Nigdy wcześniej nie przechodziłem ze zmarłym na „ty”.
– Jaki „pan Sławek”, mów mu „Sławek” – powie na tarasie Ewa, a kiedy zobaczy moje ni to zawahanie, ni rozbawienie, doda: – On nie cierpiał tych wszystkich „panów prezesów”, „panów Sławków”. Konwencje oddalają od siebie ludzi.
Muszę tu zaufać Ewie, bo nie mogę mieć pewności, czy faktycznie by tego chciał. Ani czy byłby zachwycony, że sześć tygodni po jego śmierci dziennikarz łazi mu po domu. Że zagląda do pokojów, do piwnic. Patrzy na pozostawione wędki, spławiki i hektolitry niewypitego Schweppesa o smaku lemon. Ewa też, prawdę mówiąc, takiej pewności nie ma, ale widzi w tym łażeniu potencjalne korzyści.
Jedyne, co od niego mam, to napisany własnoręcznie scenariusz. Ponad 20 lapidarnych komunikatów. Na dwóch kartkach, zapisane fioletowym cienkopisem – chwiejnie, ale czytelnie. Te komunikaty też nie były do mediów. Ale ich użycie to jedyny sposób, by to on ustalał także porządek tej historii.
Światło i cień: śmierć jest częścią życia
Porządek Ewy: idziemy za słońcem i światłem.
Warszawski Wilanów, wielki dom z trzyhektarowym ogrodem, wrześniowe resztki lata. Z chłodnego wnętrza, gdzie czuć zapach kadzidła z ambrozją, Ewa prowadzi na taras z tyłu domu. W czasie rozmowy poletka światła przeciskającego się pomiędzy drzewami będą się przesuwać po deskach podłogi. A Ewa będzie je „gonić” na swoim leżaku – zabierając mnie ze sobą. Kwadrans rozmowy, przesunięcie. Kolejny kwadrans – następny przeskok.
– Tak, szukam światła – mówi. – Ale też przyjmuję cień. Cień i mrok to nasz początek, dziewięć miesięcy w brzuchu matki. Nie boję się cienia. Jednak gdy mogę, szukam słońca.
Ewa jest 64-latką z Warszawy. Mógłbym przedstawiać ją różnie. Artystka plastyczka z wykształcenia. Projektantka wnętrz i mody – z wykonywanego wcześniej zawodu. – Tylko że ja jestem w punkcie, w którym odklejam od siebie stare etykiety, dociekając, kim jestem dzisiaj – zaznacza. – I tu nie ma miejsca na tytuły typu „magister sztuki”. Więc może napisz: kobieta, która chce opowiedzieć ludziom, że śmierć jest częścią życia. Żona Sławka.
O Ewie usłyszałem od Anji Franczak, założycielki Instytutu Dobrej Śmierci, pierwszej w Polsce douli śmierci i odchodzenia. – Opisz historię Ewy. Pokazuje, jak tęsknimy za utraconymi rytuałami. I do czego nam służą – powiedziała Anja, a kilka tygodni później pojechała ze mną na Wilanów do Ewy.
Sławek: uzależniony od żony
Ze światła w cień i z powrotem, uważa Ewa, Sławek przechodził sprawnie: – Całe życie na krawędzi. Szedł jak po grani: z jednej strony widok na życie, z drugiej na śmierć.
Poznali się 30 lat temu – przez dekadę byli przyjaciółmi. Ona przychodziła do jego domu z pierwszym mężem, on mieszkał tu z pierwszą żoną. Zakochali się w sobie. Zamieszkali razem.
Sławek był lekarzem onkologiem, w wolnej Polsce poszedł w biznes.
Ewa: – Zrezygnował z leczenia innych, bo nie przynosiło to wystarczających dochodów, a miał małe dziecko. Najpierw sprzedawał ubrania z Tajlandii, później były różne branże, od poligrafii po działalność wydawniczą. „Nikifor biznesu”, tak mówił o Sławku mój poprzedni, nieżyjący już mąż, mając na myśli talent. Sławek robił to, co akurat mu się podobało. Zawsze na dużą skalę. Jak dom, to wielki, jak ogród, to duży. A jak firma – to z rozmachem.
