Dauksza, Wandzel, Sobczuk: ich książki przyglądają się losom „przegrywa”, jego przemijaniu i wyczerpaniu

Leszek Kołakowski twierdził: „Życie każdego z nas jest porażką. Nieuchronną porażką”. Nie doczekał czasu, kiedy przyszła moda na tę mądrość. Wreszcie słychać głos milczącej większości.
Czyta się kilka minut
Biało-czerwony protest na placu Zamkowym. Warszawa, 24 sierpnia 2024 r. // Fot. Aleksiej Witwicki / Forum
Biało-czerwony protest na placu Zamkowym. Warszawa, 24 sierpnia 2024 r. // Fot. Aleksiej Witwicki / Forum

Chcielibyście czasem opowiedzieć o własnych zmaganiach ze światem? Pewnie trudno wam zasłużyć na uwagę ludzi, którzy rozmowę traktują jak arenę autoprezentacji. Zmieniają się w słuchaczy tylko wtedy, kiedy uznają, że macie więcej atrakcyjnych doznań do zaprezentowania. Komuś żyjącemu zwyczajnie trudno przebić się przez chór monologistów, bo czuje – parafrazując słowa pewnego megalomana – że nie ma żadnych kart. Gdy wreszcie usłyszy rytualne „Co u ciebie?”, zbywa je, po amerykańsku, nic nieznaczącym „wszystko OK”.

A przecież nie wszystko jest OK. Wielu z nas żyje w społecznym i emocjonalnym cieniu. Z jednej strony są ludzie, którzy odmierzają czas kolejnymi napisanymi książkami, nagranymi płytami, zrealizowanymi projektami i podróżami. Z drugiej – ci, którzy nie są szczególnie zdolni, ale za to pewni siebie. Pośrodku – milcząca większość.

Czy to, że dla innych jesteśmy tak przezroczyści, oznacza, że dla samych siebie też straciliśmy znaczenie? Jeśli odpowiedź nie przechodzi wam przez gardło, możecie ją zagwizdać. Jak Pablopavo z Ludzikami, bardowie nieznaczności: „A przecież stoisz taki młody, taki młody / I podchodzi dziewczyna i pyta: czy mogę od pana ogień? / A Ty wiesz, że to niegramatycznie i tylko popiół masz”. Można też zanucić razem z Sanah, idolką najmłodszych pokoleń: „Więc upadam i się ratuję krzykiem / Cichym, ciemnym kącikiem / Potem już cicho sza / Czy za błędy mogę przelać ci blikiem? / Ja mam problem z cennikiem”.

Ech, kto nie ma problemów z cennikiem, niech pierwszy rzuci w te rymy kamieniem. Kiedy oglądamy się na wyczyny innych ludzi, mamy kłopot z oszacowaniem własnej wartości. Jakkolwiek by liczyć, wychodzi suma bliska zeru.

Jak przegrać modelowo

W szukaniu dróg wyjścia pomoże nam literatura o porażce i nieistotności. Od noblistki Han Kang, Sigrid Nunez, Judith Schalansky, Grzegorza Bogdała, Urszuli Honek, Pawła Sołtysa, po kapłankę wszelkich przegrywów – Dorotę Masłowską.

Na jednym biegunie jest „Przegrany” Thomasa Bernharda, rzecz o spotkaniu z geniuszem, które odziera bliźnich ze złudzeń. Zmienia „dobrze zapowiadających się pianistów” w ludzi złamanych świadomością swej przeciętności. Na drugim biegunie leży pop-psychologiczna antyodyseja Ottessy Moshfegh „Mój rok relaksu i odpoczynku”, o młodej i dobrze rokującej Amerykance, która zawęża egzystencję do przestrzeni mieszkania na Manhattanie, a wreszcie do łóżka, gdzie przesypia początek XXI wieku. 

Modelowo? Zaraz, zaraz, przecież coś tu zgrzyta! Przecież to są uznani twórcy, nagradzani. Taki Bernhard już za życia był legendą, a i bohaterki Moshfegh nie celebrują swoich bezsilności w mikrokawalerkach, tylko w manhattańskich kamienicach. Gdzie tu przegrana, gdzie porażka?

