Marek Kondrat: jestem w jedynym okresie swojego życia pozbawionym presji

Świadomość, że mogę istnieć po swojemu, a nie tak, jak chcą mnie obsadzać inni, przyszła do mnie cholernie późno – mówi Marek Kondrat.
Czyta się kilka minut
Marek Kondrat. Kraków, kwiecień 2025 r. // Fot. Grażyna Makara
Marek Kondrat. Kraków, kwiecień 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

 

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Gdy zadzwoniłem do Pana z pytaniem, czy porozmawiamy o smakowaniu życia i rezygnacji z wyścigu, odpowiedział Pan...

Marek Kondrat: ...że się chwilę zastanowię, bo obecność w mediach to też swego rodzaju wyścig.

Media już tylko tak się kojarzą, z wyścigiem? 

Do tego stopnia, że nawet nie szukam w nich niczego, co było dla mnie kiedyś oczywiste. Skraca się liczba słów, dewaluuje się ich znaczenie, a zwycięża hasłowość podszyta bieżączką. No i trzeba się nieustannie opowiadać. Poruszać się wciąż tymi samymi koleinami, w których albo człowiek się mieści, albo nie. A jeśli się nie mieści, to nie jest potrzebny. Media zatraciły charakter, powagę, tembr. Zresztą, trudno o tembr, gdy twórcy mediów walczą nawet z ortografią.

Nie brzmi to optymistycznie.

Wie pan, to też kwestia wieku. Na etapie, na którym jestem, mam coraz mniej złudzeń. I co do tzw. autorytetów, i mądrych zdań, i odkrywczych książek. 

A wracając do mediów, śledzę tylko to, co konieczne.

Co jest dla Pana konieczne?

Np. to, czy już poderwano samoloty, czy nie. No i czy czas się pakować i uciekać, czy może ten czas nie nadszedł. 

Choć prawdę mówiąc, nawet obrazy wojny pokazywane przez media wydają mi się jakby filmowe – nie da się odczuć tego bólu i zapachu, który sam zapamiętałem jako dziecko urodzone w 1950 roku. Chodzi mi o zrujnowaną niemal do cna Warszawę.

Ogłupiające media, zrujnowana stolica, zagrożenie III wojną światową – w sam raz na początek lekkiej, majówkowej rozmowy...

(śmiech) No dobrze, zmierzajmy więc ku lekkości.

Żeby do tej lekkości dojść we własnym życiu, zrezygnował Pan z aktorstwa. Znalazłem w Pana wywiadach dwa określenia tego momentu. Pierwsze to „zrzucenie kieratu”, a drugie: „potrzeba dezercji”. Jak ktoś używa tak mocnych słów, to znaczy, że musiał się mocno męczyć.

Bo tak chyba rzeczywiście było. Choć dla mnie, mówiąc najprościej, to było wyjście naprzeciw instynktowi, który podpowiadał: dość.

„Dość”, bo to już nie daje frajdy? 

To nie był jeden moment – zbierało się, i to długo. Tyle że byłem sumiennym człowiekiem, który wykonywał profesjonalnie swoje zadania i nakręcał organizm do tego, czego wymagali inni. 

„Nakręcał”, czyli zmuszał...

Tak, odnajduję coś takiego w tym swoim przeszłym życiu – przeszłym, bo dziś już takiego przymusu w nim nie ma. Nakręcałem organizm, a w dodatku podkręcałem wokół siebie pewne sztuczne atmosfery, które są charakterystyczne dla świata aktorów.

Znał Pan ten świat od dzieciństwa.

I z domu, i z wczesnego początku aktywności aktorskiej [ojciec Marka Kondrata, Tadeusz, był aktorem, a on sam zadebiutował na ekranie jako jedenastolatek, w „Historii żółtej ciżemki” – red.]. Można więc powiedzieć, że od dziesiątego do pięćdziesiątego roku życia nakręcałem sprężynę swojego organizmu, by dostosować się do sztuczności świata, w którym przebywałem.

Co budowało tę sztuczność? 

Wie pan, jak to jest u aktorów. Mówią głośniej i z pewną emfazą, podkreślają dość ostentacyjnie swoją odmienność. Gdyby tutaj, do stolika, przy którym siedzimy [krakowskie BARaWINO, czyli należący do rodziny Kondratów bar winny połączony ze sklepem – red.], podszedł młody kelner będący równocześnie studentem szkoły teatralnej, to bym po pierwszym wypowiedzianym przezeń zdaniu o tym wiedział.