Jasna strona Sławka według Ewy: wizjoner. Z poczuciem humoru. Z sercem na dłoni. Wierny wobec przyjaciół.
Strona ciemna: „uparty zakapior”. Z krótkim lontem. Łatwo wpadający w uzależnienia. – Ciężko chorował na płuca, miesiącami czekaliśmy na przeszczep – opowiada Ewa. – Ale trudno mu było, mimo twardego wymogu, zrezygnować z nałogu. By zakwalifikować się na zabieg, skłamał, że już nie pali. Gdy kłamstwo wyszło na jaw, na jakiś czas przestał. Później się zniechęcił, znowu zaczął. Palił po trzy paczki dziennie. Mówiłam, że już nie chcę żyć w popielniczce, więc zrobiliśmy w domu specjalny pokój-palarnię.
Strona jasna?
– On był Ptaszulkiem, ja Misiem, rzadko inaczej mówiliśmy. „Misiu, twoja otwartość na ludzi zakrawa na naiwność”, śmiał się. Rzeczywiście, szybko skracałam i skracam dystans. Byliśmy diametralnie różni, odkrywaliśmy siebie i to, że nikt z nas się nie zmieni dla drugiej strony. Czuję się tymi dwiema dekadami z nim obdarowana. Po lewej rzeczy trudne, po prawej piękne – jak umiałam trzymać balans, było dobrze.
Noc z 23 na 24 czerwca tego roku: dzwoni szpital. – Pytanie, czy ja to ja, i czy Sławek jest zdrowy, bo są płuca – wspomina Ewa. – „Proszę za godzinę być w szpitalu”. Wchodzę do pokoju, a on siedzi i pali… Zaczęliśmy doprowadzać się perfumami do stanu używalności. Wjechaliśmy na ten oddział jak drogeria. Pielęgniarka pyta: „Czy pan jest od czegoś uzależniony?”, a Sławek: „Ja? Co najwyżej od mojej żony”. Wtedy też powiedział, że jest nosorożcem, tzn. jest silny i wytrzyma przeszczepienie. Ale rano okazało się, że ma słabe wyniki, i chcą go wysłać do domu. Podpisał kwit o przeszczepieniu wysokiego ryzyka.
25 czerwca: dzwoni blok operacyjny, lekarz daje aparat Ewie: „Misiu, podpisuję świadomie, to jest jedyna szansa na życie”. Ewa: – To była nasza ostatnia tak swobodna i świadoma rozmowa.
Testament życia: jak się przygotować do śmierci i umierania
Półtora roku wcześniej. Dokument ma datę 19 stycznia 2024 r. Nosi tytuł: „Testament życia”, choć nie jest klasycznym testamentem życia, z wytycznymi o leczeniu, uporczywej terapii itd. Z ponad dwudziestu punktów życia dotyczy tuzin – reszta to scenariusz pożegnania i pochówku.
– Podstawową treść wzięłam z publikacji Elisabeth Kübler-Ross, autorki książki „Rozmowy o śmierci i umieraniu” – opowiada Ewa. – Ale ponieważ śmierć towarzyszy mi od dawna, i mam też doświadczenie prowadzenia warsztatów jej dotyczących, dopisałam do listy własne pytania. A Sławek na nie odpowiedział, będąc jeszcze w dobrej formie.
Napisał: „Chcę umierać w domu, w spokoju”.
Ewa: – Tego punktu nie udało się spełnić. Przeszczepione płuca są odnerwione. Taki zabieg jest porównywany do zderzenia z ciężarówką. Transplantacja, mimo wysokiego ryzyka, się powiodła. Tylko że Sławek zakaził się bakterią. Więc była huśtawka: jak odzyskał pion, mówił, że chce do domu. Awanturował się, łapał depresję, kazał się wieźć. Ale gdy pytałam, czy już chce umrzeć, nic nie mówił. Więc go do domu nie wzięłam, bo to oznaczałoby zgodę na koniec, a on do samego końca walczył o życie.
