W filmie czy muzyce użycie wsparcia maszynowego do postprodukcji jest na porządku dziennym i nikt nie argumentuje, że to próba usunięcia ludzkiego wkładu z dzieła. Nawet w pisaniu pośrednictwo oprogramowania stało się przezroczyste – od lat korzystamy przecież z autokorekty, wbudowanych słowników, systemów do tworzenia notatek. Czy naprawdę sądzimy, że da się dziś pisać bez pośrednictwa maszyn?
Oczywiście, problemem jest dla nas nie tyle pośrednictwo, co jego natura i zakres. A przecież Olga Tokarczuk nie powiedziała podczas spotkania z czytelniczkami i czytelnikami, że „sztuczna inteligencja” pisze za nią. Skąd więc taka burza wokół jej słów?
Oczywiście autorka-noblistka zawsze będzie na świeczniku. Wokół jej postaci budowane są ogromne oczekiwania – ma reprezentować narodową kulturę, zabierać głos w istotnych sprawach, ostatecznie też tworzyć literaturę w taki sposób, jaki uznajemy za uprawniony.
A pisanie książek (szczególnie literatury wysokiej) zwykliśmy traktować jako działalność niemal mistyczną, podczas której samotny autor albo autorka wylewają siódme poty nad każdym zdaniem, a ostateczna postać dzieła jest bezpośrednią transmisją duszy.
Jakiekolwiek wsparcie maszynowe jest w takim procesie niemile widziane. Jak w takim razie zaakceptować wpływ redaktorów i korekty na ostateczną postać książki? Przecież reportaże, powieści, a nawet wiersze, są często efektem kolektywnej współpracy i racjonalizacji, a nie intymnego przeżycia, otwartego na bóle i szaleństwa.
To wszystko łączy się też z dość komercyjnym podejściem do twórczości. Skoro „już płacę za książkę”, to chcę, żeby był to produkt premium. Koszty riserczu czy redakcji w takim podejściu stają się niewidzialne, po prostu nie ma na nie miejsca, podobnie jak na jakiekolwiek zewnętrzne wsparcie w procesie pracy nad tekstem.
„Wbrew obawom uważam, że my, pisarze, z uwagi na specyfikę naszego rzemiosła, najszybciej i najściślej zwąchamy się z narzędziami pokroju AI. Nasze głowy, umysły literackie działają w zupełnie inny sposób; ich praca opiera się na szerokim, bardzo rozległym obwodowym i asocjacyjnym kojarzeniu faktów, co skrajnie różni się od wąskiego, bardzo ukierunkowanego tunelowego myślenia akademików” – mówi Tokarczuk.
Czy tak jest rzeczywiście? Dość pokaźny zbiór badań na temat relacji między AI a literaturą (czy też pisarstwem naukowym) pokazuje niestety, że mówienie o faktach w kontekście dużych modeli językowych jest na razie problematyczne. To są wciąż źródła prawdopodobieństw, a nie stwierdzeń mających odniesienie do rzeczywistości.
ChatGPT jako miejsce riserczu to pułapka, nawet jeśli system ten, poza korzystaniem z „wiedzy modelu”, samodzielnie może przeszukiwać zasoby internetu i podrzucać nam wybrane (ale jak wybrane?) informacje. Duże modele językowe można traktować jedynie jako pewną postać archiwum tekstowego czy językowego (tak traktowała je Justyna Bargielska, pisząc tom poetycki „Kubek na tsunami”), jest to jednak archiwum bardzo sformatowane, generyczne i stronnicze.
Szukanie w nim inspiracji do konstrukcji fabuły może skutkować „cyfrowym prababkizmem” (czyli pewnym określonym schematem fabularnym) – trudno oczekiwać, że w odpowiedzi na prompt otrzymamy awangardowy pomysł albo błyskotliwy wątek. Pośrednictwo i filtry z jedynej kreatywnej strony – autora i autorki – są tu niezbędne.
Nie wydaje mi się, żeby postawa Tokarczuk zasługiwała na nasze oburzenie – każdy niech pisze tak, jak chce, niech zderza swoją kreatywność z dostępnymi narzędziami. Osobiście żałuję tylko, że pisarka zapomniała wspomnieć o źródłach tych narzędzi.
Kiedy bowiem pyta maszynę „Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”, nie wie albo nie chce wiedzieć, że odpowiedź na tę zachętę nie będzie pochodziła z maszyny (ta sama w sobie nic nie potrafi wytworzyć, bo nie ma świadomości i dostępu do rzeczywistości). Jej źródłem będą miliony tekstów, także tekstów literackich, przejętych bez wynagrodzenia dla ich autorów i zawłaszczonych przez wyceniane na miliardy dolarów firmy budujące komercyjne duże modele.
Wydaje się niestety, że prawdziwy obraz „symbiotycznej przyszłość literatury” to nie empatyczny i czuły, otwarty na językowe innowacje maszynowy narrator, ale ogromne hale pełne książek, które, żeby stać się źródłem danych treningowych w modelach firmy Anthropic, są bez pytania autorów i wydawców skanowane, a następnie wyrzucane na śmietnik.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