 Marek Kondrat. Kraków, kwiecień 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

Pan mówi bardzo cicho i powoli.

Ale pewne rzeczy zostają już z człowiekiem na zawsze. Mało tego: one się przydają. Opowiadając o winie, mam świadomość posiadania pewnych walorów zawodowych. Pauzy, podkreśleń, kropki czy też wagi obserwowania człowieka, który to, co mówię, odbiera na swój indywidualny sposób.

Ale aktorstwo to też rozpoznawalność, pieniądze, status. Mówi się, że to narkotyki. Panu nie było trudno je odstawić?

Nie, kompletnie! Ta rozpoznawalność była od dziecka gehenną mojego życia. Już po „Żółtej ciżemce” musiałem odgrywać kogoś, kto się wyróżnia. Niech pan to sobie wyobrazi. Muranów, 10-letni chłopak bierze udział w filmie-baśni, w przestrzeni kompletnie niedostępnej dla innych. I nagle staje się takim lokalnym Królem Maciusiem, z całym sztafarzem przezwisk, przedrzeźniania, zazdrości. 

W tej sytuacji decyzja, by iść do szkoły teatralnej, nie była niczym innym jak próbą nadania tej sztucznej sytuacji kształtu, formy. Nauczenia się, jak stać, jak mówić, by ludzie w ostatnich rzędach słyszeli itd.

Tyle że to wszystko, czym się przy okazji nasiąka, wyrzuca człowieka z normalnego życia. Powtarza pan tę sztuczność na co dzień, więc z czasem wydaje się panu, że ona została ujarzmiona, i że dysponuje pan swoim życiem w sposób swobodny. Ale dla mnie w pewnym momencie stało się jasne, że tak nie jest. W tym sensie powtarzające się co jakiś czas wyrazy żalu, że ten świat opuściłem, są dla mnie na swój sposób przyjemne, ale tyleż samo niezrozumiałe.

Bo tych, którzy ten żal wyrażają, bardziej obchodzi Adaś niż Marek?

Tak, Adaś Miauczyński [odgrywany przez Kondrata bohater filmów Marka Koterskiego – red.] i inne postaci. Nie mam złudzeń, że ktoś w tym kontekście będzie się chciał zajmować moim wnętrzem. Takie prawo widza.

Ja na dodatek do tej sztuczności w pewnej chwili zorientowałem się, że jestem bardziej własnością narodu niż własnej rodziny. W ogóle świadomość, że mogę istnieć po swojemu, a nie tak jak chcą mnie obsadzać inni, przyszła do mnie cholernie późno.

W wieku 50 lat, nie tak znowu późno.

Tadeusz Konwicki by powiedział: „Przed wojną w tym wieku już byś nie żył”.

Jesteśmy na początku nowego tysiąclecia – Pan wymyśla wtedy siebie na nowo, angażując się w sprzedaż i dystrybucję win. Mijają kolejne dwie dekady, i z tego wyścigu też Pan rezygnuje.

To prawda, nie jestem już dziś w tym winiarskim przedsięwzięciu specjalnie aktywny, choć pomagam, jak mogę. Ale też nie traktuję tej mojej coraz mniejszej aktywności jako „rezygnacji z wyścigu”. W końcu od początku pociągała mnie w winie cisza i spokój kryjące się za opowieścią o tym trunku. Natura, obrazy...

Ale to wyścigu nie wyklucza: trzeba coś przewieźć, przyjąć kogoś do roboty, opłacić rachunki. 

Jasne, trzeba się od początku określić: czy robić w detalu, czy w hurcie, czy pan obstawia restauracje i hotele, czy może nie – tak, to jest biznes i konkurencja.

Ale ja tego tak nigdy specjalnie nie odczuwałem: pompowałem w sobie ten poetycki wymiar bycia importerem i dystrybutorem win. Jeździłem po winnicach, poznając ludzi i wybierając te wina na miejscu. To był i jest zupełnie inny świat niż ten, w którym przez cztery dekady uczestniczyłem. Cichy, zmysłowy. A ludzie, którzy wina robią, mają możliwość tworzenia w znacznie większym stopniu niż ja jako aktor – bo ja w filmie bywałem często wyłącznie uczestnikiem, ogniwem, wykonawcą.

Co Pan jeszcze znalazł w winie, czego brakowało w aktorstwie?

