Poczujcie AGI!” – miał krzyczeć Ilia Sutskever, współzałożyciel i główny naukowiec OpenAI, na spotkaniach zespołów w tej firmie. I choć już w OpenAI nie pracuje, wciąż pracuje nad tym, by AGI, czyli generalną sztuczną inteligencję, poczuł cały świat.
Za jego nawoływaniem stoi jednak coś więcej niż tylko reklamowanie technologii, na opracowanie której biznes wydaje setki miliardów dolarów.
Czym ma być AGI?
Demis Hassabis z Google DeepMind twierdzi, że rewolucja AGI będzie „10 razy większa niż rewolucja przemysłowa i być może także 10 razy szybsza”. Jensen Huang, szef Nvidii, zarówno straszy, jak i obiecuje, że odbije się ona na wszystkich zawodach, a nawet spowoduje, że niektóre całkiem wyginą. Dario Amodei, szef Anthropic, mówi, że powstanie ona już w 2026 r.
Wciąż nie ma powszechnej zgody co do tego, czym konkretnie ma być generalna AI. Definicje wahają się od stwierdzenia, że ma być lepsza od przeciętnego człowieka w większości ekonomicznie użytecznych zadań, po wizje, w których przewyższa najlepszych ludzi niemal w każdym zakresie, sama projektuje coraz lepsze AI, przyspiesza własny rozwój i prowadzi badania naukowe szybciej niż ludzkość. Technolodzy z Doliny Krzemowej mówią o niej zagadkami i wykorzystują niejednoznaczność pojęcia, by wskrzesić dawną debatę o tym, czy AI może rozwinąć samoświadomość. A to wprowadza nas w filozoficzne bagno, z którego nikt nie wychodzi z satysfakcjonującymi odpowiedziami.
– Wyścig o AGI jako jedyną siłę, która ma zapewnić ludzkości rozwój i dobrobyt, staje się niemalże religijnym doświadczeniem – mówi „Tygodnikowi” Karen Hao, amerykańska dziennikarka, autorka książki „Imperium Sztucznej Inteligencji. Sny i koszmary w OpenAI Sama Altmana”. – I nie jest to idea krążąca tylko w OpenAI czy wśród byłych i obecnych pracowników tej firmy. To przekonanie coraz powszechniejsze w całym przemyśle technologicznym, który stał się tak pewny swojej nadzwyczajności, że zaczyna sam siebie traktować jak najwierniejszych kapłanów nowego boga. Boga, którego ma dla nas stworzyć – tłumaczy Hao.
Te religijne zapędy dostrzegają zarówno analitycy technologii, jak i filozofowie, a wreszcie ludzie Kościoła.
– Liderzy technologiczni przedstawiają się jako prorocy i czynią to w tonach apokaliptycznych: „sztuczna inteligencja nas zniszczy, jeśli jej nie opanujemy”, albo mesjanistycznych: „zabierzemy ludzkość na Marsa i ją ocalimy”. Tym samym przyjmują rolę nie tylko ekonomiczną czy kulturową. Jest to rola religijna – podkreśla w rozmowie z „Tygodnikiem” bp Antonio Staglianò, przewodniczący Papieskiej Akademii Teologicznej.
Big Tech buduje nowego boga
Faktycznie, gdy bliżej przyjrzeć się płynącym z Doliny Krzemowej opowieściom o sztucznej inteligencji, skojarzenia religijne same się narzucają. Z rytuałami, kodeksami moralnymi, obietnicami zbawienia i groźbami potępienia.
I choć szefowie big techów, naukowcy i inżynierowie doskonale odróżniają algorytmy od magii, to wielu z nich świadomie zaciera tę granicę. Przekonują, że człowiek przestał rozumieć, jak działa ta technologia, że opis jej efektów przekracza już możliwości normalnej analizy. Jak głosi słynne trzecie prawo Clarke’a, sformułowane przez klasyka literatury science fiction Arthura C. Clarke’a: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Tyle że o ile stosunkowo łatwo odróżnić komputer od Światowida, o tyle w przypadku AI, a już szczególnie AGI, jest to znacznie trudniejsze.
