Bartłomiej Topa: Dlaczego właśnie ze mną chce pani rozmawiać o dyscyplinie i zachowaniu w życiu równowagi?
Katarzyna Kubisiowska: Jest Pan w wieku, w którym wyciąga się wnioski z tego, co się dotąd doświadczyło.
No tak, w maju będę obchodzić kolejne urodziny. Jestem tym faktem zadziwiony: dobijam sześćdziesiątki? Kiedy to się stało? A jednocześnie jestem zachwycony, bo to czas uprzywilejowania. Mimo przeciwności losu zdarza się tyle możliwości.
Zawodowych?
Nie mówię teraz o aktorstwie. Tylko o narzędziach, które dostaliśmy, by lepiej poznać się jako ludzie. Proszę zobaczyć, jak rozwinęła się psychologia. Albo że nauka daje nam możliwość zbadania naszego genotypu.
Pan zbadał?
Tak, bo chciałem się dowiedzieć, co może mnie czekać w moim ciele, jak się rozkłada we mnie energia. Tak jak dawniej ludzie patrzyli w gwiazdy i rozwijali tę wiedzę przez tysiące lat, tak dziś wchodzimy do laboratoriów, szukając dowodów na istnienie duszy. Pokolenie moich rodziców było czegoś takiego pozbawione. Pod tym względem jesteśmy uprzywilejowani. Ale borykamy się z innymi problemami: przybyło bodźców. Z każdej strony napierają na nas informacje, obrazy, dźwięki.

Jak Pan sobie z tym radzi?
Wykonuję proste ruchy: od trzydziestu lat nie mam telewizora. Nic w domu z ekranu nie miga i nie gada. Albo idę na spacer. Chętnie prowadzę auto, pięć godzin za kierownicą to czas wyłącznie dla mnie: rozmyślam, słucham audiobooków. Redukuję niepotrzebne treści, na ile mogę, staram się lawirować w gąszczu bodźców. Mam pragnienie: chciałbym, by było pięknie.
W sensie?
Choćby w tym, co mnie otacza. Doceniam ładne wnętrza, przedmioty, widoki. Źle znoszę przypadkową zabudowę i kiczowate billboardy na Podhalu, z którego pochodzę. Ile razy tam jadę, tyle razy jestem zdruzgotany. Proszę porównać architekturę renesansową ze współczesnym budownictwem modułowym. Kiedyś miało być solidnie, dziś tanio, kiedyś budowało się przez kilka wieków, dziś w dwa tygodnie. W dawną architekturę wkładano serce, to był prawdziwy akt twórczy.
Kiedy parę lat temu po raz pierwszy wszedłem do bazyliki św. Piotra, byłem porażony jej wielkością i majestatem. Bazylika św. Piotra była dawniej dla człowieka oknem na cały wszechświat. Obecnie uniwersa czerpiemy z mediów, kina, platform streamingowych.
Ryzykowne porównanie.
Ale zgodzi się pani, że żyjemy za szybko i byle jak? W pośpiechu, obok siebie. Gadamy o bzdurach, uciekamy od prawdziwego spotkania. Bo na nie trzeba mieć czas i zainteresowanie. Nieraz myślę, że świat czeka przełom, że coś pieprznie i z powrotem wrzuci nas w real bycia wspólnotowego. Że ludzie ponownie do siebie się zbliżą.
Panie Bartku, za miedzą toczy się wojna…
A ja bym chciał, by było bez przemocy. Naiwne? Naiwne. Ale takie właśnie mam tęsknoty. Agresja nie musi mieć skali zbrojnego konfliktu, by wyprowadzić z równowagi. Podnosi się ciśnienie i natychmiast rzucamy mięsem, kiedy kierowca zajeżdża drogę, wymusza pierwszeństwo, a pieszy niespodziewanie wchodzi na ulicę. Niepotrzebnie człowiek się triggeruje, emocje zapalają się jak kartka papieru. Potem są bezsenne noce, tabletki itd. Zbyt łatwo poddajemy się bodźcom.