Noc z 4 na 5 sierpnia: Sławek traci przytomność. – Rano rozmawiałam z lekarzem. Powiedział, że nie ma szans. Byłam przy łóżku Sławka całą noc, nikt mnie nie wyrzucił. W dodatku później wykonano wobec nas piękny gest. Zostaliśmy przeniesieni do jedynki z łazienką. Każdy mógł tam przyjść i go pożegnać, nie musieliśmy nawet nosić masek. Można powiedzieć, że umierał jak w domu.
Z Testamentu: „Proszę mnie nie reanimować i nie podtrzymywać sztucznie na respiratorze, jeśli nie będzie szansy na normalne życie”.
I dalej: „W gronie bliskich mi osób, np. Ewy lub dzieci, trzymając mnie za rękę. No chyba że boicie się, że was pociągnę :-)” – w odpowiedzi na pytanie o towarzystwo w ostatnich chwilach.
„Bez księdza, proszę” – w odpowiedzi na pytanie o kapłana.
„Bez specjalnych pożegnań”.
„Wolę świadomie, nawet w bólu”.
Śmiech: Umierający nie może myśleć, że chcemy go zatrzymać
Rozpacz rozcieńczała mama Sławka.
„Jakie piękne twarze, a czemu wy wszyscy tacy zapłakani?” – pytała znad jego łóżka, gdy był nieprzytomny. „Jaki piękny, przejrzysty pokój!” – zachwycała się.
Ewa: – Potem odwracała głowę w stronę okna. Zdawało się, że coś do niej dociera, pomimo demencji.
– A co to za facet? Dlaczego on tak dyszy?
– Jest pod respiratorem. To mamusi syn.
– A co mu się stało?
– Umiera.
– Aha, to okropne.
– Czy mamusia chciałaby coś mu powiedzieć?
– Ja bym bardzo mu chciała coś powiedzieć. Tylko że on wygląda na takiego, co nie ma czasu.
Ewa: – Zaprosiła nas do swojej przestrzeni, w której nie było dramatu i rozpaczy. To był dar dla nas i dla niego. Bo wierzę, że on ją słyszał.
Sobota, 9 sierpnia, dwie minuty przed dziewiątą – koniec. Bez prób reanimacji. Bez księdza. Bez specjalnych pożegnań. Bez bólu. Z Ewą u boku.
– Pod koniec nie trzymałam go za rękę – zaznaczy. – Umierający nie może myśleć, że chcemy go zatrzymać. Lepiej wsunąć dłoń w jego dłoń i spokojnie trwać, nie dotykając ciała, które w czasie umierania jest bardzo wrażliwe.
Warkocz żałoby: nawet śmierć dziecka da się przemienić w radość życia
Ewa: – Jeden z członków rodziny, gdy dowiedział się, że Sławek umiera, wpadł w rozpacz. Moja córka skomentowała: „On jest dziewicem umierania, mamo. My jesteśmy zaprawione w boju”.
Pytam więc Ewę o „jej” śmierci. Ale boję się zapytać o tę pierwszą, dlatego zagajam niezdarnie, naokoło. Jak to jest przeżyć taką śmierć?
Ewa: – Jedziesz na wakacje z dzieckiem, wracasz z dębową skrzyneczką. Moja córka się utopiła. Przez cztery lata nie mogłam o tym mówić. Przez cztery kolejne nie potrafiłam się pogodzić. Osiem lat pierońskiej pracy. Ustawienia hellingerowskie, podróże, psychodeliki – wyplatanie warkocza żałoby.
Po tych latach poszłam na warsztaty jogi kundalini. Powiedziałam mistrzowi, że nie mam pewności, czy podołam. On odparł, że nikt mnie tu nie będzie trzymał, ale to warsztaty dla mnie. Spytał, czy wiem, dlaczego moja córka umarła. Powiedziałam, że sobie takich pytań nie zadaję, bo się na nich wykładam. A on mnie jakby wyprowadził poza umysł, i usłyszałam własny głos: że ona umarła, żebym ja była świadectwem. Że nawet śmierć dziecka da się przemienić w radość życia.
