Eliza Kącka: ja, matka

Najbardziej wymagająca jest ekspozycja. Boi się człowiek obciążyć innych. Przepraszasz wzrokiem za recital wrzasków. Ile razy słyszałam: „Co za matka”, „Pani nad dzieckiem nie panuje”, „Rozpuściła bachora”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Katarzyna Kubisiowska: Kiedy zaczęło docierać do Ciebie, że Ruda może być w spektrum autyzmu?

Eliza Kącka: Kiedy stanęła na nóżki i ruszyła w teren. Zauważałam, z rosnącym niepokojem, sztywność mapy. Po balkonie chodziła zawsze tak samo, odtwarzając meandryczną trasę skoków i stąpnięć. Z punktu do punktu. Znam to na pamięć, do dziś.

Gdy coś wybiło ją z rytmu, sztywniała, a na jej twarzy pojawiał się grymas bólu. O czym to świadczy? – pytałam. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Ale diagnoza – na papierze – przyszła późno. Idę o zakład, że dziś nikt by tak długo nie dumał i wystawiłby papier z pieczątką. Nie tylko w Warszawie czy Wrocławiu, ale i na Warmii.

W Twojej książce „Wczoraj byłaś zła na zielono” nie pada ani razu słowo autyzm.

Świadoma decyzja. Nie chodziło wyłącznie o to, że nie chcę medykalizować naszego przypadku. Diagnoza jest redukcją. Człowieka się definiuje, zamyka w jakimś pojęciu. Osobowość, indywidualne cechy przestają mieć znaczenie.

Gdy usłyszałam diagnozę, wyszedł z jamy mój wieloletni lęk. Trochę się przeraziłam, trochę mi ulżyło. Ale też nie przeceniam tego momentu w kontekście samowiedzy. Chciałam mieć papier, by córce pomóc. Zakładałam, że – pragmatycznie sprawę biorąc – jako formułka daje moc ratunkową, prawo do pukania w drzwi różnych placówek. Rzecz jasna, gdybym usłyszała diagnozę wcześniej, można byłoby prawdopodobnie...

I tu urywam, bo nieustannie obmyślam scenariusze alternatywne, ale też nie daję się im stłamsić. Mogę powiedzieć tyle, że świadkowałam dobrym, czasem i spektakularnym rezultatom terapii. Ale ciekawe jest to, że Ruda największe postępy robiła spontanicznie, gdy pozwalałyśmy sobie na arcywłasne wariactwa.

Jak pantomima przed witryną kantoru?

Spektakl w środku miasta. Ruda wykonywała choreograficzny układ w biały dzień – pełną kombinację prężeń, gestów, min. I to ją fantastycznie rozluźniało. Okazuje się, że czasem dobrze zaryzykować niekonwencjonalność zachowań. Mnie też to przemieniało: nie spodziewałabym się po sobie takiej odwagi w performansie.

I odporności na opinię publiczną?

Jako matka stałam się bardziej asertywna. Żeby było zabawniej, Ruda jest taka z urodzenia. Abstrahuję od jej wybuchów złości powodowanych lękiem. Wie, czego chce. Wie, czego się lęka. A jednocześnie są w niej pokłady empatii oraz takich niedosłowności, których nie pomieściłaby stereotypowo rysowana mapa spektrum. Atakują ją, hamują różne lęki, ale potrafi je spętać, walczyć z nimi.

Kiedyś wracałam z ciężkiego spotkania. Późny wieczór, w mieszkaniu rodzice. Chciałam się uspokoić, usiadłam na murku. Ruda napisała SMS-a: „Gdzie jesteś, babcia się niepokoi”. Odpisałam, że ryczę pod domem. Zeszła po mnie, usiadła obok, płakałam na jej kolanach, a ona mnie objęła. Przeprowadziła mnie przez to dyskretnie, pewną ręką.

A Rudą co uspokaja?

