Stany Zjednoczone przystąpiły do starcia z Iranem, mając przytłaczającą przewagę technologiczną, najdroższą armię świata i sekretarza wojny, który w programowym przemówieniu obiecał swoim generałom, że „zmiażdżą” każdego wroga „przemocą, precyzją i furią”. Aktualny wynik, przynajmniej w aspekcie militarnym, okazuje się jednak mniej imponujący. Popełniono błędy, które badacze wojskowości będą zapewne analizować przez wiele lat.
Jednak był w tym także pewien dużo starszy wzorzec, który sprawił, że obecnemu amerykańskiemu przywództwu trudno było tych błędów uniknąć. Być może nie jest zatem całkowicie bezużyteczne, jeśli mediewista-antropolog, specjalizujący się w historii praktyk bojowych, pokusi się o ocenę.
Kiedy armia myli siłę z widowiskiem
Badam ludzi, którzy znaczną część swojego życia i uwagi poświęcali walce. To, czego byłem świadkiem w ostatnich miesiącach – od przemówienia sekretarza wojny Pete’a Hegsetha do jego generałów w Quantico aż po amerykańsko-izraelską wojnę na Bliskim Wschodzie – podąża według wzorca, który w moich źródłach powtarza się często.
Jest to wzorzec, który aktywuje się, gdy armia myli odgrywanie tożsamości, czyli inscenizowanie wojowniczości przed własną publiką, z praktykowaniem sztuki wojennej.
Świat średniowieczny – ten środkowoeuropejski, bliski nam geograficznie i kulturowo – miał nawet nazwę dla tego rodzaju pomyłki. Mentalność, która ją rodzi, uważał za domenę Marsa – planety, a zarazem antycznego boga-wojownika – i rozumiał, nauczony własnymi kosztownymi doświadczeniami, że Mars często przegrywa wojny.
Mars i Słońce, czyli dwie kultury wojny
Późnośredniowieczna europejska kosmologia dzieliła świat między rządzące nim planety, których cykle wpływały na zachowania ludzi i przyrody. Mars władał wojną impulsywną, łamiącą normy, nastawioną na dominację i zniszczenie. Natomiast Słońce rządziło czymś zgoła innym: społecznie usankcjonowanymi, a więc honorowymi i wspólnototwórczymi formami walki. Ówczesna ikonografia przedstawia je obok takich godnych pochwały zachowań jak modlitwa, jałmużna czy praktykowanie dworności.
Późnośredniowieczne rękopisy należące do niemieckiego cyklu „Planetenkinder” (Dzieci planet) ukazują „dzieci Marsa” jako zbójców i żołdaków, trudniących się rabunkiem i niestroniących od mordowania bezbronnych. „Dzieci Słońca” zaś to zapaśnicy, szermierze, rycerze: wojownicy, których waleczność cechuje wzajemny respekt i uznanie człowieczeństwa przeciwnika.
Pozornie jest to więc rozróżnienie dwóch postaw wobec przemocy jako środka do celu. Jednej, która uważa, że cel uzasadnia najdrastyczniejsze środki. I drugiej, która zakłada samoograniczenie walczących w taki sposób, by nie przekreślić możliwości budowania wspólnoty z wrogiem po walce. Jednak takie postawienie sprawy pomija kluczowy aspekt.
Średniowieczny kult przemocy i jego skutki
Historyk Richard Kaeuper w swoim wpływowym studium „Chivalry and Violence in Medieval Europe” (Rycerskość i przemoc w średniowiecznej Europie) wykazał, że średniowieczne rycerstwo było chronicznie dotknięte czymś, co nazwał „kultem półboskiej dzielności” (cult of demigod prowess) – sakralizacją wojowniczości tak daleko posuniętą, że „marsowa” przemoc stapiała się z honorem, pobożnością i etosem zawodowym, stając się w efekcie fundamentem rycerskiej tożsamości.

Podążając za takim ideałem „dzielności”, rycerz nie walczył przede wszystkim po to, aby osiągnąć określone cele, lecz dlatego, że walka była konstytutywna dla tego, kim był.
Kaeuper wykazał, że ideologia ta była nie tylko ubocznym elementem niestabilności średniowiecznego społeczeństwa i jego podatności na wybuchy przemocy, lecz zarazem ich głównym źródłem. Kult dzielności wytwarzał strategiczny chaos – w postaci sił zbrojnych niezdolnych do deeskalacji, składających się z wojowników, którzy dla podtrzymania własnej tożsamości potrzebowali istnienia wrogów.
Mowa Hegsetha stylizowana na manifest wojownika
Rzecz w tym, że nie są to jedynie dawne dzieje. 30 września 2025 r. sekretarz wojny USA przemawiał do generałów i admirałów swego resortu, który właśnie przemianował na Departament Wojny. Jego mowa to dokument niezwykły, a jego ciężar staje się jaśniejszy w miarę rozwoju wypadków. Jeśli ogołocić ją ze współczesnej stylistyki, typowej dla środowiska politycznego, z którego wywodzi się Hegseth, jest ona w gruncie rzeczy średniowiecznym manifestem kultu dzielności.
