Siwe włosy, hormony i bliskość. Jak to jest być kobietą w średnim wieku

Karolina Wigura, socjolożka: Przyszedł czas, w którym kobiety nie chcą już milczeć. Chcą mówić wprost o tym, jak się czują, i o tym, o czym dawniej nie wypadało im mówić. Mnie wiek średni przyniósł tę właśnie wolność.
Czyta się kilka minut
Karolina Wigura // Fot. Dariusz Golik /Fundacja Kultura Liberalna
Karolina Wigura // Fot. Dariusz Golik / Fundacja Kultura Liberalna

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Ładnie Pani z siwizną.

KAROLINA WIGURA: Inne zdanie mają hejterzy. Piszą: „ale te włosy powinna pani ufarbować”. Chcą mnie zawstydzić, mówiąc, że o siebie nie dbam – według ich standardów. Idąc do pracy powinnam ufarbować włosy na tej samej zasadzie, co założyć zegarek czy zrobić makijaż.

Kiedy powiedziała Pani sobie: dość, więcej nie farbuję?

Pierwsza myśl była taka, że skoro już tydzień po ufarbowaniu mam białą aureolę wokół czoła, to jest to zwyczajnie robota głupiego. Wtedy zapytałam męża: „Czy tobie nie będzie przeszkadzało, jak będziesz mieć siwą żonę?”. On: „A jak ty się będziesz czuła?”. Ja: „Dobrze”. On: „No to ja też dobrze”.

Krzepi. 

Ważny był tu też przekaz mojej ukochanej babci Halinki. Ona nigdy nie osiwiała. Pod koniec życia wciąż miała ciemnoblond włosy przetykane siwymi pasmami. Mówiła, że marzyła o byciu siwą. Że to piękne.

I prawdziwe?

Ważne, żebyśmy jako kobiety, dbając o swój wygląd, robiły to dla siebie. A nie jako spełnienie czyichś oczekiwań. Każda z nas ma prawo zrobić to, co chce. Farbować albo nie. Byle nie słuchać hejterów.

Tym kobietom, które pragną iść w górę, i tak jest strasznie trudno. A tu jeszcze wszyscy oceniają ich wygląd – jakie włosy, jaka sukienka, jaki makijaż. Można mieć wrażenie, że cokolwiek zrobią, i tak będzie źle.

W takim wymuszaniu – „farbuj się, bo musisz wyglądać młodo” – ujawnia się też lęk przed dojrzałością kobiety.

Jej doświadczeniem i wiedzą?

Kieran Setiya w książce „Kryzys wieku średniego” pisze, że to moment w życiu, w którym stoimy na szczycie góry. Stąd dobrze już widać to, co za nami, i to, co tu i teraz. I orientujemy się, że mamy coraz mniej czasu, że po drugiej stronie tej góry jest również koniec. Właśnie ta świadomość weryfikuje wszystkie nasze plany, dążenia, poczucie sensu. Zazwyczaj nie odczuwamy tego jako młodzi ludzie.

Choć wiek średni może wystąpić w różnych okresach. John Stuart Mill jako 20-latek przechodził depresję. Jego biografowie uważają, że to był bardzo wczesny kryzys wieku średniego. A w przypadku kobiety wiek średni łączy się dodatkowo z drugą zmianą.

Czyli?

Jeszcze jako dzieci, zanim staniemy się dojrzałe jako ludzie, dostajemy pierwszą miesiączkę. Na dobrą sprawę mogłybyśmy rodzić, co w dawnych czasach kobiety robiły. Z czasem dochodzi utrata dziewictwa, kiedy zaczynamy być aktywne seksualnie.

To jest ta pierwsza zmiana. Natomiast wiek średni nakłada się na menopauzę, która zabiera nam zdolności reprodukcyjne. I to jest właśnie druga zmiana, która w kulturze traktowana jest jako utrata.

W Pani przypadku druga zmiana wiąże się też z chorobą, pisze Pani o tym w książce „Endo”.

Zanim usłyszałam od lekarzy, że choruję na endometriozę, miałam już kryzys wieku średniego: pojawił się narastający lęk. Zasypiając koło męża, myślałam, że to dobre życie, które wiodę, zaraz się skończy. Że to wszystko jest tylko na chwilę. 