Pan się nie poddaje?
Akurat śpię dobrze. W tym wszystkim pomocne są wartości. Jeśli mamy je poustawiane, to nawigacja sprawnie działa.
Jakie wartości?
Wyniesione z domu. Nasz był otwarty. A przecież wychowywałem się w Nowym Targu, w dość konserwatywnym fragmencie Polski. Z jednej strony Kościół i cała związana z nim kultura, z drugiej – ferment intelektualny, który zresztą szedł z tego Kościoła, w postaci Klubu Inteligencji Katolickiej, do którego należałem. Lata 80. to był też czas, kiedy przychodziły z zachodu dary – materialne ślady lepszego świata. Zastanawiałem się: „Jakie tam musi być bogactwo, że oni to nam za darmo dają. A u nas nie ma. O co w tym chodzi?”. Ojciec w kuchni słuchał co noc „Głosu Ameryki”, a wujek, szef Solidarności Podhala, w stanie wojennym ukrywał się w górach. Dzieciństwo i młodość przypadło na komunę, ale nie było wcale źle.
A jak?
Wkoło czysto, schludnie. Rówieśnicy, zabawa, muzyka. I narty. Kiedy rodzice kupili mi pierwsze buty – jeszcze nie na klamry, tylko częściowo sznurowane, bo na takie tylko było ich stać – to wsiadałem w autobus i jechałem do Zakopanego, by zjeżdżać z Kasprowego. Do upadłego. Byłem nieziemsko zmęczony i równie szczęśliwy. W ogóle mnóstwo trenowałem: pływanie, siatkówka, lekkoatletyka. Skakałem o tyczce, w dal, wzwyż, pchałem kulą, biegałem przez płotki. Choć najważniejszy był hokej: lata 70. i 80. to był złoty wiek „Szarotek” z Podhala Nowy Targ. Dwanaście lat z rzędu zdobywali mistrzostwo Polski. Znałem cały skład, to byli moi bohaterowie. Dobrze jeździłem na łyżwach, z chłopakami rozgrywaliśmy mecze, bramkami były tornistry. Natomiast już jako czterdziestolatek miałem epizod z triathlonem.
To już sport ekstremalny.
Kombinacja biegania, kolarstwa i pływania. Nie uprawiam go na co dzień, bo wymaga pełnego zaangażowania. Gdy przygotowywałem się do triathlonu, ćwiczyłem dzień w dzień po dwie godziny. Co w moim zawodzie jest trudne do osiągnięcia ze względów logistycznych, mam ścisły terminarz. Triathlon jest nie tylko testem na wytrzymałość fizyczną, ale i psychiczną. To rodzaj doświadczenia totalnego.
A powie Pan jeszcze coś o wartościach?
Tu ważny jest tata. By nam było lepiej, poleciał pracować do Stanów. Za pierwszym razem na półtora roku, za drugim na rok. Pamiętam ogromną za nim tęsknotę. I zapach przesyłanych paczek, a w nich kolorowe kurtki, w Polsce nie do dostania. Jako ojciec czuję się podobnie odpowiedzialny za rodzinę, zabezpieczam byt, to pozostaje na mojej głowie.
Co jest w Panu jeszcze z ojca?
Precyzyjność? Ojciec był domorosłym mechanikiem. Gdyby miał możliwość kształcenia się, byłby na pewno świetnym inżynierem. Kiedyś z Anglii sprowadził silnik z chłodni i wrzucił do fiata. Było taniej, bo na ropę, a on dorabiał na taksówce. W garażu urządził mały warsztat, w którym ten silnik rozkładał i składał. By coś takiego zrobić, trzeba mieć masę cierpliwości i świetną pamięć. W wykonywaniu domowych zajęć ojciec też był dokładny. I ja starannie myję naczynia czy odkurzam podłogi. I nie spóźniam się na spotkania. To element porządku.