Podawane są te wizje raz w magicznym, raz w religijnym sosie. Co stanowi niezłe wsparcie dla potężnych budżetów na zbudowanie tego nowego boga i jego globalnego Kościoła. Bo jak inaczej patrzeć na takie zapowiedzi, jak projekt Stargate, zaplanowany na 500 mld dolarów, które mają pójść głównie na moce obliczeniowe pod AGI. Samo flagowe centrum danych Stargate w Abilene ma kosztować ponad 50 mld. XAI na inne gigacentrum danych, Colossus w Memphis, planuje wydać do 15 mld dolarów, a SoftBank na podobne inwestycje we Francji zapowiedział blisko 100 mld. Wszystko oczywiście w imię przekonania, że nie ma takich poświęceń, na jakie nie powinniśmy być gotowi, bo przecież ostatecznie technologie rozwiążą wszelkie problemy świata.
– Techno-solutionizm jest najnowszą z wielkich narracji zbawienia: obiecuje rozwiązać głód, wojnę, chorobę, a nawet śmierć, za pomocą coraz potężniejszych algorytmów. To stara obietnica, ta od drzewa poznania. Tyle że dziś drzewo nazywa się AGI, czyli ogólna sztuczna inteligencja – gorzko mówi bp Staglianò.
I to już nie są tylko inwestycje, badania, innowacje i nowe produkty. Biznes technologiczny, choć może zdawać się wysoce racjonalny i skupiony wyłącznie na innowacjach, ich wdrażaniu i oczywiście zarabianiu, w ostatnich dekadach urósł do takiej potęgi, że w swoich (i nie tylko) oczach jest predestynowany do większych celów.
Czym jest TESCREAL
Gdy spojrzymy na 22-punktowy memoriał opublikowany niedawno przez Palantir, czyli giganta rynku przetwarzania danych, to jasno jest tam wyłożona nowa wizja świata. Konkretniej: jest to wizja według Aleksa Karpa, prezesa Palantira, który twierdzi, że inżynierowie i przedsiębiorcy technologiczni są nową elitą, odpowiedzialną za przyszłość Zachodu i że to ta elita powinna ponosić odpowiedzialność za bezpieczeństwo państw, a przynajmniej Stanów Zjednoczonych.
Może to brzmieć niewinnie, dopóki nie zerknie się, jakimi ideami coraz częściej kieruje się ta nowa „elita”. Badaczka AI Timnit Gebru i filozof Émile P. Torres kilka lat temu dla konglomeratu wizji, które zasilają coraz silniej Dolinę Krzemową i jej globalne przybudówki, zaproponowali nazwę TESCREAL. Nazwa nowej „religii kalifornijskiej” to akronim od ruchów filozoficznych, jakie przewijają się w tych środowiskach najczęściej.
Są to: transhumanizm, skupiający się na poprawianiu ludzkiego ciała poprzez wdrażanie rozwiązań technologicznych, ekstropianizm, czyli ciągłe ulepszanie człowieka dzięki postępowi i technologii, singularytarianizm jako dążenie do super sztucznej inteligencji, kosmizm, wiążący rozwój ludzkości z podbojem kosmosu, racjonalizm, przekonany, że pokładając wiarę w naukę jesteśmy w stanie uniknąć wszelkich błędów, efektywny altruizm, głoszący, że tylko w oparciu o dane możliwe jest pomaganie w taki sposób, aby uratować jak najwięcej istnień przy ograniczonych zasobach, i wreszcie longtermizm, przekonujący, że dla dobra przyszłych pokoleń warto zdobyć się nawet na największe poświęcenia.
Według biskupa Staglianò Dolina Krzemowa tworzy nową formę „techno-gnostycyzmu”. Opiera się ona na przekonaniu, że ludzie są niedoskonali, ciało jest ograniczeniem, świadomość można ulepszyć lub nawet przenieść, a zbawienie może przyjść poprzez kod.