Las. Wsiąka w naturę. Ma coś z wrażliwości, rzekłabym, leśmianowskiej. Gdy przytulała się do drzewa, widziałam, że wchodzi z nim w unię niedostępną dla mnie. Tego nie dałoby się wytrenować, nauczyć. Sama jestem w tym cienka. Chociaż nie wyobrażam sobie swojego dzieciństwa bez warmińskich lasów. Spotkanie Rudej z lisem – duchem ostępów – przekonało mnie, że metafizyka natury w jej przypadku nie jest formułką gołosłowną.

A drugi ważny żywioł to woda. Jakby była jej naturalnym środowiskiem, otuliną. Obserwowałam, jak się w niej rozpuszcza. Nie próbowała nigdy podchodzić do niej wyczynowo, mierzyć się z nią. Przeciwnie: siada lub kładzie się na wodzie, poddaje się falowaniu.

Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Ty jak sobie radzisz w roli matki?

W roli: trudno. Wymagające poznawczo – choć i wartościowe – są próby przełożenia sobie jej świata na mój, jej języka – na mój język. Najtrudniejsze do zniesienia są Rudej małe rozpacze. Czasem pozwala się przytulić, akceptuje bliskość – a czasem wyrywa się z objęć, chce dystansu. Boli bezradność, gdy nie jestem w stanie jej pomóc. Tłucze się człowiek w desperacji, gdy nie jest w stanie zdekodować tego, co się wydarza w dziecku, co się kłębi w jego emocjach. Gdy nie umie namierzyć powodu, który rozhuśtał tę łajbę.

Przestawienie szklanki kosztowało nas czasem więcej niż – w zwykłej dynamice życia – awantura. Poruszałam się jak po polu minowym. Ruda z pozoru nie patrząc na mnie, widziała każdy mój ruch. I biada, gdy łamałam skrypt. Cierpiała wtedy bardzo. Do dziś nie wiem, jaka neuroza, jaki algorytm porządku tym zawiaduje. Nieprzewidywalność rzeczywistości okazuje się gorsza od katastrofy. Albo inaczej: za każdym razem nią jest. Bomba wybucha w głowie, to widać.

Wymagający był też transport publiczny – ekspozycja społeczna. Boi się człowiek obciążyć innych. Że Ruda zacznie krzyczeć, gdy ktoś zmieni miejsce, a to przecież nieuchronne. Przepraszasz wzrokiem współpasażerów za recital wrzasków. Ile razy słyszałam: „Co za matka!”, „Pani nad dzieckiem nie panuje!”, „Rozpuściła bachora”.

Co Ciebie wzmacnia?

Naszą dwuosobową inność postrzegam jako szansę na bycie twórczym. Gdy Rudą urodziłam, nie wiedziałam, czy wrócę na studia, czy uda mi się zrealizować swoje cele. Zaczęłam intensywnie żyć codziennością i ją zauważać. Choćby dlatego, że odmienność mojego dziecka komplikowała mi najprostsze czynności. I wówczas, potykając się, zaczęłam je dostrzegać. Wszystko zaczęło mieć konkretną gęstość. Pomyślałam, że złowroga mantra moich krewnych – „teraz to już na wiele rzeczy sobie nie pozwolisz” – odsłania i tę dobrą stronę, że w ograniczeniu, w nowej ramie, zaczynam myśleć inaczej. Odwalczałam siebie jako człowieka, który nie boi się własnej dziwności. Co więcej, uczyniłam z niej pożywkę dla literackiej wyobraźni.

Mówię innym głosem niż przed jej urodzeniem. Choć macierzyństwo kosztuje mnie bardzo dużo, to Ruda wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do mojego wewnętrznego dziecka, choć wcale nie miałam ochoty go odwiedzać. Wyzwoliła we mnie całe pokłady szwungu i energii życiowej. Przestałam żyć tym, że kiedyś stanę się kimś innym. Sama okazała się jednoosobowym desantem inności, nie musiałam już fantazjować. I to, paradoksalnie, wyzwoliło we mnie szerzej pojęty impet twórczy. Nie wiem, czy dałabym radę cokolwiek napisać bez tych zmian w moim życiu.

Nie byłoby tej książki?