Z czasem ciało dogoniło emocje. Choroba, operacja, leczenie i świadomość, że nie będę mogła więcej rodzić. Na początku oznaczało to dla mnie żałobę. Rozpaczliwie szamotałam się z falami smutku i złości. Bo ja chciałam mieć jeszcze trzecie dziecko. 

Jednocześnie nie wyobrażałam sobie, bym poddała się in vitro. Nie miałam już na to siły, byłby to zbyt duży wysiłek fizyczny i psychiczny.

Co pomogło oswoić tę utratę?

Czas. Zadawanie pytań. Endometrioza nie jest chorobą ginekologiczną, lecz systemową i autoimmunologiczną. Nie są znane jej przyczyny, ale wiele rzeczy się podejrzewa. Na przykład, że związana jest z siedzącym trybem życia, stresem, złym odżywianiem, a nawet z mikroplastikiem. Istnieje też hipoteza, że wiąże się z przebytą traumą.

Zastanawiałam się nad losem kobiet z mojej rodziny, bo babcia i mama też miały w sobie rodzaj smutku. Niezależny od tego, że to kobiety wyjątkowe, oddane, realizujące się zawodowo. I niesłychanie dzielne.

Ta dzielność jest tu ważna?

Trzeba niesłychanej dzielności, żeby bez męża, ofiary stalinowskiego więzienia, wychować dwójkę dzieci na świetnie wykształconych lekarzy. To zrobiła moja babcia. Potem moja mama wychowywała dwie nastoletnie córki bez męża. Tata wyjechał za granicę, by zarabiać na rodzinę. Miał być kilka lat, został tam na dwie dekady. 

Zajrzyjmy w swoje rodziny – to nie jest pojedyncza historia, lecz opowieść o rodzinach wielu z nas. Czy to nie jest związane z naszą historią? Kobiety w Polsce trzymały wewnętrzną dyscyplinę, często w samotności walczyły o każdy dzień. 

Przy jednoczesnym uwikłaniu we własną płodność. A uwikłane jesteśmy w nią bez względu na to, czy jesteśmy matkami, czy nie, czy możemy mieć dzieci, czy nie możemy, czy w ogóle chcemy je mieć.

A gdy zostajemy matkami?

To historia nas nie oszczędza. Mężczyźni z różnych powodów znikają z domów, a kobiety zostają z dziećmi same. Pragnienie, by mieć dzieci, szybko przekształca się w znój. W narracjach historycznych koncentrujemy się na mężczyznach – ich bohaterstwie i niezłomności. Dlaczego tak mało opowiadamy o tym, co się działo wtedy z ich kobietami?

Jasne, że wychowywać dzieci to nie jest to samo, co zginąć na polu bitwy. Ale jednak sprawczość kobiet w naszej kulturze jest opowiedziana tylko śladowo. Potem to się przekłada na politykę, gdzie, mam wrażenie, polaryzacja podyktowana jest przez mężczyzn, zamiast rozwiązywania codziennych spraw każdej i każdego z nas.

Pani uwikłanie?

Sama przez lata odtwarzałam postawę dzielności kobiet z mojej rodziny. Zupełnie bezsensownie, bo nie moje jest doświadczenie samotnego wychowywania dzieci. Potem przyszło otrzeźwienie. 

Pamiętam taką sytuację: z Janem Zielonką, ukochanym filozofem i przyjacielem, spacerujemy po Oksfordzie, ja pcham wózek z moim synkiem. Jan pyta: „Słuchaj, jak ty to łączysz? Przed momentem byłaś na zajęciach, a teraz zajmujesz się dzieckiem?”. 

Ja: „No wiesz, Janek, nasze babki, matki tak robiły, co w tym dziwnego?”. On na mnie patrzy wielkimi oczyma i mówi: „Przecież ty nie jesteś w takiej sytuacji jak one, wszystko się zmieniło, co ty masz w głowie?”.

Dużo się zmieniało, ale z małym dzieckiem dobrze jest być blisko.

Tyle że ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że boję się być z moimi dziećmi sam na sam.

Dlaczego?

Był we mnie strach, że sami – ja i synowie – zostaniemy bez mężczyzny. Że mąż i ojciec znowu gdzieś zniknie. Tak jak mój dziadek i ojciec. Zrozumiałam, że odziedziczyłam coś, czego nie byłam świadoma nawet przez pierwsze lata życia moich dzieci.