Tak jak to ujął w 2024 r. prezes Anthropic Dario Amodei, gdy opublikował esej, w którym omawiał „restrukturyzację” ludzkich mózgów, a ludzkie systemy – od procesów biologicznych po regulacje prawne – określił jako „wąskie gardła” ograniczające tempo rozwoju AI.
– Dawny gnostycyzm nauczał, że materia jest zła, ciało więzieniem, a zbawienie ucieczką z ciała ku boskiej iskrze poznania. Nowi gnostycy twierdzą, że ciało jest ograniczeniem, biologia to źle napisany kod, świadomość to oprogramowanie do przeniesienia na potężniejszy sprzęt. Zbawienie? To stać się nieśmiertelnym na serwerach, wreszcie wolnym od kruchości ciała – podsumowuje Staglianò.
Jedne z tych idei są bardziej teoretyczne, inne bardziej osadzone w faktycznych inwestycjach. Wszystkie jednak zbliżają się do przekonania, że techniczne i finansowe elity są w stanie zaprogramować lepszy świat.
– Może niekoniecznie dla wszystkich, ale przynajmniej dla samych siebie, bo w tych koncepcjach ucieka się od równości, od wspólnotowego dobrobytu w stronę nagradzania wyjątkowych jednostek. Oczywiście przewija się tu obietnica wielkich zmian, super leków, pokonania katastrofy klimatycznej, ale w bardzo ogólnych opisach – zauważa Karen Hao.
Staglianò dodaje, że do tych idei dochodzi jeszcze neopelagianizm. Pelagiusz uczył, że człowiek może zbawić się sam, własnymi siłami, bez łaski, wyłącznie siłą woli. – Dziś nowi pelagianie technologii mówią: sztuczna inteligencja rozwiąże głód, wojnę, chorobę. Śmierć? Błąd do załatania. Nie potrzeba zbawiciela, wystarczy algorytm. Nie ma grzechu do przebaczenia, są dane do optymalizacji – tłumaczy szef Papieskiej Akademii Teologicznej i dodaje, że gnostycyzm niesie pogardę dla ciała i materii, a pelagianizm daje złudzenie samozbawienia. – Razem tworzą religijność bez Boga, bez łaski, bez krzyża. Człowiek staje się architektem wieczności. Tylko wtajemniczeni rozumieją algorytm, ziemia jest zasobem, a nie ogrodem, a śmierć błędem, a nie progiem życia.
Nowi prorocy: Musk, Altman i Thiel
Nowa duchowość technologiczna wydaje się atrakcyjna, ponieważ wypełnia pustkę.
– Nie ufamy już polityce, która obiecywała sprawiedliwość, a wyprodukowała biurokrację. Nie ufamy już Kościołowi, bo zbyt często zdradzał Ewangelię przez nadużycia, władzę i milczenie. Nie ufamy już więziom społecznym, rodzina jest rozbita, przyjaźń to tylko lajki, a wspólnota to czat. W tej pustyni pojawia się technologia z nieodpartą obietnicą: odzyskania kontroli – tłumaczy bp Staglianò i podaje przykłady. – Nie mogę kontrolować trzęsienia ziemi? Algorytm je przewidzi. Nie mogę kontrolować własnej śmierci? Kriogenika lub pobranie świadomości da iluzję wieczności. Nie mogę kontrolować nienawiści między narodami? Sztuczna inteligencja będzie obiektywnie mediować konflikty, bez kruchych ludzkich emocji.
Co ciekawe, najgłośniejszy krytyk techno-solutionizmu, czyli Evgeny Morozov (autor książki „To Save Everything, Click Here”, która już w 2013 r. krytycznie rozprawiała się z wizją technologicznego rozwiązywania wszelkich problemów ludzkości), wyciąga podobne wnioski. Pisze, że oligarcho-intelektualiści Doliny Krzemowej budują „drzwi katedry” na przeświadczeniu, że nie wystarczy już tylko możliwość przewidywania przyszłości w oparciu o dane. Teraz jeszcze ludzie mają się do tej wizji dostosować. A jako najmocniejszy przykład tej zmiany podaje „Techno-Optimist Manifesto” wpływowego inwestora Marca Andreessena. Ten opublikowany w 2024 r. manifest wręcz nazywa „cyfrową encykliką wzywającą Amerykę do budowania zamiast lamentowania” i „katechizmem dla pożądanej przyszłości”.