Oraz żadnej innej. Bardzo się bałam, że nie napiszę czegoś, co spełniałoby moje wymagania. Fantazjowałabym o pisaniu, ucząc historii literatury. Nie ośmieliłabym się. A Ruda, wystawiając mnie swoją obecnością na różne próby, czasem na granicy znoszenia życia, wyzwoliła we mnie zdolność do ryzyka. A bez tej zdolności nie ma pisania, jeśli traktować je serio: jako poznawczy i językowy eksperyment na sobie samej.

Twoja córka wie, że jest bohaterką książki?

Czytała fragmenty. Ciekawa była tych, w których dobrze się układa ze światem natury i społecznym. Mniej tych związanych ze szkołą: to miejsce zapalne.

Mówi o tym?

Niechętnie, wolałaby, zdaje się, wielu rzeczy nie pamiętać. A jeśli już się dzieli, to oszczędnie, niepewnie. Nie da się zresztą oddzielić rytmu wspomnień od językowych nawigacji właściwych Rudej. Ona ma swoje formuły, musi je wygłosić, deklamować, niezależnie od kontekstu. Od jakiegoś czasu używa nagminnie formułki: „Tak z ciekawości”. „Napisałaś o mnie. Tak z ciekawości”. Wychodzi na to, że pisałam tę książkę z realnej potrzeby poznawczej.

Przecież to prawda. 

Ale „tak z ciekawości” ląduje i w innych kontekstach. Ruda mowę opanowała późno. Jest dla niej ciałem obcym. A polski – językiem obcym.

A dla Ciebie jest zagadką?

Język córki paktuje z jej – niedocieczonym dla mnie – życiem wewnętrznym. Bo, powiedzmy, Ruda raptem strzela o „śladach żyjących osobno” i „cieniach wychodzących nocą”. Brzmi to jak spekulatywna baśń, ale to nie baśń – to inny świat. To sfera tajemnic, które stają się i moimi tajemnicami... Choć nie przesadzałabym z tym aktem współwłasności. Nigdy nie wejdę w to, co od Rudej biorę.

A co bierzesz?

Niektóre słowa i frazy notuję, by nie uciekły. I zastanawiam się, jak córka łączy abstrakcję z konkretem. Reguły są tu zupełnie inne niż na moim boisku, muszę się ich uczyć. Materialność abstrakcji, lekceważenie ciągów przyczynowo-skutkowych, wygłaszanie nazw przedmiotów, często przekręcanych dla samego ich brzmienia. I dzika radość – na przykład z dziebów”, co do których nawet nie jestem pewna, czy są grzybami, bo może „dzieb” rośnie w jakimś innym kosmosie.

A z drugiej strony – magiczna wiara w siłę słów opisujących stany. Np. nie mogę bezkarnie powiedzieć, że „jest mi źle”, bo Ruda boi się infekcji tym stanem. W zapiskach z jej wczesnego dzieciństwa odnotowywałam fazy trudne, by wiedzieć, jak długo trwał kryzys.

Ile trwał najdłuższy?

Miała cztery lata, kiedy w szpitalu zrobiono jej EEG. Elektrody, światła, wielki stres. Po powrocie przestała wychodzić ze swojego pokoju. Kurczowo trzymała się fotela, kompulsywnie malowała. Milczała. Bała się bodźców wzrokowych. I tu rolę główną zyskało lustro. Kazała je sobie ustawić vis-à-vis. Nie chciała patrzeć w oczy matce i dziadkom, spoglądała „w oczy” lustru. Do niego jadła, malowała, żyła. Jeszcze trudniej niż zwykle było włamać się do niej.

Na pół roku zamroziła mój i swój świat. Myślałam, że tak będzie już zawsze. Że zestarzeję się, nosząc ją w kokonie z koca do łazienki.

Regres?

To problem wielu wrażliwych ludzi, nie tylko tych w spektrum. Robią dwa kroki ku światu, a potem – w kryzysie – pięć kroków w tył. Przebodźcowani, potrafią zwinąć się w kłującą kulkę i nie jesteś w stanie, człowieku, dociec, co ich ku temu sprowokowało. A nawet jeśli wiesz – co z tego? U Rudej regresy zagarniały mowę. I potęgowały sztywność scenariuszy.