– Dziesięć miesięcy wcześniej żegnałam pierwszego męża – kontynuuje Ewa. – Przez dwa lata gasł na białaczkę. Oswajanie tego tematu wiązało się z tym, że nie wolno było nawet przy nim tego słowa używać. Potem była mama, która nie chciała odchodzić. Umierało jej ciało, głowa chciała żyć. Krzyczała, płakała. Imałam się wszystkiego. Zaczęłam nawet wzywać na pomoc jej przodków. „Zobacz – mówiłam – tu wszyscy są. Twoi rodzice: tata, mama. Twój mąż…”.
Tydzień po spotkaniu na Wilanowie telefon od Ewy: kilka dni wcześniej straciła przyjaciółkę. – Marysia, moja wnuczka, powiedziała: „Ciągle umierają twoi przyjaciele”. Odpowiedziałam, że takie jest życie, na co mój wnuk: „Umierają, ale ja czuję, że więcej się rodzi”. Śmierć to jedna z istot, które prowadzą mnie przez życie. Nie da się przygotować. Ale da się oswoić.

Testament c.d.: rytuał pożegnania
Ewa wspomina: – To była sobota, ciało do poniedziałku zostało w szpitalnej kostnicy. Jeszcze za życia mówiłam Sławkowi: „Zabiorę cię do domu”. I zabrałam, do naszej sypialni.
Z Anją i Ewą przechodzimy z tarasu do wnętrza. Drewniana podłoga, na środku zasłane kolorową narzutą małżeńskie łoże, blady pastel na ścianie, za oknami ogród. – Pod koniec spuszczałam żaluzje, bo Sławkowi przeszkadzało światło – mówi Ewa, przysiadając na łóżku.
Testament: „Kto ma cię myć i ubierać po śmierci?”. „Ewa z dziećmi albo bez dzieci. Pochowajcie mnie bez ubrania”.
Ewa: – Położyliśmy ciało Sławka na stole do masażu, wzdłuż ściany. Ja, dzieci, dwóch najbliższych przyjaciół i Anja kremowaliśmy go, nacieraliśmy olejami, myliśmy włosy, suszyliśmy. Pochówek „bez ubrania” był wyrazem przywiązania do prostoty. Był bogaty, ktoś mógł go nawet odbierać jako gadżeciarza, a równocześnie miał potrzebę skromności.
Anja: – Mycie, olejowanie, to nie to samo co tzw. toaleta pośmiertna praktykowana w domach pogrzebowych i stanowiąca techniczną procedurę. Tutaj chodzi o osobisty rytuał, wyraz troski i czułości żyjących względem zmarłego. Podziękowania za 67 lat jego życia.
Testament: „Czy podczas przygotowania twojego ciała do pochówku / kremacji ma panować cisza / rozmowy / muzyka?”. „Możecie rozmawiać, śmiać się i przypominać ostatnie miłe wspólne spotkania”.
Anja: – Rozmawialiśmy, bywało śmiesznie. Np. przenosimy ciało Sławka z tego stołu na łóżko, na prześcieradle. Każdy łapie za jeden róg, wszyscy skupieni. W końcu kładziemy go na łóżku, ja mówię ni stąd, ni zowąd: „Taka sytuacja”, i chyba do wszystkich dociera absurdalność chwili, bo wszyscy wybuchają śmiechem.
Szkolenie: prawdziwy obraz śmierci
Anja Franczak prowadzi szkolenia z osobistych rytuałów pożegnań. Dla osób, które mają w rodzinie kogoś bardzo chorego. Dla ludzi w średnim wieku, którzy mają starych rodziców. Dla personelu szpitali, hospicjów, domów pogrzebowych. Ci potrafią obchodzić się z ciałem nieżyjącego człowieka, ale mówią, że w instytucjach te zabiegi są czysto techniczne, czasem nieludzkie.