Karen Hao opisując premierę ChatGPT 3.5, który rozpoczął rewolucję generatywnej sztucznej inteligencji, oraz to, jak była przygotowywana w OpenAI, w swojej książce używa frazy „wniebowstąpienie”, pokazując, jak mistycznie traktowano technologiczno-marketingowy proces.
Według bp. Staglianò Dolina Krzemowa od dłuższego czasu oferuje ludziom takie zastępcze rytuały. – Premiera nowego iPhone’a to świecka wigilia paschalna, z wyznawcami stojącymi godzinami w kolejce – mówi. – A nowi prorocy: Musk, Altman, Thiel, czyli ludzie obiecujący zbawienie i żądający absolutnej wierności, robią dokładnie to, co robiły religie: dają sens, porządek, nadzieję, nawet etykę. Przecież tym było słynne „nie czyń zła” Google’a, które szybko zmieniło się w „czyń dobro, o ile przynosi zysk”.
Co ważne: oczy technologicznych elit coraz częściej nie kierują się w stronę dowolnych religii, nie skupiają się na niegdyś hołubionych filozoficzno-religijnych przekonaniach Dalekiego Wschodu. Tym razem koncentrują się wokół chrześcijaństwa.
Chrystus w technologii
Greg Epstein, humanistyczny kapelan Harvardu i MIT, od dwóch dekad buduje wspólnoty etyczne dla niereligijnych ludzi i analizuje podobieństwa między Doliną Krzemową a grupami religijnymi. W 2024 r. opublikował książkę „Tech Agnostic: How Technology Became the World’s Most Powerful Religion, and Why It Desperately Needs a Reformation”, w której pisze: „Kultura technologiczna odtwarza schematy religijne, ponieważ są głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze i pomagają radzić sobie z lękiem przed śmiercią i niepewnością przyszłości”.
Dodaje też: „Nie jest zaskoczeniem, że nawet inteligentni i wpływowi ludzie poświęcają czas na rozważania o przyszłych, mściwych »bogach« przypominających tego ze Starego Testamentu. Jak zauważył badacz religii Robert Orsi, ludzie od zawsze pozostają w »relacji« z bytami nadprzyrodzonymi, niezależnie od epoki”.
Tyle że dziś najbardziej zagorzali technooptymiści twierdzą, że to po chrześcijańsku jest wspierać rozwój technologii, bo ma ona przecież czynić dobro. Katherine Boyle, partnerka we wpływowym funduszu Andreessen Horowitz (należącym do wspomnianego Marca Andreessena), otwarcie mówi, że próby wprowadzania ograniczeń dla AI są złem, a chrześcijanie nie tylko powinni zaakceptować technologię, ale mają wręcz obowiązek to zrobić, ponieważ sam postęp jest dobrem moralnym.
Trae Stephens, miliarder kierujący Anduril – firmą produkującą autonomiczne systemy uzbrojenia – jest też liderem bezwyznaniowego Epic Church, w którym w 2024 r. wygłosił wykład „Bóg i technologia”. Argumentował w nim, że ludzie, podobnie jak Bóg, są stwórcami i że „nasze dusze głęboko pragną postępu prowadzącego do lepszej przyszłości”.
Jego żona z kolei jest współzałożycielką ACTS 17 Collective. To elitarna grupa, której nazwa nawiązuje do Dziejów Apostolskich. W ich 17. rozdziale opisano wystąpienie św. Pawła na Areopagu: próbę rozmowy z filozofami greckimi i połączenia Ewangelii z kulturą i językiem zrozumiałymi dla współczesnych apostołowi.
