tym wyznaniu, z czytelnikami i czytelniczkami zostaną poruszające obrazy. Na przykład scena, kiedy ciężko chory kucharz gotuje dla najbliższych obiady, których sam już nie jest w stanie jeść.
Słowa zamiast łez
Doświadczenie opieki i asysty przy odchodzeniu członków rodziny łączy ponad innymi podziałami. Jednak akademiczki i intelektualistki zwierzają się inaczej. Logos nie ustępuje miejsca patosowi, ale to etos jest siłą sprawczą. Od czytelniczek oddziela opowieść parawan „uszyty” z dyskursu filozoficznego i środków literackich. Joanna Mizielińska, w autofikcyjnej „Księdze umarłych” obdarza swoje alter ego obsesją śmierci.
Protagonistka, ukryta pod inicjałem J., traci bliskie osoby ludzkie i zwierzęce. Sposobem adaptacji do żałoby staje się dla J. pisanie i wypominki ważnych bliskich. Do wydania zapisków o stracie ośmieliło Mizielińską uczestnictwo w warsztatach pisania osobistego prowadzonych przez Mikołaja Grynberga. Być może dlatego konstrukcja „Księgi umarłych” opiera się na ćwiczeniach z formy.
Autorka raz prowadzi narrację pierwszoosobową, raz trzecioosobową, przekazuje kostium narratora siostrze, ojcu, partnerce lub ciotce głównej bohaterki. Na kartach książki z twarzami umarłych meldują się ukochana babcia, cioteczne babki, stygmatyzowany kolega z klasy, niestabilna psychicznie matka i koty, wiele kotów, które chorują i cierpią jak ludzie. Narratorka traktuje żałobę jak zadanie intelektualne i projekt pisarski. Jeszcze za życia niedołężniejącej babci postanawia opisać jej odchodzenie i rutynę opieki nad jej ciałem, pokornie poddającym się zabiegom pielęgnacyjnym.
W przeciwieństwie do Gilbert i Jakubiak, pisze o tym bez ogródek. Reszta jest ego-literaturą, pisemną formą terapii i medytacji. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką J. robi, gdy dowiaduje się, że babcia zmarła, jest włączenie programu do edycji tekstu. „Zaczęłam wylewać z siebie słowa zamiast łez” – i jest to najlepsze podsumowanie nie tylko jej książki, ale kultowej poetyki wyznania.
Karolina Wigura zamiast – jak Mizielińska – stylizować swoje wyznanie, intelektualizuje je. Jej książka nosi tytuł „Endo. Sztuka akceptacji choroby”. Endo to w jej prywatnym języku endometrioza – przewlekła choroba, która atakuje różne organy oraz system odpornościowy i prowadzi do znaczącego obniżenia się jakości życia. Przyczyny choroby nie są znane, ale zaczyna się ona od zmian w kobiecym układzie rozrodczym i bólu, który nasila się w trakcie miesiączki.
Do niedawna objawy zgłaszane przez pacjentki rzadko były traktowane z należytą powagą, zbywano je jako zwykłą „kobiecą przypadłość”, co prowadziło do późnej diagnozy. Problem właściwego rozpoznania dotyczy także poczucia wartości. Kultura mierząca kobiecą przydatność jej płodnością i seksualnością zasiewa irracjonalne wątpliwości, czy kobieta z nieczynną macicą (albo bez niej) nadal jest tym, za kogo się podaje.
Trzeba więc „kobiecą przypadłość” oswoić i zaakceptować. Wigura to maestra tej sztuki, a jej orężem są języki medycyny i filozofii. Jednak jest w jej wyznaniu głębokie pęknięcie. Drobiazgowo relacjonuje swoje badania, zabiegi, operację, doświadczenia z miesiączką i antykoncepcją. Niemal dosłownie siadamy z nią na niewygodnym i odzierającym z prywatności fotelu ginekologicznym. Wigura chce wziąć za rękę inne zmagające się z „endo” kobiety. Sama szuka pociechy w kulturze.