Hegseth wprost stawia fizyczną dominację, agresję i śmiercionośność jako naczelne wartości tożsamości wojskowej. Imię Boga wymienia jednym tchem z wyrachowanym zabijaniem. Krytykuje mechanizmy odpowiedzialności – kontrolę inspektora generalnego, procedury równego traktowania, ocenę psychologicznej stabilności dowódców – jako tłumiące „etos wojownika” (i je rozmontowuje).
Dalej: Hegseth odrzuca podejście administracji Bidena, które określa jako „przywództwo unikające ryzyka”, uznając je za porażkę także moralną (potem będzie zwalniać oficerów nie tyle za brak strategicznej skuteczności, lecz za kulturowe skażenie). Oświadcza, że wojownicy „zawodowo zabijają ludzi i niszczą rzeczy” i „niekoniecznie przynależą do grzecznego towarzystwa”.
Oznajmia też, że mottem plutonu, którym dowodził na początku swej kariery oficera, było antyczne powiedzenie: si vis pacem, para bellum – chcesz pokoju, szykuj się do wojny.
Jednak rzeczywista logika jego przemówienia staje w poprzek tego motta: próbuje budować nie pokój przez projekcję siły, lecz tożsamość przez wojnę.
Dlaczego armia potrzebuje ograniczeń
Tym, co Hegseth demontuje, jest właśnie „słoneczność”, którą składa na ołtarzu „marsowości”.
Tymczasem tradycja średniowiecza, którą tu przywołuję – wypracowana w czasach naznaczonych przemocą, gdy polityczna siła klasy zawodowych wojowników była większa niż dziś – rozumiała „słoneczność” jako fundament skutecznych sił zbrojnych. Kulturowe dowartościowanie kooperatywnych, kształtujących zdolność do samoograniczenia sposobów prowadzenia walki miało umożliwiać długotrwały i celowy wysiłek wojskowy.
W tym świetle owe mechanizmy odpowiedzialności, które Hegseth obarcza winą za uwiąd „etosu wojownika” w USA, są raczej instytucjonalnym odpowiednikiem tego, co średniowieczni mistrzowie walki nazywali „miarą” lub „umiarkowaniem” – zdolnością kalibrowania siły do okoliczności i celu (wypracowaną przez długotrwałą praktykę).
O co naprawdę walczy każda armia?
Anonimowy rękopis z przełomu wieków XIV i XV, jeden z najstarszych znanych europejskich traktatów o sztuce walki, przestrzega przed poleganiem na czystej sile i agresji, gdyż takie podejście, choć czasem zwycięskie, jest bardziej podobne do hazardu niż do prawdziwego męstwa.
Takie porównanie – współczesnej operacji wojskowej ze średniowieczną myślą na temat sztuki walki – jest może nieortodoksyjne, ale nie sądzę, aby było chybione.
Tak jak w średniowieczu, kult dzielności dostarcza dziś potężnych bodźców do walki. Czego jednak nie potrafi dostarczyć, to spójnej odpowiedzi na pytanie, przed którym każda siła zbrojna musi w końcu stanąć: o co walczymy i po czym poznamy, że osiągnęliśmy cel?
Postępowanie Iranu w tej wojnie stanowi studium przypadku tego, co następuje, gdy siła ożywiana „marsową” kulturą wojowania napotyka przeciwnika, który ma wprawdzie nadal „marsową”, brutalną i bezwzględną, ale jednak wyraźniejszą odpowiedź na to pytanie.
Strategia Iranu i logika eskalacji
Ważne jest przy tym, aby oprzeć się fałszywej symetrii.
Strategia Iranu nie była ani powściągliwa, ani humanitarna. Teheran eskalował szybko i celowo, uderzając w infrastrukturę cywilną w państwach Zatoki niebiorących udziału w tej wojnie – atakując odsalarnie, lotniska, hotele, instalacje energetyczne. Eskalacja Iranu była zarówno horyzontalna (dotknęła 14 krajów), jak i wertykalna, przesuwając się od celów wojskowych do cywilnych. Nie była to żadną miarą odpowiedź „słoneczna”.
A jednak miała strategiczną logikę, której podejściu USA wyraźnie brakowało. Celem Iranu, jasno sformułowanym i realizowanym, było uczynienie tej wojny na tyle kosztowną, by stała się – w ujęciu Teheranu – „ostatnią wojną”. Miała stanowić akt odstraszania tak bolesnego, że przyszłe działania wojskowe stałyby się politycznie nie do pomyślenia. Każdy eskalacyjny ruch (jakkolwiek brutalny i nierzadko nieskuteczny) wpisywał się w określony jasno cel końcowy, który wykraczał poza afirmowanie własnej wojowniczości.
Innymi słowy, za przemocą Iranu kryła się odpowiedź na pytanie: „jakie praktyczne cele chcemy osiągnąć?”.