ACTS 17 Collective odwołuje się więc do pięknie brzmiącej idei dialogu między wiarą a kulturą i budowania mostów między duchowością a współczesnym światem. Jednocześnie nazwa ta jest akronimem od „Acknowledging Christ in Technology and Society” („Uznawanie Chrystusa w technologii i społeczeństwie”). To właśnie ACTS 17 jesienią 2025 r. sponsorowało serię wykładów Petera Thiela, których tematem był... Antychryst. Dla Thiela są nim dziś „luddyści” sprzeciwiający się marszowi technologii.
Wspomniany Greg Epstein uważa, że zainteresowanie Doliny Krzemowej chrześcijaństwem jest niczym „małżeństwo z rozsądku”. W jego ramach chrześcijaństwo ma dostać elitarny, luksusowy rebranding, a technologiczni tytani – uświęcać swoje ogromne fortuny. I faktycznie, przez jakiś czas Kościół widział w tym zwrocie do chrześcijaństwa pewną szansę.
Jak opisuje w niedawnym reportażu „The Atlantic”, od 2016 r. Watykan co roku zapraszał czołowych przedstawicieli świata nowych technologii – choćby Reida Hoffmana, należącego podobnie jak Thiel czy Musk do tzw. PayPal Mafia – do kościoła Santa Maria sopra Minerva, by rozmawiać o etycznych konsekwencjach rozwoju sztucznej inteligencji.
„Dialogi Minervy” miały być forum wymiany myśli między środowiskiem technologicznym a Kościołem, ale stały się kolejnym mechanizmem czerpania z doświadczeń Kościoła w celu budowania narracji wokół AI.
Peter Thiel: myśliciel pustki
Kiedy jednak Thiel z kolejnymi wykładami na temat Antychrysta przybył w kwietniu do Rzymu, by dawać świadectwo wizji boskości technologii, Kościół nie nadstawił drugiego policzka. O. Paolo Benanti, wykładowca na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i były doradca papieża Franciszka w kwestiach sztucznej inteligencji i etyki technologii, z oburzeniem opisał go jako „teologa politycznego”.
W rozmowie z „Tygodnikiem” bp Staglianò jeszcze ostrzej krytykuje współtwórcę Palantira. Według niego Thiel nie jest nawet teologiem, bo używa języka, struktur i aspiracji teologii do sprytnego odwrócenia narracji.
– Nazwałbym go „ateologiem politycznym”. Ateolog bowiem mówi po to, aby zaprzeczyć prawdziwemu Bogu. Nie jest po prostu ateistą, który twierdzi, że Bóg nie istnieje. To ktoś, kto buduje doktrynę zbawienia, która pomija Stwórcę i całkowicie polega na potężnym człowieku. Thiel jest więc systematycznym myślicielem pustki pozostawionej przez śmierć Boga, którą wypełnia techniką, pieniędzmi i wolą mocy. A kiedy człowiek staje się bogiem, zwykle nie powstaje bóg miłosierny, lecz tyran – mówi biskup.
Jako argumenty do takiej oceny podaje choćby to, że Thiel finansował badania nad nieśmiertelnością, tworząc zręby transhumanistycznej arystokracji.
– Jego horyzontem nie jest dobro wspólne, lecz ucieczka najlepszych ku górze, wyspa nadludzi. Indywidualizm, uosabiany przez Thiela, nie jest już jego klasycznym liberalnym ujęciem, które zakłada dbanie o prawa wszystkich. To indywidualizm drapieżny, głoszący, że silny ma prawo i obowiązek uwolnić się od więzów wspólnoty, prawa i tradycji. Konkurencja nie jest uporządkowaną grą, lecz darwinowską wojną – podkreśla biskup.
Niewątpliwie Peter Thiel z przedsiębiorcy ważnego, ale znacznie mniej rozpoznawalnego niż Musk, Bezos czy Zuckerberg, wyrósł na głównego ideologa i politycznego inicjatora Doliny Krzemowej. Dlatego wszelkie jego działania i słowa dziś są uważnie analizowane. Ale fakt, że wśród największych krytyków thielowskiej wizji świata znalazł się Kościół katolicki, jest jednak ważnym zwrotem w tym, jak oceniana jest rola przemysłu technologicznego.