W szpitalu stara się nie zostać sprowadzona do cierpiącego ciała, prowadzi konwersacje z lekarzami, czyta. Dialoguje o diagnozie z pisarkami, Ursulą Le Guin i Hilary Mantel, która też chorowała na endometriozę. Polemizuje z apelem Susan Sontag, by chorobę traktować jako fakt czysto medyczny, a nie dostrzegać w niej metafory zła czy daru. Chce, aby widzieć w chorobie kwestię decyzji – od nas zależy, jak będziemy z nią żyć.
Jej projekt świadomego chorowania jest rodzajem wyrafinowanej autoterapii.
Matka na scenie
Na koniec cofamy się do początku życia. W eseju „Mięśnie mam od miłości” Paulina Małochleb, krytyczka literacka, pisze o byciu matką – tu, w Polsce – jak o roli niemożliwej. Macierzyństwo to nie choroba, ale stan społecznego umysłu. Kiedy jest w ciąży z pierwszym dzieckiem, wchodzi, wróć, zostaje wepchnięta na scenę, a publiczność złożona z lekarek, pielęgniarek, sąsiadek i nauczycielek nie klaszcze, tylko surowo ocenia.
Autorka wie, że jeśli wypadnie z roli, jej dzieci zostaną zdyskwalifikowane przez system. Przedstawienie więc trwa, a jej zostaje hakowanie systemu zza biurka. Sięga do filozofów, którzy stworzyli mit macierzyństwa, do baśni Andersena, literatury feministycznej, sztuki kobiet i modnych autofikcji.
Nie potrafi znaleźć w nich siebie jako matki i kobiety. „Na stole sekcyjnym literatury leży ona najczęściej jako martwe już ciało” – ironizuje. Koncepcja Ernsta Kantorowicza, dwóch ciał króla – naturalnego i śmiertelnego oraz politycznego i wiecznego – staje się metaforą podwójności losu matki, aż do śmierci drepczącej w stronę oddalającego się od niej ideału.
Wydawnictwa, w których Małochleb próbowała wydać książkę, odpowiadały, że jest za mało wykluczona, żeby pisać autentycznie o macierzyństwie. Ma pracę, doktorat i zdrowe dzieci, więc w czym tkwi problem? Jednak ona z niczego się nie tłumaczy, gdyż przymus wyjaśniania dystansu do roli jest częścią problemu, o którym pisze, i dotyka też kobiet, które nie są na skrajnych szczeblach drabiny społecznej.
Ja też tkwię w środku i jestem matką, więc autorka przekonała mnie bez dodatkowych uzasadnień. Znam płciowe asymetrie, które wytwarza opieka pediatryczna, nierówną walkę z przedszkolnymi wszami oraz to, że poniedziałki w pracy czasem lubi się bardziej niż rodzinne weekendy. Ci, którzy nie znają tych doświadczeń, być może pozostaną na to wyznanie obojętni, bo nie płynie w nim ani gniew, ani lament.
Jest ćwiczeniem z poetyki powściągliwości. Małochleb odmawia też racjonalizowania macierzyństwa w kategoriach zysków i strat: „Dzieci uczą istnienia w innym wymiarze czasowym: bez planowania, bez odkładania emocji na potem (...) Nie ma porządku pozwalającego opisać spoconą dłoń, którą trzymam latem w swojej dłoni”.
Piszę, więc jestem
Dwa wilki we mnie nadal walczą. Jeden skomle, że wśród tylu odmian poetyki wyznania każdy znajdzie lustro dla swojego bólu i strachu. I że jeżeli choćby jedna osoba, przeczytawszy choćby najbardziej egzaltowane świadectwo, poczuje ulgę, że nie jest ze swoimi demonami sama – to warto wydawać te książki.
Drugi wilk wyje, że tylko niektóre z nich. A i one potwierdzają regułę, że jedyną uniwersalną prawdą, która płynie z takich publikacji, jest to, że nawet poddani dramatom i stracie dążymy do potwierdzenia statusu naszej egzystencji. Jestem, więc piszę. Piszę, więc jestem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