Na nasze przyszedł Pan kwadrans wcześniej.
Sądzę, że pasja, oddanie się czemuś bez reszty – to także wartość wyniesiona z rodzinnego domu. Z dwójką rodzeństwa ukończyliśmy szkołę muzyczną, brat został lutnikiem. Ja chodziłem na flet, rytmikę… Teraz żałuję, że nie przyłożyłem się bardziej do fortepianu. Oszukiwałem ojca, że to jest właśnie zapisane w nutach, choć grałem zupełnie co innego. Całą rodziną śpiewaliśmy w chórze – rodzice w kościelnym, my w szkolnym.
To była Pana droga do aktorstwa?
Po podstawówce poszedłem do technikum weterynaryjnego. Poniekąd to był pomysł dziadka Filipa, ojca mamy. Miał maleńkie gospodarstwo w Tylmanowej, każde wakacje spędzałem wśród pół, łąk, krów i kur. Uwielbiałem tam być. A dziadkowi chodziło o to, by wnuk miał w ręku fach. Gdy byłem w „wecie”, należałem do kółka tańców ludowych. Brałem też udział w konkursach poezji śpiewanej i recytatorskiej. Byłem pod ogromnym wrażeniem filmów Marka Koterskiego, który do sedna rzeczywistości dochodził poprzez groteskę. Zdając do filmówki, chciałem iść pod prąd wyznaczonej dotąd ścieżki.
I?
Zostałem rozłożony na łopatki. W szkole zaczęliśmy poznawać emocje: kochanie, troskę, nienawiść, wściekłość, zazdrość, łagodność, bezradność, rozpacz… Po kolei i od Sasa do Lasa. Każda rola to przecież wchodzenie w inne buty, uruchamianie wewnętrznych zasobów. To wszystko było mi obce, a równolegle niezbędne do wykonywania zawodu. W ówczesnej szkole nie było psychologa, który mógłby nazwać to, co się z nami dzieje. A skoro rzemieślnik uczy się maszyny do obróbki skrawaniem, to aktorzy powinni nauczyć się, jak bezpiecznie zarządzać swoimi emocjami. I umieć wywoływać je u innych.
Więcej – uważam, że tego rodzaju edukacja powinna toczyć się przez całą podstawówkę i szkołę średnią. Nikomu nie zaszkodzą lekcje psychologii. Uczymy się o długości rzek, o głębokości jezior, o powierzchni Polski, o ilości opadów, a nie mamy pojęcia, jakie zachodzą w nas wewnętrzne procesy, kiedy kończy się dziecięcość, a zaczyna młodość. Ta wiedza jest potrzebna, by radzić sobie z tym, co będzie nas spotykać przez całe życie. Jeśli potrafimy nazwać świat emocji, łatwiej budować relacje.
Jak było z Panem?
Marzyłem, by znaleźć się w zespole Jerzego Grzegorzewskiego. Fascynował mnie jego sposób widzenia świata – to, jak łączy tradycję z awangardą. Liczyłem, że Grzegorzewski zobaczy dyplomowy spektakl, który przygotowaliśmy jako studenci czwartego roku. W Łodzi odbywał się Festiwal Szkół Teatralnych, na który zjeżdżali dyrektorzy teatrów z Krakowa, Warszawy, Wrocławia. A Grzegorzewski wtedy nie przyjechał. Dostałem propozycję angażu do pięciu teatrów, ale chciałem grać tylko u niego: w teatrze Studio. Wkurzyłem się na Grzegorzewskiego i obraziłem się na teatr.
Młodzieńczy radykalizm?