„Zbawiciel technologiczny” żąda naszej wolności
Gdy wsłuchać się w słowa bp. Staglianò, widać, że u podłoża tej krytyki – nie tylko samego Thiela, ale i całego wpatrzonego w wizję AGI i technologii środowiska – leży zawłaszczanie chrześcijańskich wartości i wykoślawianie ich pod własne potrzeby.
– Gdy człowiek wierzy, że może zbawić się sam, własnymi narzędziami, zapomina, że jest stworzeniem. AGI staje się fetyszem, cyfrowym złotym cielcem. Ludzie modlą się do niego miliardowymi inwestycjami, służą mu ludzkimi ofiarami, nieludzkimi godzinami pracy, wypaleniem, zniszczonymi młodymi umysłami – podkreśla biskup.
Kolejna obawa Kościoła to zatarcie granic: – Technologia nie zna grzechu. Nie zna kruchości. Nie zna przebaczenia. W świecie, w którym wszystko da się optymalizować, gdzie każdy błąd jest bugiem do poprawienia, nie ma miejsca na miłosierdzie. A ludzkość bez miłosierdzia staje się nieludzka – tłumaczy biskup.
Staglianò zapewnia, że nie demonizuje technologii. – Używam jej, nawet ją lubię. Mówię jednak: uważajcie na bożki. Bo bożki ostatecznie pożerają swoich wyznawców. „Zbawiciel technologiczny” żąda naszej wolności, danych, uwagi, zgodności, rezygnacji z prywatności. Bóg Jezusa Chrystusa prosi o serce, ale po to, by uczynić je bardziej wolnym, nie by przykuć je do algorytmu.
Ryzyka nie dotyczą tylko życia religijnego, ale też więzi społecznych, bo skoro wszystko – nawet zbawienie – jest tak indywidualne, to po co właściwie jeszcze bliźni. – Powstaje społeczeństwo połączonych solipsystów, nie braci. Empatia staje się algorytmem rekomendacji, nie darmowym ruchem serca. Więzi słabną, bo zastępują je wyniki wydajności.
I wreszcie: zapomina się o ubogich. Bo przecież każda innowacja wymaga ogromnych zasobów, energii, metali ziem rzadkich, centrów danych. – Kto za to płaci? Potężni. Kto na tym korzysta? Ci, co już są bogaci. Kto zostaje w tyle? Najsłabsi – dodaje biskup.
Kto ma algorytmy, ten ma władzę
Jest coś alarmistycznego w tym, że Karen Hao, Antonio Staglianò, Evgeny Morozov i Timnit Gebru, czyli amerykańska dziennikarka o technologicznym wykształceniu, teolog z Sycylii, białoruski eseista oraz etiopsko-amerykańska informatyczka specjalizująca się w uczeniu maszynowym, mówią niezwykle podobnie o potężnych zagrożeniach, jakie niesie to mieszanie technologii i religii. Także zagrożeniach dla demokracji.
Hao twierdzi wprost, że staje się to wehikułem do budowy imperialnej, scentralizowanej władzy. – Skoncentrowanej w rękach ludzi, którzy już mają władzę kapitałową, władzę wynikającą z wiedzy i kontroli nad danymi, władzę nad użytkownikami, a teraz jeszcze dokładają do tego władzę nad marzeniami, lękami i wizjami przyszłości – mówi.
Bp Staglianò przytakuje: – Kto posiada dane, algorytmy, serwery, ten decyduje. I to bez mandatu wyborczego, bez kontroli publicznej, bez odwołania. Społeczeństwo rządzone przez algorytmy to społeczeństwo bez polityki, a społeczeństwo bez polityki to społeczeństwo bez nadziei na sprawiedliwość.
Tyle że te głosy giną wśród głośnych modlitw o to, by wreszcie nadeszła super sztuczna inteligencja, która nas zbawi od wszystkiego złego. Chyba że strąci nas wszystkich do technologicznego piekła.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















