Wśród moich – obawiam się, że coraz liczniejszych – powodów do drobnej irytacji dość wysoko plasują się sytuacje, kiedy ktoś domaga się od rozmówcy nieustannego odkrywania Ameryki. Żaden temat ani problem nie jest dla kogoś takiego wystarczająco nowatorski i świeży, by nie zbyć go lekceważącym: „to już kiedyś było, też mi nowość. Phi!”. Gdy ktoś mówi, dajmy na to, o zapożyczeniach z języków obcych w polszczyźnie, odpowie: „to zupełnie jak makaronizmy w XVII wieku, nie ma tematu”.
A przecież nigdy nie wiadomo, kiedy dla kogoś jakaś myśl będzie nowa lub, jeśli już koniecznie trzymać się tego kryterium, odkrywcza. Historia idei i kultury pokazuje raczej, że częściej ludzie (i ludzkość) tkwią uwięzieni w trybie ciągłych powtórzeń, a zarazem doznają natychmiastowej amnezji względem tego, co się powtarzało, dlatego nigdy nie da się ustalić do końca, czy coś jest nieoczywistą, czy podstawową wiedzą. Szczególnie że dziwnie podobne błędy są powtarzane z uporem godnym lepszej sprawy. Najwidoczniej nauki, także przez powtarzanie, nigdy dość.
Zupełnie innym doświadczeniem jest zetknięcie się z sytuacją przeciwną, czyli kiedy natrafiam na obserwację z przeszłości, która okazuje się wobec teraźniejszości dziwnie aktualna. Tak jakby ktoś udał się na zwiad harcerski, wykonał pierwsze rozpoznania, zbudował modele i prototypy przydatne dla zrozumienia różnych sytuacji i stanów, po czym zostawił je na swoim miejscu, by czekały, aż po latach przyjdzie ktoś i powie: tak, to właśnie mnie dotyczy!
Dlatego na wszelki wypadek, kiedy zastanawiam się nad bieżącymi dolegliwościami społecznymi i psychologicznymi, notuję sobie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pisał już o czymś podobnym Antoni Kępiński. Wracam do wielkiego krakowskiego psychiatry regularnie z pewnością, że to właśnie w jego książkach znajdę trafne intuicje co do dnia dzisiejszego. Kępiński spisywał je u progu wielkiego informacyjnego i technologicznego przyspieszenia (zmarł w 1972 r.), i zbierał wówczas ledwie cieniutkie wstążki wątków, które do dziś zdążyły przybrać rozmiary słoniowe. Jego emocjonalny słuch i intuicja, pozwalające rozpoznawać drgania zwiastujące nadchodzące problemy z daleka, były niebywałe.
Doskonale pamiętam, od jakiej obserwacji to się zaczęło w moim przypadku: od przeczytania, że udrękę nerwicowca (zgodnie z książkową terminologią) napędza m.in. nadmierna samoświadomość, która obarcza ciężarem decyzji nawet czynności błahe i automatyczne. I jeszcze uwagę, że największe zmęczenie, większe od wysiłku, powodują w człowieku pośpiech i nuda. Dziś o błędnym kole zmęczenia i niepokoju mówi się dużo i głośno, ale przy akompaniamencie opadających z bezradności rąk.
Cywilizacja techniczna, jak ją nazywał, zaczynała dopiero się rozpędzać, lecz Antoni Kępiński już ostrożnie zauważał jej potencjalne pułapki. Taką przenikliwość objawiającą się przecież w peryferyjnej i nieco oddalonej od globalnego pędu zdarzeń Polsce znamy również z prac Stanisława Lema, co świadczy o tym, że pozorne zapóźnienie czasem pozwala patrzeć dalej. Kępiński przewidywał zagrożenie uzależnieniem wartości człowieka jedynie od jego potencjalnej wartości użytkowej, a także – ze względu na niemożliwą do przetrawienia ilość informacji i idącą za tym dezorientację i niepewność – popularność fałszywych idei i ich proroków, oferujących złudzenie spokojnej przystani wśród chaosu. Na „rozładowanie atmosfery lękowej znamionującej współczesną epokę” (tak, tymi słowami, już wtedy!) podpowiadał remedium w postaci kształtowania w sobie wyrozumiałego stosunku wobec innych.
Są to obserwacje wyrażone przejrzystą polszczyzną, nieunikającą odwołań do literatury i sztuki. Nie jest to mowa zimno-precyzyjna, czasem zdarzają się tu umowności, spekulacje i nawet eseistyczny element błądzenia, próbowania. To jedna w moim przekonaniu z największych zalet tej literatury, bo pozwala znaleźć może skuteczniejszą drogę do czyjejś wrażliwości niż język jednoznacznych, ale spłaszczających słów wytrychów i drobiazgowej kategoryzacji.
Coraz trudniej bowiem opierać się pokusie sięgania po gotowce i mówić własnymi słowami, choć nie sądzę, by to pomagało poczuć się lepiej. To również jest odkrywcze: naukowa w końcu literatura, która proponuje zapis zastanawiania się, i do samodzielnego zastanawiania się także zaprasza.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