Jakiś przykład?

Pierwszy z brzegu: próbowałam czasem proponować inną trasę spaceru. Cieszyłam się, że to aprobuje. Do czasu, bo prędzej czy później szyki psuł kryzys. I wiedziałam, że wrócimy do tego, co zwykle, do stałej – co do płytki chodnikowej – trasy. I nie będę w stanie przewalczyć, zmienić tego przez dłuższy czas: tydzień, miesiąc, rok.

Mówisz o lęku Rudej. Ale w wydanej właśnie książce piszesz i o swoim lęku przed macierzyństwem.

Komponentem tego lęku jest niechęć do pozycji władzy. A w pozycję matki wpisujemy – tak mi się to jawi od dzieciństwa – zwierzchność i decyzyjność. Taki też jest układ w mojej rodzinie. Kobiety – mama i babcia – były od wywierania presji, kształtowania innych wedle swoich wyobrażeń, modelowania, unifikowania. Poświęcały się dramatycznie i oczekiwały za to podległości.

Nie kusiło mnie, by sprawdzać ten obszar doświadczenia. Ale stało się: Rudą urodziłam, gdy miałam 23 lata. Pocieszano mnie, że młoda matka ma dużo siły, szybko dziecko odchowa, potem będzie mogła zająć się sobą. Ba, urodziła sobie przyjaciółkę. A we mnie od samego początku było przeczucie cienia. Możliwe, że ten fatalizm „zawdzięczałam” chorej ciąży. Źle reagowałam na podtrzymywacze dobrego nastroju, konwencjonalne zaklinanki: „Będzie pięknie, zobaczysz”. Myślałam: wystarczy, że będzie nadwrażliwa – jak ja. I już nie będzie pięknie. Od dziecka świat bardziej mnie bolał, niż cieszył.

Gdzie bolał najbardziej?

Uuu, w przedszkolu się zaczęło. Nic nadzwyczajnego: dzieci mnie brały za fajtłapę i permanentnie się ze mnie śmiały. Zapewniałam im takie slapstickowe scenki: idę sobie z pudełkiem pełnym zabawek i – bach! – wywalam się na prostej drodze. Śmieją się ze mnie zgodnym chórem, przezywają, kpią. A ja takie stresy odreagowywałam chodząc w domu wokół stołu – kolejne kółko i kolejne, tak godzinami. Albo w ogrodzie łażąc tam i z powrotem, gadając do siebie. Konfabulowałam, opowiadałam. Nie wymyślałam krain równoległych, lecz natrętnie, wielokrotnie przewijałam w głowie sceny z przedszkola. Przy czym, cwaniara, wprowadzałam korekty w scenariuszu. Dziadek, który mnie obserwował, opowiadał po latach, że po moich minach, wymachiwaniu rękami, gwałtownych podskokach dało się poznać, że to nie jest zwyczajne dumanie, tylko uczestnictwo w jakimś społecznym spektaklu – na scenie mojej głowy.

A te cwane korekty?

Po przeróbce nie wywalałam się, niosąc pudło z zabawkami w obecności przedszkolnej widowni. Co więcej, grając w korekcie nawet potrafiłam się postawić, odpysknąć, było mnie na to stać, wzbierała we mnie śmiałość. I mówiłam w taki sposób, że wszyscy byli zaskoczeni – obserwowałam twarze, na których nie było pogardy, lecz mieszanka zdziwienia z podziwem. Czułam wielką satysfakcję, bo zawsze chciałam niestandardowo wyrażać siebie, przecinać role społeczne, kontestować. Cóż, te teatry – odgrywane dla samej siebie – to była moja totalna namiętność wstydliwie długo trwająca, bo do końca podstawówki najmniej.

Tu istotny jest wspomniany dziadek?

Żałuję, że się z Rudą nie przecięli, nie poznali się. Dziadek Edward był osobowością mocną, niezależną. Żywił organiczną niechęć do namaszczania się rolą, nominalnego przywództwa, życiowego feudalizmu. I akceptował moją odmienność, choćby w tym, że obce mi były wózki z falbanką czy inne dziewczyńskie gadżety, rytuały. Choć raz przejął się, gdy usłyszał od przedszkolanki, że nie bawię się lalkami – przestraszył się chyba, że społeczeństwo mnie z tego rozliczy. Pracowaliśmy razem w ogrodzie. Uciekaliśmy tam od naszych kobiet.