Obowiązek wychowawczy wiązał się u mnie z przeszywającym smutkiem. Odziedziczyłam zmęczenie mamy i babci. Ono wychodziło najbardziej, kiedy zostawałam z dziećmi sama, choćby na jedną noc. Towarzyszyło temu samoobwinianie się za to, że tak się czuję, mimo najgłębszego pragnienia, by dzieci mieć. Przez długi czas kompletnie sobie z tym nie radziłam. Ale byłam dzielna: zajmowałam się dziećmi, pisałam książki, chodziłam do pracy.

Milczące dziedzictwo?

Traumy pokoleniowe wnikają w nas przez osmozę. Bez słów. Ale trauma wypowiedziana to trauma oswojona. Własna – możliwa do leczenia.

A przywilejem wieku średniego jest gotowość do konfrontacji z problemami?

Przyszedł czas, w którym kobiety nie chcą już milczeć. Chcą mówić wprost o tym, jak się czują. Rozmawiać o tym, o czym dawniej myślano, że nie wypada mówić. Mnie w każdym razie wiek średni przyniósł tę właśnie wolność. „Endo” jest takim szukaniem języka. Ten wiek to także godzenie się z entropią. Że przemijamy, że tracimy młodzieńczą atrakcyjność.

No nie, tu żadnej zgody.

Chodzi tylko o tę młodzieńczą, pierwszą atrakcyjność. A potem? To nie jest kobiecy przykład, ale myślę sobie teraz o zezowatym i niskim Sartrze. Czy on był atrakcyjny? Wychodzi na to, że tak. Miał szalone powodzenie u kobiet. Co było w nim więc atrakcyjne? 

Prawdopodobnie inteligencja i poczucie własnej wartości. To chyba się sprawdza bez względu na płeć. Kiedy jesteśmy dziewczynami, mamy jędrną skórę, grube włosy, błyszczące oczy. Ale niezależnie od tego, jak bardzo piękne jesteśmy, to wszystko kiedyś minie.

Dobrze o tym wiedzieć od najmłodszych lat, a druga zmiana nas z tym faktem nieuchronnie konfrontuje. Nawet jeżeli teraz jesteśmy świetnie zadbane. Więc atrakcyjności trzeba szukać gdzieś indziej.

W tym, co Sartre?

Podobnie, ale nie identycznie. Przywołam teraz baśń o „Śpiącej królewnie”, którą dogłębnie zrozumiałam dzięki psychoanalitycznej interpretacji Bruno Bettelheima

Śpiąca królewna, jeszcze jako dziecko, automatycznie zasypia, właściwie nie wiadomo dlaczego. Ktoś jej dał jakieś zatrute jabłko, ale właściwe z jakiego powodu? I dalej: królewna budzi się już jako dojrzała kobieta. A konkretnie, zbudził ją pocałunkiem młody mężczyzna, który będzie miał z nią dzieci. 

On nie pyta: „Słuchaj, chciałabyś mieć dzieci?” albo: „Czy już jesteś gotowa być moją żoną?”. Budzi i już. Więc ona nadal działa jak automat.

Osoba niedecyzyjna?

W tej baśni jest jeszcze inna kobieta: macocha. Mroczna postać. Negatywna bohaterka, tak zawsze jest przedstawiana. To właśnie ona częstuje Królewnę zatrutym jabłkiem. Po co? Nie wiemy.

Wiemy, że starsza młodszą uznaje za rywalkę.

A może jest dokładnie odwrotnie? Może macocha chciała ustrzec królewnę przed bolesnym losem wszystkich kobiet, z menstruacjami, owulacjami, porodami, połogami, wreszcie – utratą płodności? A może przeciwnie, wręczyła jej zatrute jabłko, bo właśnie ono miało wprowadzić ją w sen gwarantujący przemianę w kobietę?

Jedno jest pewne: działanie królewny nie opiera się na wiedzy. Ona jest przedmiotem, a nie podmiotem tej historii. Macocha dysponuje wiedzą. Ona wie, czyli jest wiedźmą.

A Pani?

Po operacji na endometriozę nie obudziłam się jako śpiąca królewna.

Obudziła się Pani jako macocha?

I dobrze mi w tej roli. Bo wolę wiedzieć, co robię i dlaczego. Chociaż może nie wszyscy rozumieją, dlaczego coś robię. Choćby to, że nie farbuję włosów. 

