Małe ręczniki. Czego nauczyła mnie choroba i śmierć matki

Z jej wiarą było chyba trochę jak z paleniem: ćmiła tylko jednego papieroska wieczorem, stojąc pod wiatą i delektując się tą chwilą odprężenia przed snem, która nie wiem, czy nadchodziła.
Czyta się kilka minut
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Dwie rzeczy nie dają mi spokoju i nigdy nie odpuszczą: szum w uszach i żałoba po śmierci mamy. Do obu trudno się przyzwyczaić. Pewnie dlatego, że jak napisała Joan Didion: „Żal po stracie, kiedy nadchodzi, zupełnie nie przypomina tego, czego się spodziewaliście”. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale bardzo nie chciałem tego przeżywać. 

Powracająca żałoba po śmierci matki

W tym roku minie od jej śmierci czternaście lat, niedługo będę mógł obejrzeć „Czterdziestolatka” i powiedzieć, że to film o mnie, a nieprzepracowana żałoba wciąż powraca falami. Zacząłem pisać ten tekst w styczniu, zupełnie nagle w środku nocy, bo zdałem sobie sprawę, co wyprawiam: przed każdym wyjściem z domu nerwowo patrzę przez okno w kuchni, kryjąc się za wielkim liściem monstery postawionej ryzykownie na lodówce, żeby sprawdzić, czy moja sąsiadka jara szluga. 

Uruchamianie odtwarzacza...

Robię to z największą dyskrecją, jakby chodziło o wojskowy wywiad albo graniczący z fobią lęk przed przelotnymi pogawędkami o niczym w pośpiechu na tramwaj. Nic jednak z tych rzeczy. Moja ulubiona sąsiadka choruje, a każda rozmowa z nią przypomina mi o mojej – wydawałoby się: głęboko zakopanej – stracie.

Sam sobie nie wierzę, kiedy mówię jej, że na pewno wszystko będzie dobrze, a kiedy nic nie mówię, czuję się jeszcze gorzej. Reakcje mojej sąsiadki, nałogowej palaczki, która po zawale próbowała przerzucić się na papierosy elektroniczne, teraz zaś jest już na etapie, kiedy odstawienie szlugów mogłoby jej tylko zaszkodzić, a na pewno pozbawić rudymentarnej przyjemności, czynią sprawy trudniejszymi, bo żywo przypominają zachowanie mojej umierającej mamy. 

O czym powinni wiedzieć wszyscy ojcowie

Kiedy po wszystkim odziedziczyłem jej laptopa, srebrnego, dziwacznie kwadratowego Lenovo, na którym mogłem grać w gry, jakie nie chodziły na moim sprzęcie, w samym rogu, wystający jak but licealnego palacza zza winkla, zerkał na mnie wordowski plik z czymś, co było jej ostatnimi zapiskami. Ledwie kilka zdań, w tym otwierające, wyrażające troskę o rodzinę, której jądro za chwilę ulegnie rozszczepieniu. O tym moja mama myślała przed śmiercią. O swojej rodzinie. Musiała już wtedy wiedzieć, że nie zostało jej dużo czasu.

Sąsiadka nie mówi mi o swojej rodzinie, ale przed pierwszą chemią posprzątała mieszkanie, żeby jej mąż, mający na imię tak samo jak mój ojciec, miał łatwiej, bo przecież nawet nie wie, gdzie są małe ręczniki.

Nie wie, gdzie są małe ręczniki.

Powtórzyła to zdanie właśnie tak, dwukrotnie, a ja z choroby mojej mamy jak przez mgłę pamiętam, że małe ręczniki są bardzo ważne, może nawet bardziej istotne niż niepraktyczne duże frotowe ręczniki, dobrze prezentujące się na plaży albo w beskidzkim SPA, ale niekoniecznie na ciele pochłanianym przez nowotwór. Bardzo bym chciał, żeby wszyscy ojcowie wiedzieli nie tylko, gdzie są małe ręczniki, ale też na przykład poszewki i wyciskarka do czosnku, zanim ich żony zachorują.

Diagnoza i proces odchodzenia

Niemal wszystko pamiętam jak przez mgłę, czas kondensuje się do rozmiarów pudełka po butach, w którym zmieszczą się pocztówki: z diagnozą, szybką operacją, w trakcie której niczego już nie da się wyciąć, tabletkami z morfiną, pokojem na półpiętrze w domu, hospicjum, nadzieją i cierpieniem, domem, cierpieniem i nadzieją, hospicjum, pogrzebem w słoneczny dzień pierwszego meczu polsko-ukraińskiego Euro 2012. Pogrzeb pogrzebem, ale mecz otwarcia trzeba obejrzeć. Wydaje mi się, że naprawdę to powiedziałem, siadając przed telewizorem. Było ciepło i jasno. 

