„Kopnęłabym cię, gdybym mogła”: bezkompromisowy portret macierzyństwa w filmie

To historia oparta na prywatnych przeżyciach Mary Bronstein – reżyserki, która mierzyła się z chorobą własnego dziecka. Nie znajdziecie w niej jednak heroizacji matczynej opieki.
Czyta się kilka minut
Rose Byrne w filmie "Kopnęłabym cię, gdybym mogła", reż. Mary Bronstein. USA, 2025 r. // Materiały prasowe Best Films
Rose Byrne w filmie "Kopnęłabym cię, gdybym mogła", reż. Mary Bronstein. USA, 2025 r. // Materiały prasowe Best Films

Czy da się zrobić dobry film o czymś tak mało filmowym jak wypalenie opiekuńcze? W dodatku taki, który byłby niczym tykająca bomba, psychologiczna operacja „na żywca”, czarna komedia, horror i jednocześnie body horror? 

Historia pod tytułem „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” potrafi kopnąć. Amerykańska reżyserka niezależna Mary Bronstein i jej nominowana do Oscara aktorka Rose Byrne stworzyły bezkompromisowy portret macierzyństwa, które próbuje złapać pion, dźwigając na swych barkach życie z chorym dzieckiem, pracę w charakterze psychoterapeutki i walkę z codziennym chaosem. Tylko kto zadba o matkę? 

Dziecko poza kadrem

Charakterystyczne, że niemal do końca nie widać na ekranie twarzy dziecka. Będziemy słyszeć jego rozmowy z matką i poznamy (wyłącznie z jej perspektywy) ich klaustrofobiczny światek, ale postać dziewczynki znajduje się konsekwentnie poza kadrem; nie poznamy również jej imienia. To brutalny, lecz istotny zabieg.

Scenariusz Byrne i kamera Christophera Messiny rekonstruuje wyłącznie stan umysłu Lindy, która każdego dnia (i nocy!) próbuje być wystarczająco dobra w roli matki i opiekunki – z bardzo różnym skutkiem. Jej dziecko cierpi na nienazwaną w filmie chorobę, wymagającą dokarmiania przez sondę w jamie brzusznej. Istnieje co prawda szansa, że uda się przejść na normalny tryb odżywiania, do tego jednak potrzebny jest odpowiedni przyrost wagi. 

Dlatego Linda znajduje się pod ciągłą presją – lekarzy, psychologów, własnego poczucia winy, nawet zwykła sprzedawczyni i parkingowy jawią się jej wrogami. Wydaje się też, jakby permanentny stres zredukował relacje z córką do wypełniania zadań, pokonywania kolejnych wyzwań, działania na autopilocie. Jakby intensywna praca opiekuńcza odbierała bohaterce wszelkie wewnętrzne „zasoby”, zaburzała bliski kontakt z dzieckiem i ze światem zewnętrznym. 

Katastrofa, która wszystko odsłania

A wszystko zaczyna się nie od dziury w brzuchu, lecz od wielkiej dziury w suficie. Niespodziewana katastrofa hydrauliczna pozbawia Lindę i jej córkę dachu nad głową, zmuszając do tymczasowego zamieszkania w obskurnym motelu. Mąż pracuje gdzieś daleko (i tylko udziela „dobrych rad” przez telefon), toteż z dnia na dzień i tak już trudne życie z chorobą staje się wymagające jeszcze bardziej.

Ale nie oczekujcie po filmie Bronstein surowego realizmu. Przez otwór w suficie wpadamy w spiralę cokolwiek surrealistycznych przygód, spotkań i doznań, kiedy to „samotna mama” (jej samodzielność bywa tu ciągle kwestionowana) boksuje się z prawdziwą bądź urojoną rzeczywistością. Dokłada się do tego równie wypalająca praca w charakterze psychoterapeutki, kompulsywne wizyty w miejscu domowej katastrofy i wiele ryzykownych zachowań, przez które bezpieczeństwo córki także nie raz zawiśnie na włosku. Film „Kopnęłabym cię” przypomina czasami thriller w oparach absurdu, choć ufundowany na całkiem konkretnych lękach.  

Bronstein posiada w tym temacie prywatną licencję – i na bezpardonową makabrę, i niekonwencjonalny humor. Napisała tę historię na podstawie własnych przeżyć związanych z chorobą dziecka oraz całkowitą zmianą miejsca i stylu życia, choć dopiero po ośmiu latach udało się przenieść scenariusz na ekran. Nie znajdziecie tutaj heroizacji matczynej opieki, a przynajmniej nie w tradycyjnym pojmowaniu tego słowa. 