Z odsieczą przychodzą nam autorki, które we współodczuwanie „małego życia” włączają czytelników i zarzucają na nich sieć empatii. Przyszła właśnie moda na opowieści o jednostce, która celowo schodzi ze społecznych radarów, wypisuje się z systemu miar i wag sukcesu. W przeciągu paru miesięcy ukazały się trzy książki z różnych perspektyw przyglądające się losom „przegrywa”, jego przemijaniu i wyczerpaniu.

Czy płeć autorek ma znaczenie? Kobietom, przez wieki traktowanym jako mniej sprawcze społecznie, łatwiej jest powiedzieć kulturze „sprawdzam” i obnażyć obietnice składane przez nią bez pokrycia. Problem porażki wybrzmiewa też u nich jako forma narracji: nie feruje się rozstrzygających sądów i nie ma pretensji do nieomylności. Charakterystyczne.

„Ludzie nieznaczni” Agnieszki Daukszy: nieważność jako strategia przetrwania

Agnieszka Dauksza w „Ludziach nieznacznych” pokazuje nam prawdziwą stawkę, o którą dziś gramy. Przytrafiła nam się podwójna kumulacja: szczyt nierówności społecznych i niebotyczna piramida oczekiwań, stawianych przed człowiekiem. Odmowa udziału w grze o takie stawki jest coraz częściej pozorna. Przemysław Czapliński w wydanych niedawno „Rozbieżnych emancypacjach. Przewodniku po prozie 1976–2020” diagnozuje: skoro zbiorowa emancypacja się nam nie udała, a różne tożsamości występują przeciwko sobie, to ratunkiem staje się indywidualna terapia. Problem w tym, że dyskursy terapeutyczne odzyskują „przegrywów” nie po to, żeby zdjąć z nich brzemię porażki, ale po to, by nawet nie ośmielili się być ludźmi zbędnymi.

Nie widzę jednak Daukszy ani w drużynie emancypacji, ani w drużynie terapii. Nieznaczność, która dla Daukszy jest przewodniczką po świecie porażkowiczów, ma tu dwa oblicza. Choć pozwala autorce wpisać się w „ogólne poczucie przegrywu” i bezsilności, to jednocześnie czyni zeń alternatywną taktykę bycia. 

„A gdyby uznać, że w zasadzie każdy może być nieważny, że można wybrać nieważność jako strategię przetrwania? Przynajmniej byłoby to bliższe doświadczeniu większości” – proponuje Dauksza. O ile z początkiem cytatu można się zgodzić, o tyle druga część budzi wątpliwości. Jeżeli nieznaczność jest taktyką, to znaczy, że wymaga przejścia od pasywności do działania. To wymaga odwagi, którą mają tylko nieliczni nieznaczni. No właśnie…

Na mistrzów nieznaczności autorka wybiera postaci, które wydają nam się jej zaprzeczeniem. James Baldwin, Anna Świrszczyńska, Björk i Kim de L’Horizon to osoby biorące konwenanse w nawias, ale przecież absolutnie niepasywne. Daukszę interesują sytuacje, kiedy porażka i bezsilność stają się „zapalnikiem do działania”, które nie szuka poklasku. Jej nieznaczni głoszą niewygodne prawdy. Podejmują ryzyko „ucieczki z apatycznego lądu na niespokojny ocean”. 

Wśród nich znajdzie się miejsce dla aktywistów z Grupy Granica i Ostatniego Pokolenia, dziennikarzy radiowej Trójki protestujących przeciw upolitycznieniu stacji, dla Joanny Szczepkowskiej, Katarzyny Nosowskiej, Sylwii Chutnik, Jany Shostak, Sinéad O’Connor i innych „performerek bezsilności”. 