Na szkoleniach Anja opowiada m.in. o technikaliach. Np. o tym, jak myć i pielęgnować skórę. Jak przenieść bezwładne ciało na prześcieradle. Jak zmarłego ubierać, i dlaczego w jednym momencie to łatwe, bo ciało jest bezwładne, a w drugim już „nie współpracuje”.
– Tuż po śmierci wchodzi w fazę rozluźnienia, jest jak „flaczek” – opowiada mi Anja. – Po godzinie, a czasami po kilku, w zależności od osoby, choroby, wieku itd., zaczyna się proces sztywnienia, rigor mortis. Potem ciało się ponownie rozluźnia. Praktyczna rada jest więc taka, by ubierać albo od razu po śmierci, albo odczekać kilka godzin.
Tego wszystkiego, uważa Anja, większość z nas nie wie. Wielu zaś – zwłaszcza w dużych miastach – nawet wiedzieć nie chce:
– Ostatnio rozmawiałam z koleżanką z domu pogrzebowego w Toruniu. Mówiła, że po tonie i treści wypowiadanych przez klientów zdań rozpoznaje, czy dzwonią ze wsi, czy z miasta. Jeśli ze wsi, mówią zwykle normalnym, spokojnym głosem: „Babcia umarła, zabierzcie ją, proszę, za kilka godzin”. Jeśli nie, słychać zwykle popłoch, jakby trzeba było kogoś ratować: „Zabierzcie natychmiast ciało”.
Pytam Anję, co zyskujemy, pozostawiając ciało bliskiego przy sobie. Anja odpowiada, że po pierwsze prawdziwy obraz śmierci:
– Współcześnie w głowie mamy obrazy śmierć wypaczające: z filmów, gier, newsów o katastrofach i wypadkach, które przedstawiają ją w kontekście przemocy albo tragedii. Tymczasem śmierć potrafi również mieć twarz spokojną, naturalną, zaś widok osoby nieżywej tylko w naszych wyobrażeniach jest czymś brzydkim i odrażającym. Większość obrazów nieżywych ludzi, z jakimi się stykałam, kojarzyła się ze spokojem, dostojeństwem, mistycyzmem.
Po drugie, dodaje Anja, zyskuje nasz mózg.
– Kontakt z nieżywym ciałem, ze śmiercią, pozwala pojąć, co się tak naprawdę stało. Sam umysł, nakarmiony ustną, pisemną albo telefoniczną informacją, że dana osoba zmarła, to mało. Doświadczenie: widok nieżywego ciała, czasami jego chłód czy sztywność, oznacza wystawienie na śmierć także naszych zmysłów, a to ważne. Pracuję z osobami w żałobie i wiem, że jej przebieg zależy też od tego, w jaki sposób dana osoba pożegnała zmarłego bliskiego. Mówią o tym ludzie, którzy pomagali przy pośmiertnej opiece nad ciałem. Np. pan, który mówi, że po każdym odejściu, którego doświadczył w rodzinie, miał te same odruchy: chciał do tych ludzi po ich śmierci dzwonić, z przyzwyczajenia sięgał po telefon. Z jednym wyjątkiem: nigdy takiego odruchu nie miał w przypadku zmarłej żony, którą po jej śmierci żegnał, mył, pielęgnował i chował.
Wreszcie po trzecie i czwarte, odzyskujemy utracone poczucie sprawczości i wzmacniamy wspólnotę.
– Śmierć bliskiego to kontakt z bezradnością, rytuał to powrót do przekonania, że mamy wpływ – mówi Anja. – A że rytuały wykonujemy w grupie, powołujemy wspólnotę. W przypadku Sławka ta wspólnota zawiązała się jeszcze za jego życia, na bardzo licznej grupie WhatsAppowej, gdzie każdy mógł go pozdrowić i dodać mu otuchy. Później ci sami ludzie mogli przyjść do jego domu na ostatnie pożegnanie.