I sytuacja ekonomiczna: nie było mnie wówczas stać na teatr, za spektakl aktor dostawał 50 zł. Ale, prawdę powiedziawszy, bałem się też wyjścia na scenę. Gdybym zaczął grać tuż po szkole, z moimi kolegami, to pewnie jakoś bym sobie z rozpędu poradził. A ja zrobiłem przerwę od teatru na dwadzieścia lat. Dopiero w 2010 r. przyszło zaproszenie od Kasi Adamik i Olgi Hajdas, by zagrać w sztuce „Koza, albo kim jest Sylwia?”. Wtedy wróciłem na scenę. Początkowo odczuwałem nieprawdopodobny strach przed tym, co się stanie, że zapomnę kwestii, że nie sprostam. To był też czas, kiedy poznałem Ewę Foley, prowadzącą warsztaty rozwoju osobistego. Pokazywała, jak każda emocja odbija się w ciele i jakimi sposobami ją z niego uwalniać.
Panu to wszystko pomogło?
Pomogło. Każdy aktor, oprócz technik niezbędnych do uprawiania zawodu, powinien znaleźć dla siebie wentyl bezpieczeństwa. Ja na przykład biorę symboliczny prysznic. Inni uprawiają jogę, idą do lasu, w góry, nad morze. Ale jest i tak, że ludzie szukają ukojenia w wódzie, dragach, seksie.
Aktorstwo nadal daje Panu satysfakcję?
Głęboko wierzę, że ta robota, którą uwielbiam, rezonuje z widzem. Wiem, że tak się dzieje, bo jeżdżę od pięciu lat po Polsce ze spektaklami „Kolacja dla głupca” i „Dobrze się kłamie”. Teatr stwarza możliwość bezpośredniego kontaktu z publicznością: poczucie, że to jest moje, a jednocześnie wspólne, bo grane dla 500 widzów. Słyszę wtedy każdy szmer i widzę reakcje, jak ludzie wyłączają się z mozołu codzienności. Może niektórzy po raz pierwszy od dawna szczerze się zaśmiali?
A czy popularność nie przeszkadza w celebrowaniu kameralnego życia?
Popularność to wydmuszka.
Panie Bartku…
Nie powiem, że to obce mi doświadczenie. Ale ono nie zmienia mnie jako aktora. Swoją robotę wykonuję najlepiej, jak potrafię. Czytam sporo scenariuszy, niektóre mnie ciekawią, zdarzają się role wnoszące coś więcej do mojego jednostkowego doświadczenia. Choćby serial „Powrót”, gdzie gram Jana Starosteckiego, faceta w sile wieku, umierającego na zawał serca, by następnie zmartwychwstać i powrócić do świata żywych. Wtedy dopiero zaczyna się orientować, co jest w życiu istotne, które obszary dotąd odpuszczał i zaniedbywał.
Dlaczego właśnie ta rola?
Ja też usiłuję złapać balans między czasem prywatnym a zawodowym. Więcej mieć tego pierwszego. Mam świadomość, że skoro już pojawiliśmy się na świecie, to po to, by dotknąć czegoś prawdziwego. Jesteśmy tu na chwilę, między oddechem pierwszym a ostatnim. A samo ciało jest hologramem, zaprogramowaną strukturą biologiczną. Nawet kiedy przestają bić nasze serca, pozostajemy maleńką cząstką większej całości.
A czego prawdziwego mamy dotknąć?
Samego istnienia? Doświadczenia go przez ciało – uszy, oczy, nos; i przez zmysły – słuch, wzrok, czucie. Doceniamy to, kiedy zbliżamy się do sytuacji granicznej, przejścia z jednego stanu w drugi. Takim momentem jest umieranie. Umierali moi bliscy, umierali moi przyjaciele. Umarł mój synek, który urodził się z wadą serca. Wiedzieliśmy, że nie będzie dla niego ratunku.
Niepojęte doświadczenie.