Dołącza do nich aktorka Jennifer Coolidge, długo czekająca na sławę i niebojąca się śmieszności, gwiazda serialu „Biały Lotos”. Pojawia się nawet Lady Gaga i jej wieloznaczna kreacja z argentyńskiej wołowiny, w której wystąpiła na gali MTV Video Music Awards w 2010 r. W wywiadzie dla „Dwutygodnika” Dauksza tłumaczy obecność globalnej gwiazdy w tym gronie, mówiąc, że „w doświadczeniu nieznaczności nie chodzi wcale o stan konta”.

O co więc chodzi? O „umiejętność przeciwdziałania własnej bierności, zarządzania niezgodą, mobilizowania rezerw, dokonywania kolejnych zwrotów, płynnego przechodzenia od obrony przez unik, walkę, ucieczkę, aż do zależności”. Jednak znakomita większość opisywanych przez Daukszę przypadków to historie osób dysponujących czymś równie ważnym, jak pieniądze: kapitałem kulturowym i symbolicznym, rozgłosem i uznaniem. Działają w enklawie aktywizmu, zaangażowanej literatury i sztuki. Dlatego do wspaniale napisanego eseju Daukszy wkrada się fałszywa nuta. Nieznaczność jest tu więc strategią elitarną, życiowym projektem dla wybrańców bogów i muz.

„Sztuka przetrwania” Anki Wandzel: artyści popełniają błędy

Z muzami droczy się za to Anka Wandzel w zbiorze esejów „Sztuka przetrwania”. Działalność artystyczną traktuje jak każdą inną pracę. Taką, która zmusza do gonitwy niewartej swej ceny i odpłaca się frustracją. Skoro dobrymi chęciami artystów można co najwyżej wybrukować piekło, lepiej zwrócić się ku działaniom bliższym ziemi. Wręcz w niej utarzanym.

Ale zanim Wandzel zanurzy się w poszyciu, kłączach i grzybniach, najpierw opowie nam o swoich ciążach, które skończyły się zbyt szybko, i o porodach, które przyniosły zarówno szczęście, jak i depresję. Będzie wracać do pandemicznego lockdownu, który zdarzało jej się sabotować: „przemykałam z wózkiem wzdłuż ogrodzeń zamkniętych państwowym dekretem parków. Z pęczkiem włoszczyzny w plecaku, żeby w razie czego móc nakłamać policjantom, że wcale nie wyszłam z dzieckiem na spacer, tylko po zakupy, co akurat było nadal dozwolone”.

Kiedy już legalnie wyjdzie na powietrze, trawa w centrum stolicy będzie wspinać się po jej kolanach, a żółta rewolucja forsycji, mirabelek i mniszków lekarskich nie pozwoli osunąć się w stan niemocy. „Czy wiedząc, że pod naszymi stopami – a także w naszych domach, miastach i instytucjach publicznych – nieustannie wije się taki żywioł, powinnyśmy dalej uczyć nasze dzieci twardo stąpać po ziemi?” – pyta.

Jeśli nauczeni twardego stąpania po ziemi czytelnicy obawialiby się, że jest to książka o przytulaniu drzew (w ostatniej dekadzie takich botaniczno-terapeutycznych wątków w polskiej literaturze nie brakowało), to rozwiewam te wątpliwości. Wandzel interesują rośliny „nieznaczne”, które w relacji z człowiekiem są na straconej pozycji, jak chwasty. Mediatorkami ich świata są zaangażowane artystki. To Elżbieta Jabłońska z „Nieużytkami sztuki”, grządkami uprawianymi przez ludzi z różnych światów społecznych i pokoleń. Potem zmarniały i uschły, bo skończył się projekt, dzięki któremu zawitały do warszawskiej Królikarni. 

To działania drzewołazki Cecylii Malik, protestującej przeciw bezmyślnemu wyrębowi drzew. To „Chwasty” Karoliny Grzywnowicz, która przeniosła do nobliwej Zachęty łąkę z ziem pamiętających dramaty ludzi przesiedlonych wskutek Akcji Wisła. Zanim łąka trafiła do galerii sztuki, musiała zostać wyceniona, odrobaczona i spakowana. Kiedy spełniła swoje zadanie, przesiedlono ją na nadwiślański skwer, gdzie, mimo intencji artystki, została skoszona.