Mgła nie jest dla mnie tylko metaforą. Któregoś zimowego wieczora przyjechałem pociągiem z Warszawy. Ojciec czekał na mnie przed dworcem i kiedy wsiadłem, zapytał, czy chcę jechać do szpitala. Chciałem, przez następne kilkadziesiąt minut pruliśmy w ciszy przez las, a kiedy ojciec włączał długie światła, między drzewami we mgle i mroku błyskały oczy dzikich zwierząt, które zamarłe w bezruchu czekały, aż przejedziemy. 

Na początku grudnia, kiedy mama dostała diagnozę, byłem na koncercie artystki, którą lubiłem. Nie mogłem znieść muzyki, napawała mnie obrzydzeniem i lękiem. Kiedy podzieliłem się ze znajomą na koncercie tym, jak się czuję i dlaczego, patrzyła na mnie dokładnie tak samo, jak teraz ja patrzę na moją sąsiadkę i pewnie każdego, kto mówi mi o swojej nowotworowej diagnozie. 

Wyobrażam sobie, że mam wyraz twarzy bezmyślny do granic, życzliwie można go nazwać osłupiałym, a tak naprawdę pewnych wiadomości nie da się usłyszeć ponownie. Kiedy sąsiadka powiedziała mi o diagnozie, usłyszałem coś zupełnie innego i uśmiechnąłem się do niej, zanim zdałem sobie sprawę, o czym naprawdę mówi.

Pięć etapów żałoby w praktyce

Moja sąsiadka jest zadaniowcem. Przez wszystkie fazy przeskakuje z gracją najlepszego tyczkarza na świecie. W maju jara już z takim samym zaangażowaniem jak rok temu, może nieco rzadziej, ja przed wyjściem nie chowam się za monsterą, która na moje potrzeby wypuściła nowy, olbrzymi liść z dziurami. Chociaż model pięciu etapów nie jest liniowy ani uniwersalny, profesjonalni chorzy biorą go sobie do serca. Kiedy zimą rozmawiam z nią po raz drugi, ma już w sobie zgodę na wszystko i ogromną siłę, żeby walczyć. 

Moja mama nie miała tej szansy. W jej przypadku metafora „walki” z rakiem brzmiała jak wyjątkowo ponury żart, bo ja miałbym więcej szans w bójce na gołe pięści z gorylem niż ona ze swoją chorobą. Fazy przeszła tak szybko, że chyba nawet nie zdążyła się potargować. 

Po szukaniu szamana w Amazonii, niczym Andy Kaufman w filmie Formana, i okładaniu się magnesami, przez kurczowe trzymanie się domu, w którym opiekowali się nią babcia i ojciec, przeszła do krótkotrwałej rozpaczy. Trwała tyle, co przedwiośnie. Próbowałem jej wtedy czytać opowiadania Kereta, ale była w stanie znieść jedno albo dwa, bo ze śmiechu bolał ją zaguzowany brzuch. Raz w tygodniu jeździła na kroplówkę do dużego miasta, ale wydaje mi się, że równie dobrze mogła zostać w domu i pić smoothie albo zażywać dożylnie kisiel. Czy z bezsilności może narodzić się akceptacja? Być może musi. 

Jak przygotować się na śmierć?

Mama też była zadaniowcem, ale jej zadaniem nie było wyzdrowieć. Nie miała takiej możliwości. Zdrowienie jest dla zarządu, dla niej została herbata Saga. Postanowiła więc dobrze umrzeć, bez histerii odchodzenia, czym pozostałym przy życiu wyświadczyła przysługę. W ostatnich tygodniach przypominała postać ze średniowiecznych traktatów, sumiennie, mimo bólu i strachu, realizującą wytyczne z podręcznika „Dobra śmierć w weekend”. 

Przyjechał do niej nawet ksiądz, chociaż mama nie dość, że nie była dewotką, to sprawowała jeszcze mandat radnej z ramienia lewicowej partii. Z jej wiarą było chyba trochę jak z paleniem: ćmiła tylko jednego papieroska wieczorem, stojąc pod wiatą i delektując się tą chwilą odprężenia przed snem, która nie wiem, czy nadchodziła.

Starszy kapłan, ksiądz Robaczek (naprawdę się tak nazywał), budził mój strach, kiedy grzmiał w niedzielę z ambony w Kościele św. Krzyża albo spowiadał nas, młodych gniewnych gimnazjalistów z grzechów samogwałtu i kłamstwa, ale oswoiłem go w końcu, gdy spostrzegłem rażące podobieństwo do Mela Brooksa, reżysera mojej ulubionej komedii „Robin Hood. Faceci w rajtuzach”. 