Kojącą powtarzalność. Od natury począwszy, bo tu zawsze wszystko dzieje się mniej więcej w tym samym czasie. Kwitnienie, owocowanie, zbiór, kolejne etapy tworzenia – fermentacja, fantastyczny czas oczekiwania.

Bezpieczeństwo, jakie daje rutyna?

Jak codzienny posiłek w znanym towarzystwie. Ale być może tworzę tylko mit wina jako czegoś z natury poetyckiego?

Kiedyś na jakimś bankiecie zwierzałem się przy lampce wina prof. Januszowi Tazbirowi [zmarły w 2016 r. historyk, badacz dziejów kultury staropolskiej – red.], jakie wrażenie robi na mnie ten świat oraz ludzie go tworzący gdzieś w słonecznych zakątkach globu. Opowiadałem mu z przejęciem, że to piąte, siódme, dwudzieste pokolenie będące w tym samym miejscu, że wino to bycie razem, rozmowa przy kieliszku i patrzenie na siebie... „Wie pan, bo to jest zupełnie inny klimat” – uciął krótko profesor, odzierając mnie z poetyckości (śmiech). Ale i tak zostałem przy swoim – musiałem tu zarzucić jakąś swoją kotwicę dodatkowych znaczeń.

Skąd w takim razie rezygnacja?

Upływ czasu. Przekazanie pałeczki młodszym w rodzinie. Nadal uczę, szkolę, opowiadam o winie, ale już nie z taką intensywnością.

Dziś już się Pan z nikim i w niczym nie ściga? 

Nie... Choć może jednak tak. Wtedy, gdy gram online w szachy z kimś, kogo osobiście nie znam, ale rozpoznaję w nim lub w niej – po stylu gry – kogoś, z kim już się kiedyś mierzyłem. Komponuję sobie wtedy profil tego mojego przeciwnika: co o mnie myśli, jaki będzie jego lub jej kolejny ruch itd. To rodzaj konkurencji, którą lubię. Karty, w które grywam, również traktuję poważnie.

Zakończmy temat wyścigów krótkim wątkiem politycznym. Zdarzało się Panu drwić ze współrodaków, odnajdując w nich, w nas, pewną charakterystyczną cechę.

Tendencję do ścigania się z innymi, do udowadniania, że jesteśmy lepsi.

Mam w związku z tym niespodziankę.

Bardzo proszę.

Otóż za dwa dni [rozmawiamy 10 kwietnia – red.] odbędzie się w stolicy marsz PiS z okazji tysiąclecia Królestwa Polskiego...

...i pięćsetlecia hołdu pruskiego, słyszałem!

W czasie marszu dojdzie do próby bicia rekordu liczby par tańczących poloneza, co jest symbolem – tu oddajmy głos organizatorowi – „długości, siły, atrakcyjności i znaczenia polskiej kultury na świecie”.

Bardzo dobre, bardzo mi się to podoba! Ale proszę wybaczyć, mój komentarz będzie krótki. Jak można uprawiać aktorstwo w takim kraju, przy takiej konkurencji?! Tego by się nie dało wymyślić.

Powiem panu teraz coś, co pana może zaskoczy. Ja w patrzeniu na polską politykę, na polityczne miłości i antypatie, nieco ewoluuję. Mówię o wieku, który tępi ostrości i skrajności sądów. Patrzę na życie, w tym na życie polityczne, bez wewnętrznego imperatywu konfrontacji.

Zmęczył się Pan jako dyżurny krytyk braci Kaczyńskich?

To raz, bo ileż można o tym samym mówić. Ale też dostrzegam, że na tle śmieszności i żałości całego świata wcale nie wyglądamy jakoś szczególnie. Oczywiście, mamy swoje błazeństwa specyficzne, które biorą się z historii. Przecież to gorączkowe powoływanie się na Chrobrego, na hołd pruski wynika z faktu, że tu się coś trwałego zawiązało przedwczoraj. 

I było ciągle przerywane.

No właśnie, te momenty wolnej państwowości, na której można by coś pewnego budować, to są takie hausty. Chwile trwające po 25 lat.

Z haustów może się zrobić hiperwentylacja.

Hausty są stąd, że mamy imperatyw nadrabiania czasu. Dlatego też próby bicia rekordu w polonezie, choć mnie niezmiernie bawią, to specjalnie nie dziwią. No i na tym etapie, na którym się znalazłem, bardziej jestem skłonny przyglądać się zaletom przebywania w tej szerokości geograficznej.

Jakie to zalety?