Ktoś może myśleć: po co akceptować na co dzień własne przemijanie w tak radykalny sposób, jednocześnie widząc, że ta twarz wyglądałaby znacznie lepiej w czarnych? Ale za tą decyzją właśnie stoi próba zgody na to, że my się w którymś momencie kończymy.

Koniec? Teraz?

Nie czuję, by wiek, w którym jestem, był wiekiem kończącym, przeciwnie, czuję, że przede mną wiele lat życia. A równolegle mam świadomość, że na to, kiedy umrzemy, nie mamy żadnego wpływu.

W „Endo” piszę o moich przyjaciółkach, które były w okolicach czterdziestki i nagle pożegnały się ze światem. Martę połknął nieoperacyjny rak wątroby, Irynę w dwa miesiące zabrała białaczka.

Trzeba więc z życia korzystać, póki się da?

Od zawsze miałam w sobie mnóstwo energii. Jako dziewczyna chodziłam po drzewach, dopiero miesiączka zaczęła mi w tym przeszkadzać. Potem były konie, łyżwy, taniec nowoczesny. A przed pierwszą ciążą pojechałam na stypendium naukowe i nie mając kasy na żadne inne sporty, zaczęłam biegać. Bo to najtaniej. 

Wystarczy nałożyć jakiekolwiek trampki, jeszcze człowiek młody, więc nie czuje tak bardzo, że te buty nie nadają się do biegania. Szczególnie uwielbiałam biegać zimą: po 7-10 minutach następuje skok endorfin, człowieka przechodzi dreszcz, a potem masz oczy biegacza i widzisz otoczenie w znacznie bardziej nasyconych kolorach, niż one są naprawdę.

A teraz?

Endometrioza zmusiła mnie, bym zrezygnowała z kolejnej rzeczy. Istnieje tak zwany endobrzuch – ta choroba wiąże się z bardzo słabymi mięśniami brzucha. Natomiast by dobrze biec, trzeba mieć silne mięśnie brzucha, inaczej powstają zbyt duże obciążenia, szczególnie na biodrach. Więc teraz biegnę wolno i zaledwie 2,5 km. A kiedyś biegłam 10 km.

Żal Pani?

Znalazłam sobie inny sport: pływanie. Sama nauczyłam się pływać w wieku 20 lat. A już po urodzeniu synów poszłam na kurs doskonalenia pływania. Potem, w czasie pandemii, nauczyłam się pływać pod okiem trenera. Obecnie codziennie robię 800 m.

To dla mnie ważny element medytacyjno-zdrowotny. Adam Zagajewski „żabkę” porównał do modlitwy. Ja się nie modlę, ale odczuwam moc napędzaną szybkim wdechem i bardzo długim wydechem. 

A dla kobiet z endometriozą pływanie jest zalecane jako pierwsza z aktywności ruchowych. Bo endo jest często związane z brakiem mobilizacji miednicy. Wszystko w tych okolicach jest sztywne, pływanie delikatnie miednicę mobilizuje.

Podziwiam, że Pani umie mówić publicznie o tak intymnych sprawach.

Pochodzę z rodziny lekarskiej, u nas w domu swobodnie rozmawiało się o ciele i tym, co się z nim dzieje. Oczywiście, publicznie nie zawsze jest to łatwe. Liczni hejterzy chętnie odtwarzają stereotypy o „wędrującej macicy”. 

Rozumie pani: ktoś nie zgadza się z moją analizą polityczną, więc dyskredytuje mnie, pisząc np., że endometrioza zniszczyła mi mózg. Kobiety są dyskredytowane niezależnie od poglądów. Nie argumentacją, ale sprowadzeniem do ciała.

Tym bardziej doceniam tę odwagę.

Ale czy to nie jest tak, że my kobiety powinnyśmy o tym mówić, żeby się czuć trochę mniej samotne z naszymi skrytymi doświadczeniami? Co dziesiąta z nas choruje na endometriozę, mijamy się na ulicy, pracujemy biurko w biurko, siedzimy obok siebie w pociągach. I nieraz żyjemy same ze swoim problemem, nie wiemy, co nam właściwie dolega.