FAFO nie jest strategią wojenną
Nowy amerykański „etos wojownika” nie dostarcza porównywalnej odpowiedzi. FAFO – fuck around and find out, wulgarny akronim, którym Hegseth posłużył się przed generałami (z grubsza: „rób głupoty i ponieś skutki”) – nie jest strategią. Podobnie „zmiażdżyć ich przemocą, precyzją i furią” nie jest zdefiniowanym celem. Gdy Iran odczytał postawę Hegsetha jako sygnał, że Stany nie są zainteresowane proporcjonalnością ani powściągliwością, odpowiedział w podobny sposób.
Sięgnijmy znów do wieków średnich. Romans arturiański „Jaufre” z precyzją oświetla tę dynamikę. Jaufre to biegły rycerz, który okazuje miłosierdzie pokonanym wrogom – ale tylko wtedy, gdy ci działają w ramach konwencji regulowanej walki. Wobec tych, którzy sygnalizują, że zabiją go niezależnie od jego „grzeczności”, bez wahania odzwierciedla ich bojową, „marsową” intencję.
Jak zauważa badaczka Laura Bernardazzi, „zachowanie Jaufre’a jest bezpośrednio powiązane z zachowaniem jego przeciwników”. Inaczej mówiąc: wojownik „słoneczny” nie może jednostronnie zachować powściągliwości, gdy druga strona ją porzuca. Poziom przemocy w starciu wyznacza zatem jego najbardziej „marsowy” uczestnik.
Cykl eskalacyjny USA/Izrael-Iran – ruch jednej strony, prowokujący ruch drugiej i go usprawiedliwiający – jest tą właśnie dynamiką, tyle że w skali geopolitycznej. A strona, która zainicjowała porzucenie konwencji „słonecznych”, mając najdroższą armię świata i ideologię celebrującą przemoc jako konstytutywną dla tożsamości, znalazła się na wojnie, dla której nie ma, jak dotąd, ram pozwalających ją zakończyć.
Co idee Hegsetha oznaczają dla Polski i NATO
Dlaczego powinno to niepokoić nas, Europejczyków, a zwłaszcza Polaków, znajdująych się na wschodniej flance NATO?
Nasz region się zbroi – koniecznie i z uzasadnionych powodów. Wojna Rosji z Ukrainą unaocznia, że zdolności wojskowych nie można delegować na zewnątrz. Zbrojenia to jednak nie tylko kwestia budżetów i decyzji administracyjnych. To także, nieuchronnie, kwestia kultury. Tego, jaka tożsamość zbiorowa jest konstruowana – obok nowych systemów uzbrojenia i powiększonych budżetów obronnych.
W tym kontekście atmosfera w części Europy Środkowej zmierza w kierunku zasługującym na uwagę. Podczas wizyty w Warszawie w lutym 2025 r. Hegseth oświadczył, że łączy nas z Amerykanami „niezrównana więź” oparta na wspólnym „etosie wojownika”.
Strona polska przyjęła to bez wahania. Sama kategoria „etosu wojownika” weszła w polski dyskurs publiczny jako termin neutralny lub pozytywny – relacjonowany i niekiedy afirmowany, lecz, jak dotąd, niepoddany głębszemu namysłowi.
Tymczasem retoryka zbliżona do popularyzowanego przez administrację USA „etosu wojownika” – a więc fascynacja męstwem pojmowanym jako bezwzględna śmiercionośność, podejrzliwość wobec mechanizmów wymuszających proporcjonalność jako objawu słabości, pogarda dla przywództwa „unikającego ryzyka” – znajduje w naszym regionie podatny grunt.
Często odczytywana jest przy tym jako przejaw determinacji, która jest dla wielu odbiorców odświeżająca po dekadach czegoś, co postrzegają jako pacyfistyczny marazm.
Średniowieczna lekcja dla współczesnych armii
Tymczasem historia sugeruje, że sprawa jest bardziej złożona.
Średniowieczne źródła argumentujące za umiarkowaniem – tj. za skalibrowaną kulturą walki – nie były pisane przez ludzi, którzy nie widzieli przemocy. Przeciwnie: żyli oni w czasach powszechnych konfliktów i widzieli z bliska, czym skutkuje niepohamowany „kult dzielności”. Anonimowy autor pieśni „Raoul de Cambrai” (to realistyczny portret rycerzy z przełomu wieków XII i XIII) stwierdzał rzeczowo, że „człowiek nieokiełznany ma wielkie trudności z przeżyciem” – i w walce, i w życiu w ogóle.
Kultura, w której tożsamość wojownika manifestuje się głównie w „marsowości”, nie sprawia, że staje się on groźniejszy dla wrogów. Taka kultura jest groźna dla samych wojowników. I dla społeczeństw, które ci powinni chronić.
Średniowieczni nauczyciele sztuk walki rozumieli, że choć i Mars, i Słońce były potrzebne w naznaczonym konfliktem kosmosie, to jednak powinno się podążać przede wszystkim za tym drugim. I co kluczowe: Słońce było ich wyborem właśnie dlatego, że – prócz pobudzania wojowniczości – podtrzymywało też życie w ogóle.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