Synka nie ma fizycznie, ale jest więź z nim. Jego śmierć uprzytomniła mi, że na sporą część spraw w życiu nie mamy wpływu. Paradoksalnie ta świadomość daje mi siłę. Bo rzeczywistość odciąga od tych najważniejszych rzeczy, przypominamy sobie o nich, kiedy ktoś odchodzi. A kiedy odchodzi twoje dziecko, to już nigdy nie będzie tak, jak wcześniej. O śmierci należy myśleć i mówić. I same dzieci na nią przygotowywać. W 2021 r. urodziły się dwie moje córki. Mają dziś trzy i pół roku i stawiają mnóstwo pytań, ćwicząc swój i mój charakter. Biegający żywioł. Kiedyś nasz kot, Sznurek, przyniósł do domu martwego ptaszka. Córki musiały się skonfrontować z tym, że ich ukochany kotek jest myśliwym, a ptaszek to jego pokarm. Wzięliśmy łopatkę i ptaszka wspólnie pochowaliśmy. Tłumaczyłem: taka jest kolej rzeczy oraz natura kotka. Tutaj jest ziemia i wszyscy kiedyś do niej trafimy. Jesteśmy cząstką cyklu życia i śmierci.
Naprawdę mówi Pan to trzylatkom?
Pokazuję im rytm świata. To, czego zazdroszczę ludziom Wschodu – ich medycynie, filozofii, duchowości – to umiejętności myślenia o sobie holistycznie, bez stawiania granicy między ciałem a duszą. Mają większy wgląd w siebie niż my, ludzie Zachodu. Trochę upraszczam, ale ludzie Wschodu raczej nie zapominają, że każdy kolejny dzień zbliża ich do kresu. I że trzeba żyć z sensem, treściwie. Oraz dbać o ciało. A ja bym chciał dożyć co najmniej 90 lat w sprawności fizycznej i intelektualnej.
Jak chce Pan to osiągnąć?
Zwracam uwagę na oddech i systematycznie się nawadniam. Trzecia rzecz to dobre jakościowo i nieprzetworzone żarcie, bo jak będziesz jeść syf, w tym cukier, to przyjdzie choroba. Potrzebny też jest ruch, sprawność mięśni. Grawitacja jest silna, ziemia upomina się o nas, by nas przyjąć, nie ma co się poddawać. Spełniając te cztery warunki, wchodzimy na dobrą drogę.
Pan na niej jest?
Jestem na etapie odświeżania moich wartości. Dostałem od terapeuty kartę, na której jest ich wpisanych czterysta, i mam za zadanie zredukować je do dziesięciu najważniejszych. Na razie wyeliminowałem pięćdziesiąt. Nad każdą się głowię, bo jedna jest połączona z inną, tworzy się sieć. Prawda stoi blisko prawdziwości, a prawdziwość łączy się z prawdomównością itd. A ja nie jestem osobą, która widzi świat w kontrastach, że coś jest czarne, a coś białe. Dostrzegam szarości, stany pośrednie, przejścia, nieoczywistości. W dziesięciu wartościach, które zostaną, na pewno będzie szczerość i empatia. Oraz odwaga – w sensie brania odpowiedzialności za swoje decyzje… Zdarza się, że ścieżki wartości, nasze i naszych najbliższych, przestają się krzyżować. Dla mnie coś jest ważne, dla drugiego mniej lub wcale.
Co wtedy?
Nie wiem, jestem na etapie refleksji. Odświeżam relację z samym sobą, by zobaczyć się w relacjach z innymi. Kiedy bawię się z moimi córkami, robię to całym sobą. Czas i uwaga są tylko dla nich. Nie pomniejszam ich o kręcenie filmików czy robienie zdjęć, bo jest ładnie i trzeba utrwalić. Liczy się pełne zaangażowanie. Żadnych rozpraszaczy.

Bartłomiej Topa (ur. 1967) – aktor, producent filmowy. Absolwent PWSFTviT w Łodzi. Zagrał m.in. w filmach Wojciecha Smarzowskiego: „Wesele”, „Dom zły”, „Drogówka” i „Kler”. W pierwszym sezonie serialu Netfliksa pt. „1670” zagrał główną rolę – szlachcica Jana Pawła Adamczewskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