Dopytuje się też reżyserka o efektywność instytucji pomocowych czy psychoterapii, stąd jej lekko satyryczny obraz w filmie, w myśl porzekadła „szewc bez butów chodzi”. Zaburzenia dysocjacyjne Lindy idą w parze z totalnym osamotnieniem, szczególnie dotkliwym w otoczeniu tych, którzy powinni jako pierwsi dostrzegać jej wewnętrzny rozpad. I trzeba przyznać, że film przedstawia go dużo wiarygodniej i ciekawiej niż na przykład Lynne Ramsay w omawianym tu niedawno „Zgiń kochanie”.

Rozpad widziany z bliska

Dynamikę tego rozpadu najlepiej wyraża naga twarz Rose Byrne. Kamera prawie nie spuszcza jej z oka i, niczym powiększające lustro, rejestruje każde drgnienie. A gdy filmuje tak zwany świat zewnętrzny, przepuszcza kadr przez gonitwę myśli Lindy i gorączkę jej emocji. Oto kobieta żyjąca na skróconym oddechu, która niczego wokół nie ogarnia, zawala coś na każdym polu i jeszcze, zamiast czuwać w nocy przy dziecku, wychodzi do sklepu po tanie wino. 

W ten sposób Bronstein wystawia swoich widzów na próbę – jakże łatwo przychodzi obwinianie czy zawstydzanie takich matek – a równocześnie na każdym kroku pozbawia możliwości obiektywnego patrzenia i sądzenia. W końcu wszystko to może się rozgrywać wyłącznie w skołatanej głowie Lindy, gdzie nawet nafaszerowana elektroniką aparatura do karmienia córki ma w sobie coś z żywego potwora. 

Oczywiście, ten rodzaj niespokojnej energii chwilami brzmi znajomo i odsyła do innego rodzaju kina. Już w „Yeast”, debiutanckim filmie Bronstein, pojawili się bracia Josh i Ben Safdie, a jej mąż, Ronald Bronstein, współpracuje z nimi od lat jako współscenarzysta i montażysta, zaś przy ostatnim filmie Josha, oscarowym „Wielkim Martym”, był także producentem. 

 

Pewnie przez te powinowactwa klimat nowojorskiej gonitwy i wszechobecnego osaczenia, znany z „Big Time” czy „Nieoszlifowanych diamentów”, przeniknęły i do tego filmu, osadzonego w pobliskim Montauk. Ale podczas gdy sławni bracia z chłopackim wdziękiem opowiadają, razem lub osobno, o brudnych rozgrywkach i wielkomiejskich cwaniaczkach, ich koleżanka penetruje rejony niebezpieczne inaczej. Bo porusza się po obszarach nieprzerobionej traumy i mocno zniekształconej percepcji. Narusza w ten sposób wiele tabu, nie mówiąc o granicach gatunkowych.   

Między horrorem a empatią

I chociaż seans „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” do łatwych i przyjemnych nie należy, potrafi też reżyserka swojego widza rozbawić. Na przykład wyszukanym kluczem obsadowym: ważną postać psychoterapeuty gra z kamienną twarzą popularny komik Conan O'Brien, a kierownika motelu amerykański raper ASAP Rocky. Dzięki takim mrugnięciom koszmar daje się czasem wziąć w cudzysłów. 

Nie odbiera to jednak filmowi ciężaru właściwego, jakim jest studium kobiecej dezintegracji i zawartej w tytule bezradności. Może zbyt naładowana została ta wizja symbolami i lustrzanymi odbiciami, z zupełnie niepotrzebnym wątkiem aborcyjnym, który łatwo uczynić interpretacyjnym chochołem. Ma ona za to własną logikę, napędzaną przez oryginalną ekspresję i zarazem nieoczywistą w swym wyrazie empatię. 

KOPNĘŁABYM CIĘ, GDYBYM MOGŁA” („If I Had Legs I'd Kick You”) – reż. Mary Bronstein. Prod. USA 2025. Dystryb. Best Film. W kinach od 20 lutego. 

Mary Bronstein zaczynała jako aktorka i od początku jej kariera związana była z nowojorskim kinem niezależnym. Za kamerą debiutowała w 2008 r. filmem „Yeast”, gdzie również zagrała, u boku m.in. Grety Gerwig. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to jej drugi film, wyprodukowany przez firmę A24 i pokazywany na ubiegłorocznym Sundance oraz w konkursie Berlinale.     

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 08/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dość dobra