Rozważania Wandzel największy ciężar mają wtedy, kiedy dotyczą porażki sztuki, niemocy i samooszukiwania się artystów, że wolno im więcej. To przypadek Joanny Rajkowskiej, która z nieczynnego budynku stacji transformatorowej chciała uczynić „infrastrukturę zieloną i błękitną” dla wszystkich istot. Prawie wszystkich. Trafostacja stała się schronieniem dla dwóch bezdomnych mężczyzn, których artyści „uprzejmie” wyprosili. 

Nikt nie czuł się w porządku, ale projekt trzeba było przecież wykonać. Artyści popełniają błędy, które nie ważą mniej ani więcej niż błędy urzędników. Są ludźmi, pracownikami, wyrobnikami i jadą na tym samym wózku, co inni „porażkowicze”? To nieprawda, mówi Wandzel. W pisaniu i działaniu artystycznym nie zrozumiemy ludzi, którzy nie mają dachu nad głową, ani tych, którzy przedzierają się przez lasy w poszukiwaniu nowego domu.

Wandzel podkreśla, że pisanie o poczuciu nieistotności i słabości jest przywilejem i nie daje moralnego prawa do reprezentowania niemego cierpienia innych. A jednak na swój sposób sama to robi i wraca do punktu wyjścia. Jest w tym kręceniu się w kółko szczera i bezradna: „Dopóki przetrwanie będzie w Polsce sztuką dostępną tylko dla wybranych, każda, nawet najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca baśń środowiskowa musi próchnieć i rozpadać się pod naporem widm, win i wstydu – aż wszystkie metafory pójdą w drzazgi”. Język roślin, którym opisuje bolączki świata ludzi, maskuje tylko to, że walczy się tu o przegrane sprawy.

„Mała empiria” Katarzyny Sobczuk: test na wczesną starość

Najuczciwszą propozycję składa przegrywom Katarzyna Sobczuk w „Małej empirii”. W pierwszych słowach dziennika żałobnego po samej sobie uprzedza, żeby szykować się na horror. Tutaj czterdziestka nie jest nową trzydziestką, lecz wstępem do apogeum porażkowania. Sobczuk przenosi uwagę na upływającą codzienność, kiedy nie gromadzi się już kapitałów, ale traci grunt. To czas, gdy upodabniamy się do rodziców, a dla dzieci stajemy się ostrzeżeniem, jak nie skończyć.

„Mała empiria” przybiera formę testu na wczesną starość. Wydaje się, że niewinną, bo o niemal stuprocentowej zdawalności. Jeśli bywasz rozmarudzona, popadasz „w zadumę bez puenty”, opowiadasz te same anegdoty, wyznajesz miłość kotu, rozczulają cię kiczowate prezenty i szyfrujesz w kalendarzu wizyty u lekarzy – twój sezon przemijania już się zaczął. Pozbywasz się świadków twojej nieznaczności – unikasz starych przyjaciół i nielubianych krewnych. Irytują cię ludzie młodsi i starsi. Zamiast kupić nowe ubranie, jedziesz do Ikei po lampion i zapachową świeczkę. 

Na każdego znajdzie się tu paragraf. Okaże się, że niektórzy byli już starzy od pacholęcia, ale kiedyś tego nie dostrzegali (nadużywanie słów „już” i „kiedyś” też należy do symptomów starości). Po lekturze „Małej empirii” na wszelki wypadek przestałam podpisywać maile zwrotem „serdeczności” – bo to również zdradza pewien etap życia.