Dla mamy był zaskakująco łagodny i zapewnił ją, że nawet po kremacji będzie mogła zmartwychwstać. Nie miałbym nic przeciwko, bo bardzo za nią tęsknię. Jej piękne umieranie z pewnością zostałoby wysoko ocenione przez średniowiecznych stoików, ale nie uchroniło mnie przed rozłożoną na raty rozpaczą, z odroczeniem pierwszej płatności. 

Relacja syna i lęk przed stratą

Przy mnie rozpłakała się chyba tylko raz. Kiedy dwa magnesy boleśnie złapały jej skórę na udzie, przyszła do mojego pokoju. Rozdzieliłem je chyba tą samą siłą, z jaką matki podnoszą samochody, pod które wpadły ich dzieci. Moja mama mogła podnieść coraz mniej, prawie nic, sama siebie nosiła już z trudem i być może dlatego rozpłakała się wtedy i mnie przytuliła. 

Nigdy nie powiedziała, że nie chce umierać, bo mamy takie są, nie chcą robić kłopotu. Wie o tym nawet Louis C.K., odstawiony na boczny tor zawodowy komik i zboczeniec, który w jednym ze swoich skeczy twierdził, że z dwojga rodziców umiera zawsze nie to, które powinno. Odchodzi to dobre. Czasem mówimy, że złego diabli nie biorą. 

Powiedziała mi, że nie żal odchodzić, kiedy zostawia się takie dzieło jak ja, ale wtedy byłem co najwyżej nędznym rusztowaniem na człowieka. Moja nostalgia nie dotyczy przeszłości, ale wspólnej przyszłości, która została nam zabrana, bo nigdy nie porozmawialiśmy jak dorośli.  

Reakcje na śmierć bliskiej osoby

Powinienem był napisać o świetle. Było go więcej, niż zdrowy człowiek mógłby znieść. W jej pojedynczej sali duże okna wychodziły na parking i rozłożyste dęby. Czasami długo przez nie patrzyłem i liczyłem przejeżdżające samochody. W tym samym szpitalu ćwierć wieku wcześniej urodziłem się w mikołajkową sobotę nad ranem. Podobno wrony straszliwie wtedy krakały. Pamiętam jej siwe włosy, które od lat farbowała, i chude nogi. Miała jeszcze siłę, żeby się śmiać, że zawsze chciała takie mieć. Pamiętam sok pomarańczowy na stoliku i wodę w pojemniku z rurką.

Przez cały ten czas oszukiwałem się, że na pewno będzie dobrze, i zaliczanie faz szło mi znacznie gorzej niż mamom. Z fazy negacji i negocjacji nagle znalazłem się w fazie zmywania, bo właśnie tym się kompulsywnie zająłem, kiedy pół roku później ojciec zadzwonił z informacją, że już po wszystkim. Wiele osób po usłyszeniu o czyjejś śmierci robi coś pozornie bezsensownego, na przykład parzy herbatę, której nie pije, odpisuje na maile lub porządkuje szafę. Ja zacząłem zmywać i do dzisiaj czuję, jakbym nie skończył. 

Psychologia żałoby u dorosłych dzieci

Właściwie nigdy nie przeżyłem żałoby. Po telefonie od ojca pojechałem do miasta, żeby porozmawiać z partnerką, i głównie martwiłem się tym, co będzie z babcią, mamą mojej mamy, która żyje do dzisiaj. Nie przeszło mi przez myśl, że powinienem się pomartwić o siebie. 

Też jestem zadaniowcem, więc uznałem, że jakoś to będzie, i zanim się obejrzałem, ryczałem na opowiadaniach Juliana Barnesa o odchodzeniu i z rozmachem rozwalałem swoje życie. Nie wiedziałem, jak mam przeżyć żałobę, bałem się jej, byłem niedojrzałym, dwudziestopięcioletnim szczylem. Powinienem był wziąć przykład z babci, kobiety doświadczonej w stracie, ale myślałem, że sobie poradzę, gdyż moim zadaniem było poradzić sobie. 

Moja sąsiadka ma trzech dorosłych synów, i choćby nie wiem jak była gotowa na każdy scenariusz, to oni nie są. Nie mogę być tego pewien, ale jestem. Byłem maminsynkiem, moi rodzice śmiali się, że jeśli wezmę w życiu ślub, to chyba tylko z mamą, i niewiele się pomylili, bo jakoś do dzisiaj go nie wziąłem. Ale nie sądzę, żeby chodziło tylko o to. Dzięki mamom rodziny działają. Nie wszystkie, oczywiście, ale niektóre właśnie wyłącznie dzięki nim. To mamy wiedzą, gdzie są małe ręczniki, dzięki którym życie staje się niezauważalnie lepsze albo przynajmniej znośne. 