Np. samo miejsce, w którym przyszło nam żyć. Wciąż przecież słyszymy o huraganach, trzęsieniach, nawałnicach, których my nie doświadczamy. Owszem, jesteśmy za płascy na Szwajcarię...

Ale oni nie mają tylu par tańczących poloneza.

W dodatku trzymają się tej chaty chłopskiej jak pijany płotu – tam się nic nie zmienia. A my tu budujemy szklane domy. 

Równocześnie widzę jednak tę naszą lokalną, słowiańską zaradność, spryt i miejscowe poczucie humoru. Bo ono ma gdzieś w zanadrzu walory, których inni nie mają, np. wyczucie absurdu i groteski.

Siedzę kiedyś z Niemcami w hamburskim Teatrze Thalia, który był w bratnich relacjach z warszawskim Teatrem Dramatycznym [Marek Kondrat występował na jego deskach w latach 70. i 80. – red.]. Usiłuję opowiedzieć im żart o tym, że w Polsce w latach 50. istniał obowiązek pracy – jeździły samochody milicyjne i zaczepiały młodych mężczyzn przy budkach z piwem. „Wy, obywatelu, dlaczego nie jesteście w pracy?” – pytają milicjanci jednego, na co ten odpowiada: „Bo dla mnie nie ma pracy”. „Jak to – dopytują mundurowi – przecież w Polsce dla każdego jest praca! To kto wy jesteście z zawodu?”. „Ja jestem torreador” – odpowiada mężczyzna. Gdy ten żart opowiedziałem, jeden z Niemców, który się nawet nie zaśmiał, upewnił się tylko: „No to miał rację ten milicjant, w Polsce chyba nie ma torreadorów?”.

Zejdźmy z narodu na pojedynczych nas. Sławomir Mrożek napisał kiedyś w felietonie, że najważniejsze jest najbliższe pięć minut życia, a reszta to wyobraźnia – a Marek Koterski wziął to sobie za motto „Dnia świra”. 

Ja ten cytat nie tylko rozumiem, ale go głęboko w sobie czuję. Większość tego, co robimy w życiu, podlega wyobraźni: marzenia, lęki i budowana w związku z tym droga, którą podążamy. Natomiast to, co jest prawdziwe w naszym istnieniu, to chwila obecna – plus te umowne pięć minut, które są naszą udręką.

Albo nie są.

Nie są, o ile je jakoś oswoimy, np. wspomnianymi rytuałami. Jeśli wiem, że jutro o 15 spotkam się z człowiekiem, którego lubię, albo któremu mogę powiedzieć, że jest bałwanem, bo znamy się od czasów hołdu pruskiego, to się uspokajam. Wiem, że to nie jest ktoś, kto będzie chciał na mnie napluć albo wymagać ode mnie wypowiedzi w sprawie wagi państwowej. Tak oswajam te moje najbliższe pięć minut.

Na tym polega siła „Dnia świra”. Nie czytam tego filmu jako komedii ani jako diagnozy społecznej. To dla mnie film o facecie, który w te „pięć minut” kompletnie nie potrafi grać, bo mu je zagłuszają jego kompleksy, wstydy, natręctwa, nerwice.

Właśnie dlatego tak dobrze czuję tę diagnozę „pięciu minut” Koterskiego. I wywodzę z niej własną filozofię życia, w której jest głównie miejsce na teraz, na tymczasowość, a zdecydowanie nie ma miejsca na upamiętnianie siebie samego albo budowanie – bo i tak się zdarzało w naszym życiu publicznym – domu własnego imienia. Te pięć minut, w odróżnieniu od życia Adasia Miauczyńskiego, jest dla mnie nie polem udręki, tylko polem bezpieczeństwa. Ja przez te pięć minut – po latach tkwienia w sztuczności – poszukuję prawdziwości.

A przyjemność? Gdzie ją Pan znajduje?

We wszystkim tym, co mam na bieżąco do zrobienia. A to dlatego, że nie planuję sobie czynności, które mogłyby budować moje niepokoje. Że czegoś nie zdążę, nie zdołam, albo że będzie temu towarzyszył nadmierny wysiłek. Nie sięgam tam, gdzie wzrok nie sięga – tylko blisko przed siebie.

Lubię odwieźć moją siedmioletnią córeczkę, Helenkę, do szkoły. Lubię zrobić zakupy. Lubię coś ugotować. Lubię zajmować się remontem domu na Mazurach – to jedyna rzecz, która buduje dzisiaj moją wyobraźnię o przyszłym życiu. To miejsce magiczne, bo puste. No i nic nie zmienia się naokoło niego. A ja nie lubię nowości, niespodzianek, zaskoczeń.