Boimy się, szarpiemy. Chyba lepiej wiedzieć, czym to jest, jak się przechodzi, co można zrobić? To dotyczy też każdego innego aspektu naszego życia. 

Opowiem pani najbardziej nieprawdopodobną i hollywoodzką historię w moim życiu.

Nie mogę się doczekać.

W 2018 r. zostałam zaproszona na Athens Democracy Forum – dużą konferencję organizowaną m.in. przez „New York Timesa”. Wahałam się, czy wziąć udział, ponieważ miałam tam być moderatorką, a nie panelistką... 

Przerwę: dlaczego Pani była niezadowolona z propozycji moderowania?

Chodzi tu wyłącznie o zasadę: pana profesora zaprosimy jako mówcę, a panią profesor jako moderatorkę. Negocjowałam jeszcze z organizatorami, że chciałabym brać udział w panelu w innej roli, ale nikt mnie nie słuchał. Myślę w końcu: no dobrze, konferencja ważna, jadę. 

Jestem już w Atenach i na otwarciu spotykam nestora amerykańskiego dziennikarstwa, który ma prowadzić panel następnego dnia. On pyta mnie o sytuację polityczną w Polsce. Mówię, że pora, by liberałowie się ogarnęli, nie da się wytrzymać tego ich ciągłego użalania się nad sobą. A populiści wygrywają dlatego, że liberałowie im na to pozwolili.

Podobny kryzys jest w Stanach Zjednoczonych – na prezydenturę Trumpa liberałowie wyłącznie utyskują. Dodałam jeszcze, że trzeba zakasać rękawy, powiedzieć, że się popełniło błędy, wyciągnąć z nich wnioski i wziąć się do roboty. Rozmawialiśmy jeszcze i rozeszliśmy się, każde w swoją stronę.

Następnego dnia idę na konferencję, w słuchawkach mam spokojnego Paula Simona, nagle dzwoni telefon i menadżerka Forum mówi: „Wie pani co, ważny panelista niespodziewanie zrezygnował z wystąpienia na ateńskiej Agorze, czy mogłaby go pani zastąpić?”. 

Moja pierwsza myśl: Ja? Nikomu nieznana historyczka idei z Europy Środkowo-Wschodniej? Druga: Nie mam odpowiedniego ubrania, tylko portki i bluzkę, a powinnam wystąpić co najmniej w garniturze lub eleganckiej sukience. W końcu pomyślałam: Dziewczyno, czekałaś na ten moment całe życie. Do roboty.

Szansa, której nie wolno zmarnować?

Zastanawiałam się, kto mnie zaprosił do panelu. Okazało się, że właśnie ten nestor, z którym rozmawiałam poprzedniego wieczoru. Na dwie godziny dostałam do dyspozycji ekskluzywny apartament nieobecnego panelisty, w którym miałam czas się przygotować. Szminką, bo tylko ją z kosmetyków miałam w torebce, pociągnęłam usta i ruszyłam. 

Panel odbywał się w sercu Aten, na starożytnej Agorze. Czułam euforię: znajdowałam się w miejscu, po którym przechadzał się Sokrates, „psując” młodzież filozoficznymi dysputami. A dziś to ja mam mówić tym ludziom, co zrobić z demokracją.

I w tym momencie czuję, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Boli mnie dół brzucha, wiem, że dostałam okres. Sokrates nie miał macicy, nie zacząłby menstruować na środku Agory. Panika: bo widzę, że krzesło, na którym mam usiąść, jest nieskazitelnie białe. Na pewno je zabrudzę. A ja niczego nie mam przy sobie: tamponu, leków przeciwbólowych. Zaraz dopadnie mnie mgła mózgowa i trudno będzie mi się skoncentrować.

Współczuję z serca.

Wtedy też się znalazły blisko mnie współczujące kobiety. Wiedźmy – te, które wiedziały.

Menadżerkę Forum pociągnęłam za rękę i mówię: „Słuchaj, mam problem. Dostałam okres, ja niczego nie mam ze sobą, niczego”. I widzę w jej oczach empatię. Wszystko jest jasne. Menadżerka idzie do innej kobiety, rozmawiają ze sobą, za chwilę mam już wszystko: tampony, leki, herbata.

Słowem: tak działa wspólnota. Niezmiennie jej potrzebuję.

A wystąpienie?

Poszło świetnie. Zmieniło moje życie zawodowe. To też dzięki wspólnocie kobiet.