Jak mężczyźni przeżywają żałobę i stres?

Kiedy słucham o raku mojej sąsiadki, albo przyjaciółki, też matki, jestem sparaliżowany. Czuję strach i bezsilność, jakie towarzyszyły mi czternaście lat temu, i wiem, że nie potrafię reagować właściwie. Badania potwierdzają, że społeczne oczekiwania wobec mężczyzn tłumią ich zdolność do wyrażania i przetwarzania żałoby w zdrowy sposób.

Wielu mężczyzn unika wsparcia i cierpi w samotności, co w dłuższej perspektywie prowadzi do izolacji, odwracania uwagi od żalu kompulsywnymi zajęciami czy powracającymi napadami gniewu. U mężczyzn obserwowano wyższy poziom ostrego stresu niż u kobiet. Jake Gyllenhaal oddający się spektakularnej rozwałce po śmierci żony w filmie „Destrukcja” to nie precedens i wybryk, ale raczej z trudem powstrzymywana męska fantazja, brutalne wołanie o pomoc. 

Wiem coś o tym. Nie znając żadnego społecznie sankcjonowanego sposobu okazywania żalu, zająłem się eskapizmem, odwróconą archeologią, czyli zakopywaniem tego, co było dla mnie ważne, i wielopoziomową destrukcją. Mało brakowało, a wylądowałbym na ulicy, bo nie miałem siły, żeby pracować. W moim przypadku czas liczył rany. 

Adaptacja po stracie rodzica

U większości osób żałoba ulega adaptacji w czasie od pół do roku, ja w swojej mógłbym już zamieszkać, bo spłacam ją jak kredyt hipoteczny. Dopiero po kilku latach nabrałem przekonania, że coś robię źle. Że pod powierzchnią coś ciągle wrze i buzuje. 

Stratę matki przeżywałem zapośredniczywszy ją w zakończonym romansie i popadając w przesadzoną rozpacz. Bałem się bliskości, ale bałem się też samotności. Na wspomnienie mamy kupującej mi króliczka w drodze ze szkoły w sklepie na Szkolnej dostawałem spazmów. Mijały dni, mijały lata, myślałem, że jest coraz lepiej, ale wtedy zobaczyłem siebie kryjącego się za liściem monstery w kuchni, zerkającego, czy sąsiadka skończyła jarać szluga. 

Przecież ona się nawet nie boi śmierci. Mówi do mnie, że jest gotowa na wszystko, a ja jej wierzę, bo też chciałbym być. 

Utrzymać się na wodzie

O mamie opowiadam już bez łez w oczach. Czasem, kiedy nie mogę wytrzymać szumu w uszach, zazdroszczę jej, że się z nim uporała. To u nas rodzinne, jak słabe zęby. Nie pamiętam jej głosu, ale pamiętam, że wkurzał mnie sposób, w jaki czytała na głos artykuły z gazet i książki. „Czytaj normalnie!”, krzyczałem do niej. „Czyli jak?”. „Normalnie!”.

Życie po stracie to ciąg pozornie racjonalnych i normalnych ruchów prowadzących do bolesnego katharsis. W opowiadaniu Johna Cheevera „Pływak” Neddy Merrill drogę do domu przez bogate przedmieścia przemierza przepływając uparcie baseny swoich sąsiadów. Przedsięwzięcie ma jawnie kompulsywny charakter, który nie może zostać zaburzony przez zerwanie łańcucha basenów, pogodę czy przedłużające się pogawędki.

Neddy swoją odyseję, będącą metaforą i bilansem jego życia, musi zakończyć w sposób, jaki wybrał albo jaki został mu objawiony i nadany. Nie powstrzyma go pusty akwen. Pod koniec dnia ma dość, płacze chyba po raz pierwszy w dorosłym życiu, bo „z pewnością po raz pierwszy w życiu czuł się tak nieszczęśliwy”. Ostatni basen pokonuje upokarzającym dla pływaka pieskiem i dociera do swojego domu, w którym nikogo już nie ma.  

Odłożona żałoba to próba utrzymania się na wodzie. Dni i lata są jak baseny, które trzeba pokonać, żeby nie pójść na dno. Ostatnie płynie się na plecach albo jakimś pokracznym stylem, przystaje co chwila na krawędzi, żeby złapać oddech. Na końcu jest pusty dom, a przy odrobinie szczęścia ktoś z małym ręcznikiem. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Małe ręczniki