Preludium: ostatnie pożegnanie z ciałem zmarłego
Ewa: – Na godzinę osiemnastą zaprosiliśmy gości. Ciało Sławka, przykryte całunem, leżało w kartonowej trumnie na łóżku. Na ziemi było wieko, które malowaliśmy akrylami. W kolory, wzory. Przykleiliśmy rzeźby tęczowego nosorożca, w myśl jego stwierdzenia przed operacją. Oraz smoka i ptaka, od pseudonimu „Ptaszulek”. Do trumny wkładaliśmy przedmioty.
Ewa pokazuje zdjęcie: obok zawiniętego w całun ciała widać dwie kolorowe laurki od dzieci, żółte pudełko papierosów marki Camel, butelkę cytrynowego Schweppesa, kwiaty słonecznika.
Z Testamentu. „Czy jakaś muzyka miałaby być puszczana podczas twojego pochówku. Jaka?”. „Może być np. Preludium e-moll Chopina lub Adaggio (4 pory roku Vivaldiego)”.
Ewa: – Był tłum ludzi. Kto chciał, odmawiał różaniec. Ktoś inny śpiewał, jeszcze inni siedzieli w ciszy. Były rozmowy, wspomnienia. W kuchni było jedzenie, herbata, kakao. Kto chciał, spędził noc u nas, czuwając albo śpiąc. A nazajutrz rano wynieśliśmy ciało Sławka. Dla mnie było ważne, że w tę ostatnią drogę wyruszył z naszej sypialni, a ja spędziłam z nim ostatnią noc.
„Witam Was, jak pięknie Was widzieć” – tak Anja Franczak zaczyna mowę pogrzebową Sławka. Potem mówi o jego życiu, przyjaźni, pracy. Że kochał: papierosy, książki, łowienie ryb, ludzi. Że ich sobie zjednywał. I że się go bali.
Ewa: – Hołduję zasadzie, o której usłyszałam, poznając historię jednego z południowoamerykańskich plemion. Uważali, że o zmarłym trzeba najpierw mówić źle, by oczyścić pole do dobrych wspomnień.
Ciałopalenie, pochówek urny. Żałobnicy rozchodzą się do domów.
Rzeczy: ile może trwać żałoba
Ewa mnie napomina. Delikatnie, z uśmiechem, ale stanowczo.
– W naszej kulturze jest przepis na żałobę, a nawet wymóg jej przeżywania wedle wzoru – mówi, gdy pytam, co czuje, zawierając jednak w pytaniu słowo „smutek”. – Ma być smutek, smutek ma trwać rok, a w tym czasie ma nie być tańców na weselu. A ja dzisiaj, siedząc z wami na tym tarasie, nie potrafię powiedzieć, czy odczuwam smutek. Może bardziej ulgę? Przecież Sławek cierpiał, on w ostatnim czasie był już zrobiony z cierpienia. A ja byłam przyzwyczajona, że zasypiam z telefonem, czekając na sygnał ze szpitala.
Do dziś, jak się budzę w nocy, to macam, czy leży telefon. Przez lata rezygnowałam z siebie. Była u mnie niedawno córka. „Mamo, jest zimno, a ty masz wszędzie pootwierane okna” – mówi. Tak, były pozamykane, bo Sławkowi było wciąż zimno. Nie mogłam też nigdzie się ruszyć, wyjechać. Po latach bycia dla Sławka odkrywam, o czym jestem ja. Chcę powiedzieć ludziom po stracie: wasza ulga też jest okej, tak jak wasz smutek.
(Telefon od Ewy po tygodniu: – Dziś czuję smutek. Ma fizyczną postać Sławka).
Schodzimy do garażu, Ewa pokazuje zalegające na podłodze zgrzewki cytrynowego Schweppesa. Pięć dużych, każda po trzydzieści półtoralitrowych butelek. Trzy zgrzewki małe. – Sławek nie był człowiekiem, który mógł sobie pozwolić na brak cytrynowego Schweppesa – uśmiecha się Ewa. – Pił go tak, jak jarał. Nawet po kilka butelek dziennie.