Gdy pomieszkiwał Pan w swoim domu w Hiszpanii, za oknem widział Pan góry. Co Pan widzi po przeprowadzce do Krakowa?

Mury kamienic, dachy Wawelu. Ale od razu dodam na wszelki wypadek, że ten widok nic ze mną specjalnie nie robi. Przeniosłem się tu, bo moja żona jest krakowianką, a córka musi gdzieś chodzić do szkoły.

Kraków robił na mnie wrażenie, gdy mieszkałem w Warszawie. I gdy z tego niechlujnie, jak myślałem, urządzonego miasta podróżowałem do miejsca zupełnie innego, pięknego, gdzie nawet kaca przeżywa się inaczej niż na warszawskim Tarchominie (śmiech).

Z kolei teraz, gdy podróżuję z Krakowa do Warszawy, i po stolicy wiezie mnie taksówka, to nie mogę się przestać zachwycać, jakie to jest dynamiczne, europejskie miasto.

W Krakowie ludzie chodzą wolniej. 

O, zdecydowanie! I dla krakusa, zauważyłem, walorem jest to, że „wszędzie ma blisko”. „Gdzie pan mieszka?”. „No, tutaj. I wszędzie mam blisko” – słyszę odpowiedź, i zawsze mnie ona bawi. Myślałem, że jak się ma wszędzie blisko, to ta okoliczność ogranicza nam życie, petryfikuje je. Może właśnie dlatego Kraków uchodzi za miasto peryferyjne.

Ale jego tempo powinno bardziej pasować do Pana obecnego stylu życia.

Tak, pasuje. Tu jest mi łatwiej żyć.

Wolne tempo bije nawet z gier, które wymienia Pan w wywiadach jako swoje ulubione do grania i oglądania. Snooker, curling, szachy...

Snookera rzeczywiście oglądam. Lubię elegancję tej gry i fakt, że nie wywołuje ona całego tego dookolnego chamstwa – jak piłka nożna. Że ten tego kopnął, tamci spalili stadion, ten coś sprzedał, tamten kupił.

Pracujący tu, w BARaWINIE, a piszący felietony kulinarne w „Tygodniku” Paweł Bravo głosi – ze z grubsza tych samych powodów – postulat delegalizacji zawodowej piłki nożnej.

Ja aż tak daleko jak Paweł nie idę (śmiech)Ale piłka na pewno nie należy do katalogu rzeczy sprawiających mi przyjemność. Należą do niego za to wszystkie aktywności, które wpisują się w moją głęboka potrzebę przeżycia czegoś bez nadanej przez kogoś konieczności. Bez napisanej przez kogoś roli.

Ja też, przychodząc do Pana, próbuję Pana ustawiać w jakiejś roli: człowieka smakującego życie i cieszącego się nim.

W ogóle wszystko, o czym do tej pory mówiliśmy, było też o tym: że życiową przyjemność da się odczuć tylko obsadzając samego siebie w wybranej roli. I tak też jest ze mną: cieszę się, gdy nie muszę.

 Marek Kondrat. Kraków, kwiecień 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

W jakim Pan jest momencie życia?

W dobrym. Gdybym miał je przedstawić za pomocą zegara piaskowego, to mam już za sobą nieprzyjemny moment przejścia przez ten cienki przesmyk – jestem na wielkiej, kwiecistej przestrzeni. W jedynym okresie swojego życia pozbawionym presji.

Siedem lat temu urodziło się Panu dziecko. To nie jest rodzaj presji?

Fakt, że stało się to poza normalnym, by tak rzec, cyklem rozwojowym, sprawia, że ja tej presji nie odczuwam. Już nie muszę zdobywać pożywienia, drżeć o karierę. Dla mnie ojcostwo to jest tylko dar. I brak lęków.

Ktoś pomyśli: dojrzały ojciec może się lękać, że nie doczeka ważnych momentów dziecka.

Ja tego tak nie odczuwam, może dlatego, że potrafię się skupiać na chwili. Niedawno myślałem, jak fajnie by było móc ją odprowadzić do szkoły. A dziś myślę: jak dobrze będzie poznać jej pierwszego kawalera.

Zresztą, gdy mówię o braku lęków, to mam na myśli coś innego. Jak się przeżyło 75 lat, to nabiera się pewności, że to potomstwo też sobie da radę. Że ta krucha niby istota ma zawiązki mocnego organizmu, który jest obliczony na przeżycie.