Co jeszcze jest słabo wypowiedziane w debacie publicznej?

Seksualność. W „Endo” piszę o niej trochę, ale chcę jej poświęcić jedną z moich następnych książek. Sporo tu uproszczeń, zakłamań. Choćby takich: trzeba uszanować, jeśli w związku druga osoba nie chce już uprawiać seksu. Jak to przekroczysz, to koniec. A przecież jest też seks związku dojrzałego.

Ludzie długo razem żyjący są ze sobą na coś umówieni. Skoro jedna strona nie chce uprawiać seksu, to co ma zrobić strona druga? Może ja teraz w tym momencie nie chcę, ale za 5 minut mi się to zmieni? To kwestia bliskości, komunikacji.

Seks to najintymniejszy język, którym porozumiewają się ludzie?

Istnieje cały język seksu, zgody czy niezgody na niego. Jak chcemy go uprawiać, a jak nie chcemy, kiedy i dlaczego wtedy... Seks jest związany z zaufaniem, to jego dodatkowa warstwa. Jest ważny dla naszej atrakcyjności – czujemy się po nim inaczej. 

Istnieje powiedzenie: post coitum omne animal triste est (po stosunku każde zwierzę jest smutne), tyle że nie jest to prawda. Po seksie jesteśmy właśnie upewnieni w sobie, spokojniejsi, spełnieni. Wszystkie problemy spadają wtedy na poduszkę obok.

Istnieją jeszcze jakieś pożytki z wieku średniego?

Moim przywilejem teraz jest to, że dzięki lekom na endometriozę mogę zupełnie wygasić cykl menstruacyjny. Uważam, że to wspaniałe. Nie dlatego, żebym kiedyś nie afirmowała cyklu menstruacyjnego, wręcz przeciwnie – to, jak dobrze działa kobiece ciało, daje radość.

Ale ponieważ po drodze doświadczyłam okresów trudnych, ze smutkiem, bólem rozsianym po ciele, to zdecydowanie wolę stan obecny.

A tęsknota za młodością?

Nie mam. Ileż wartościowego doświadczenia musiałabym wtedy utracić. Myślę raczej o tym, czy uda mi się dziś lepiej popłynąć na basenie.

 Karolina Wigura // Fot. Dariusz Golik / Fundacja Kultura Liberalna

KAROLINA WIGURA (ur. 1980) jest socjolożką, historyczką idei, wykładowczynią i publicystką „Kultury Liberalnej”. Doktor habilitowana nauk społecznych, zajmuje się m.in. emocjami społecznymi w polityce i etyką pamięci. Laureatka Nagrody im. ks. Józefa Tischnera. Publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „The Guardian” i „The New York Times”.


KSIĄŻKI KAROLINY WIGURY

Wina narodów... Przebaczenie jako strategia prowadzenia polityki
(Wydawnictwo Naukowe Scholar i Muzeum II Wojny Światowej, 2011)

Połączenie studium filozoficznego nad pojęciami przebaczenia i skruchy oraz szczegółowej analizy politycznego i intelektualnego kontekstu, w którym dokonywano najważniejszych politycznych aktów związanych z pamięcią po 1945 r. Nagroda Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera.

Polka ateistka kontra Polak katolik. Jedenaście sporów światopoglądowych
(Fundacja Kultura Liberalna, 2022)

Karolina Wigura z Tomaszem Terlikowskim porywają się na coś, co dziś wydaje się czystą abstrakcją, a co w tym duecie okazuje się nie tylko możliwe, ale też dowodzi, że ludzi z różnych światopoglądowych światów całkiem sporo łączy. Oboje uznają Kartezjusza jako filozofa, który „uważał, że ciekawość jest pierwszą emocją, a wszystkie pozostałe pochodzą od niej”.

Endo. Sztuka akceptacji choroby
(Fundacja Kultura Liberalna, 2025)

Esej, w którym choroba jest jedynie trampoliną dla szerszej refleksji nad kondycją współczesnej kobiety w wieku średnim. Jak w niej pracuje przekaz idący od matek, babek, prababek. Kiedy zamienia się on w broń obosieczną: tyleż rozwija, co podcina skrzydła. Elementarne pytanie brzmi: co zrobić, by na każdym etapie życia odnajdywać w nim sens?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Siwa na agorze