Piwnica. Na półkach plastikowe pudła ze sprzętem do łowienia. Sztuczne przynęty: myszy, rybki, różnokolorowe. W osobnych pudłach spławiki. Obok kołowrotki, wędki.
Ewa: – Żałoba to też przestrzeń. Siedzimy niedawno przy stole, nasza 6-letnia wnuczka pyta z oburzeniem, dlaczego jestem na dziadka miejscu. Odpowiadam, że dziadka już z nami nie ma. A ona biegnie do jego gabinetu, sprawdzić. Ja też oswajam przestrzeń. Jedne rzeczy zostawiam, innym zmieniam położenie, jeszcze innych się pozbywam. Byliśmy z wizytą u zaprzyjaźnionych rodzin na Podlasiu, by rozdać Sławka ubrania ludziom, którym te ubrania się przydadzą. Bluzy, buty, skarpety, dużo koszul, spodni. Niektóre z metkami, bo Sławek nie zdążył ich włożyć. A lubił się dobrze ubierać.
„Szczypta” Sławka: czy prochy zmarłego można rozsypać
Pisać o „rozsypywaniu dziadka” czy nie pisać?
– To była wasza rodzinna, świadoma decyzja. Ale może lepiej nie pisać, bo to obszar niejasny prawnie – powiedziała Anja. – Absurdalne, że wiele Polek i Polaków rozsypuje prochy, ale nie można o tym mówić publicznie.
– Pisać! To było piękne, w dodatku ważne dla Sławka, ten ogród to była jego pasja, ten ogród to on. Jak już nie miał siły po nim chodzić, jeździł kosiarką – powiedziała Ewa. I dodała: – Może tylko napiszmy, że popiół pochodził z ogniska palonego przez jego przyjaciela w czasie Sławka choroby, a tylko szczypta była prawdziwa. Bez wiedzy i zgody zakładu pogrzebowego.
Z Testamentu: „Proszę mnie spalić”. I jeszcze: „Proszę mnie pochować na Żytniej [warszawski cmentarz ewangelicko-reformowany – red.], ale chociaż szczyptę rozsypać w ogrodzie”.
„Rozsypywanie” trwało ponad dwie godziny.
Ewa: – Dzieci ruszyły niepewnie, potem miały nawet z tego frajdę: „Tu! I może jeszcze tu!”.
Siedzimy twarzą do ogrodu, Ewa opowiada: – Jedna „szczypta” Sławka jest przy tym wilku po lewej. To strażnik ogrodu, wyrzeźbił go nasz przyjaciel. Kolejna przy pierwszym świerku, który Sławek zasadził. Drzew jest więcej: są dęby, klon, karagana syberyjska.
Następna „szczypta” leży w miejscu, które nazwaliśmy „całowanie”. Rosną tam przylaszczki. Gdy zakwitały, pierwsza osoba, która to zauważyła, wołała drugą. I się tam całowaliśmy. Jak mówiłam Sławkowi, że ma oczy w kolorze przylaszczki, to się zaśmiewał: „Ty to potrafisz koloryzować, Misiu”.
Kolejna „szczypta” jest przy katalpie, tym jaskrawo zielonym drzewie. Tu też jest historia. Pewnie 15 lat temu kupiliśmy dwie. Ta, którą widzicie, była „moja”, druga dwa razy umarła. Za drugim razem, gdy było mu z tym trudno, powiedziałam: „Zostawmy tę koncepcję. Niech ta jedna będzie dla nas obojga”. Opowiem ci jeszcze o róży, którą nazwaliśmy Tesco. Sławek przyjechał raz z zakupów, patrzę, niesie róże z Tesco. Byłam zniesmaczona, pewna, że nie przeżyje nawet tygodnia. Zasadzona, odradza się do dziś. Ostatnio zakwitła w dzień jego urodzin.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