Siedmioletnie dziecko – co to za moment?

Fascynujących obserwacji. Rozpoznawania w dziecku siebie sprzed lat. I wychwytywania momentów, w których widać w nim – daj albo nie daj Boże, zależnie od tego, jak o sobie myślimy – istnienie twojego wyraźnego genu.

A dla niej – co to za etap?

Rozpoznawania świata, ciekawości. Chłodnej, pozbawionej społecznych reguł, co skutkuje pytaniami fantastycznie bezczelnymi.

Na przykład?

„A dlaczego ty jesteś taki stary?”. I weź tu odpowiedz.

To teraz ja zapytam. Co z Panem robi to hasło: „starość”?

Nic specjalnego. Ona jest obiektywnie, metrykalnie faktem, ale jeśli idzie o moment mentalny i formę, to jestem w sile wieku. Starość czy dojrzałość to dla mnie świadomość, czego nie mogę albo nie chcę robić. Po prostu nie wybieram się tam, gdzie upadek byłby dla mnie bolesny. Np. nie chodzę już na nartach.

Kiedyś Pan powiedział, że polski film nie interesuje się starością. Anthony Hopkins zagrał nie tak dawno w przejmujący sposób starego człowieka w „Ojcu”. Pana by taka wielka rola o starości skusiła?

Nie, zresztą to by jeszcze trzeba wcześniej napisać, a my nie umiemy za bardzo pisać scenariuszy. Kręcimy ciągle jakąś „M jak plebanię”, a jak się zdarza coś ambitniejszego, to niechętnie się zajmujemy ludzkim indywiduum, prędzej narodem. Tak, zdarzają się perełki, ale rzadko.

A co Pan odpowiedział córce na pytanie, dlaczego jest stary?

„Wiesz, z wiekiem się nie dyskutuje. Kiedy ja byłem taki młody, jak tatusiowie twoich koleżanek ze szkoły, to byłem tatą twoich braci. Potem zakochałem się w mamie, jest między nami duża różnica wieku, i dlatego jestem starym tatusiem. Ale to nie wpływa na moje uczucia do ciebie”. 

Siedem lat to w ogóle wiek kaskady pytań: jak się pochopnie odpowie na jedno, pojawia się piętnaście kolejnych.

W latach 70. grałem w „Smudze cienia”. Czekałem dwa tygodnie w Bułgarii na początek zdjęć. Mieszkałem w pokoju z Tomem Wilkinsonem, później bardzo znanym, a wtedy początkującym aktorem. Niech pan to sobie wyobrazi. Dwóch facetów przez dwa tygodnie nie ma co robić: mieszkają razem, łażą, gadają. I on raz do mnie mówi: „Wiesz, mam taką przyjemność rozmowy z Tobą, bo ty się posługujesz tak prostym angielskim, o którym nawet nie wiedziałem, że istnieje. Dzięki tobie widzę, jak ludzie niepotrzebnie komplikują sobie życie”.

No więc coś podobnego jest w kontaktach z dziećmi: jak pan ciągle słyszy zdania tak bardzo treściwe, a równocześnie tak proste, to nie tylko chce się w to wchodzić, ale widzi się też, jak sobie komplikujemy życie. Np. pytam Helenkę: „Dlaczego bez przerwy słuchasz Harry’ego Pottera?”. „Bo lubię” – brzmi odpowiedź tak stanowcza i pewna swojego, że z tym nie ma polemiki.

Co robicie razem?

Helenka dyktuje warunki, a więc też mój dzień, bo ją w różne miejsca wożę. Wiolonczela, francuski, tenis, lepienie garnków. Co jest do wzięcia, bierze.

Rozmawialiśmy o umiejętności życia w najbliższych pięciu minutach. Dziecko tego uczy?

Naturalnie, ono jest zawsze w chwili obecnej. To bycie w jej „pięciu minutach” sprawia mi ogromną przyjemność. I daje przekonanie, że właśnie to jest prawdziwe życie.

Marek Kondrat. Kraków, kwiecień 2025 r. // Fot. Grażyna Makar

MAREK KONDRAT, aktor teatralny i filmowy, od ponad dwudziestu lat przedsiębiorca. Odtwórca głównych ról m.in. w „Pułkowniku Kwiatkowskim”, „C.K. Dezerterach” czy „Dniu świra” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Moje pięć minut