Teraz też uciekasz od kobiet.

Nie tyle od samych kobiet, ile od kobiecych ról. Mam absolutną potrzebę ich niuansowania, podważania. W ciąży przeglądałam poradniki dla rodziców i uderzało mnie, jak standaryzowane są emocje matki. „Poczujesz strzałę miłości w sercu, gdy położą ci dziecko na brzuchu. A jeśli miłość nie przyjdzie od razu, to się nie załamuj. Podajemy ci widełki czasowe kryzysu: spełnienie nadejdzie, spokojnie”.

A gdy już krążyłam na spacerach z córką, nadszedł czas zabaw w piasku. Z nim zaś – teatr życia społecznego. Brała w nim udział Ruda, ale na własnych prawach. Miała swoje obrządki wedle niezmiennych reguł: wbiegała na górkę, prostowała się, porywała wiaderko, napełniała mokrym piaskiem... Chodziło tylko i wyłącznie o to, by jej nie przeszkadzać, honorować jej rytm. Brałam na siebie rolę ochroniarza.

Czyli?

Córka nie zauważała, że towarzystwo się z niej nabija. A dzieci nie przyjmowały do wiadomości, że „normalnie” wyglądająca dziewczynka porusza się w świecie wedle ścisłego algorytmu – i że nie można zaburzyć jej trasy, bo dostanie szału. Najmniej życzliwie na Rudą reagowały dziewczynki, które odgrywały przed nami rolę kobietek zorientowanych w regułach gry. Udzielały mi instrukcji. Indoktrynowały, pouczały. Bawiło mnie, że przy nich okazywałam się gówniarzem, naiwniakiem. Byłam młodsza od nich o lata stadnego treningu.

W sumie dość zabawne.

Co tu kryć, wyszła na jaw moja dziwność. Szanująca się matka dałaby popalić pięciolatkom objaśniającym jej świat. A one zasypywały mnie pytaniami: „Gdzie pani pracuje, kim pani jest, kogo pani ma?”. Opowiadały o swoich mamach. A później rzeczone mamy przychodziły po córki – i odkrywałam, że małe to ich kopie. Że dziewczynki przez społeczną osmozę wchłaniają czy też przejmują, iż być kobietą znaczy rozkazywać i trzymać „chłopa” za twarz. Tę umiejętność ćwiczą już na kolegach w piaskownicy. Tresują przyszłych mężów – niekoniecznie własnych. Sprawdzają, czy „faceci” będą je nosić na rękach, karnie ich słuchać. Te małe kobietki widziały, że jestem inna, że nie jestem z tych, które rzucają zadania jak kije i krzyczą „aport”. Nasz duet z Rudą był dla nich zbyt egzotyczny, by mogły go uznać.

To duet nierozdzielny?

Smok z dwiema głowami, jednym ciałem i ogonem balansującym. Dwie głowy, nieco podobne, a tak bardzo różne. Pierwsza musi nieustannie osłaniać drugą – myśleć, gadać, kombinować za nią – choć i to ma swoje granice. Cały czas czuwa, obserwuje, rozgląda się na prawo i lewo, by nikt tej drugiej nie skrzywdził, nie wyprowadził z równowagi. 

Rzecz jasna, zmontowana tu naprędce metafora nie sugeruje, że przesiadam się w głowę mojego dziecka. Nie jest to możliwe.

Eliza Kącka – pisarka, literaturoznawczyni, krytyczka, felietonistka i współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka książek prozatorskich: „Elizje” (2017), „Po drugiej stronie siebie” (2019), „Strefa zgniotu” (2022), książki eseistycznej „Idiomy. Eseje” (2023) oraz książek akademickich. Nakładem wydawnictwa Karakter ukazała się właśnie kolejna – „Wczoraj byłaś zła na zielono”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Tak z ciekawości