„Być może jedna tylko rzecz jest naprawdę ważna w tej książce, a reszta jest napisana dla niepoznaki” – autorka zostawia wskazówkę tym, którzy chcieliby przebiec zbyt szybko przez ten zbiór scen z życia codziennego. Aforyzm służy jej za broń przeciw metaforom pacyfikującym prawdę o przemijaniu. To ono z obojętności czyni ostatnią przyjemność. Sentymentalizmem kamufluje brak nowych pragnień i przeterminowanie dawnych. Trzymanie gardy służy za taktykę przetrwania czasu, gdy rodzice odejdą, a dzieci staną się obcymi. Jedyna wielka kumulacja, na którą mamy wygrany los, to „kruchość życia, świadomość śmierci i samotność”. Nawet lament nad zmarnowanym życiem został ludziom średniostarym odebrany, bo w kulturze psychoterapii nie ma życia, którego nie dałoby się przepracować.

Ostateczny cios złudzeniom, że starość o nas zapomni, Sobczuk zadaje wtedy, gdy pisze o powolnej utracie przyjemności z czytania. Nie chce się już znać młodych pisarzy. Nowe przekłady klasyki irytują. Stare też nie przynoszą ulgi. Musil, Broch i Proust nudzą, a z pierwszej lektury zostało mgliste wspomnienie i zapiski na marginesie, których dziś nie da się z niczym powiązać. A jeśli „cała humanistyka to tylko zbiór przekonań”? – pyta. Ten wyrzut łączy ją z Daukszą i Wandzel. Czyż literatura, sztuka i filozofia nie zabawiają się nami, z nieznaczności, bezsilności i przemijania czyniąc łatwo powielany topos?

Mimo to narratorka „Małej empirii” nadal trzyma przy łóżku stare książki, pożółkłe kotwice sensu. Agnieszka Dauksza, upominając się o znaczenie małego życia, nie wychodzi z rozrastającej się biblioteki. Anka Wandzel wciąż prowadzi rozmowy z artystkami, a wieczorem wekuje samodzielnie wyhodowane zbiory. „Wiadomo, łatwo nie będzie, bo ze sztuką przetrwania zawsze jest masa roboty. Ale przynajmniej nie jesteśmy na tym polu same” – zachęca. Co począć – do dzieła! Wspaniała porażka nie doświadczy się sama.

Szkoła przetrwania dla każdego

Agnieszka Dauksza. Kraków, 3 września 2020 r. // Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Agnieszka Dauksza, „Ludzie nieznaczni”, Karakter i słowo/obraz terytoria, Kraków-Gdańsk 2024.

„A gdyby uznać, że w zasadzie każdy może być nieważny, że można wybrać nieważność jako strategię przetrwania? Przynajmniej byłoby to bliższe doświadczeniu większości” – proponuje autorka. Ale jeżeli nieznaczność jest taktyką, to znaczy, że wymaga przejścia od pasywności do działania. Mają ją tylko nieliczni nieznaczni. Sprawdźmy chociaż, jak sobie daje z tym radę taka Björk lub Lady Gaga.

Katarzyna Sobczuk // archiwum prywatne

Katarzyna Sobczuk, „Mała empiria”, Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2024.

Oto forma testu na wczesną starość. Na każdego z nas znajdzie się tu paragraf. Okaże się, że niektórzy byli już starzy od pacholęcia, ale kiedyś tego nie dostrzegali. Nadużywanie słów „już” i „kiedyś” też należy do symptomów starości. Po lekturze „Małej empirii” na wszelki wypadek przestałam podpisywać maile zwrotem „serdeczności” – bo to również zdradza pewien etap życia.

Anka Wendzel // Fot. Małgorzata Kępa / materiały prasowe Wydawnictwa Karakter

Anka Wandzel, „Sztuka przetrwania”, Karakter i MSN, Kraków-Warszawa 2025.

Autorka podkreśla, że pisanie o poczuciu nieistotności i słabości jest przywilejem i nie daje moralnego prawa do reprezentowania niemego cierpienia innych. A jednak na swój sposób sama to robi i wraca do punktu wyjścia. Jest w tym kręceniu się w kółko szczera i bezradna. Język roślin, którym opisuje bolączki świata ludzi, maskuje tylko to, że walczy o przegrane sprawy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Gra w przegryw