Dansing patriotów: dlaczego PiS i PO znowu chcą, żebyśmy stawili się na polityczne marsze

W świecie rozproszonej władzy, niepewnej prawdy i zatartej różnicy maszerowanie stało się najważniejszym sposobem wytwarzania iluzji tego, co było podstawą realności dawnej polityki: wspólnoty i celu.
Czyta się kilka minut
Marsz "Miliona serc". Warszawa, 1 października 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / NurPhoto / Getty Images
Marsz „Miliona Serc”. Warszawa, 1 października 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / NurPhoto / Getty Images

Polityka lubi się powtarzać jeszcze bardziej niż historia. Boi się nowości i niespodzianek, więc jeśli już musi wymyślać jakieś formy zbiorowej aktywności, najchętniej proponuje jeszcze raz to samo. A że polityka polska lubi powtarzać się szczególnie, wręcz do znudzenia, w zasadzie nie powinno dziwić, że jej wiodący aktorzy znowu postanowili urządzić zawody w zbiorowym maszerowaniu.

Kwietniowe marsze w Warszawie: poloneza chcą zacząć

Jednak jest w tym coś zaskakującego. Tuż po ogłoszeniu przez środowiska prawicowe, że 12 kwietnia w Warszawie odbędzie się „Wielki Marsz z okazji tysiąclecia Królestwa Polskiego” i po poparciu tej inicjatywy przez Jarosława Kaczyńskiego, premier Tusk „w odpowiedzi” zapowiedział zorganizowanie 12 maja swojego „marszu patriotów” (a kilka dni później, na prośbę Rafała Trzaskowskiego zmienił datę na 25 maja, przed drugą turą wyborów prezydenckich).

Naprawdę? Znowu będziemy konkurować na liczbę nóg wydeptujących warszawskie ulice, znowu będziemy zamieniać „salon Warszawy” w podwórko, na którym chłopcy z placu Broni będą się napinać, by nadać znaczenie i powagę swoim podskokom?

Uruchamianie odtwarzacza...

Głównym punktem marszu w tysięczną rocznicę koronacji pierwszego króla Polski (z doczepionym dodatkiem pięćsetlecia Hołdu Pruskiego) ma być… próba bicia rekordu w liczbie par tańczących poloneza, który – o czym świat się właśnie dowiedział – jest „symbolem długości, siły, atrakcyjności i znaczenia polskiej kultury na świecie” (cytat z oficjalnej strony wydarzenia). Takiemu właśnie pomysłowi premier poważnego państwa, znajdującego się w bardzo poważnej sytuacji międzynarodowej, natychmiast nadaje szczególną rangę, proponując konkurencyjne chodzenie zbiorowe.

Najwyraźniej Donald Tusk uznał, że tak trzeba, że warto. I, niestety, miał rację, bo na każdym kroku widać, że choć w deklaracjach Polacy są zmęczeni nawalanką dwóch rządzących od 20 lat partii, to w praktyce wciąż ich ona wciąga. Kolejne ugrupowania, które uwierzyły, że polscy kibice polityczni nie chcą już „świętej wojny”, szorują po sondażowym dnie, więc nic dziwnego, że wiodące siły narodu znów postanowiły dostarczyć mu ulubionej rozrywki, organizując wielką wiosenną ustawkę marszową.

Derby politycznych kibiców, czyli co różni POPiSowe zawody od rywalizacji Legia–Wisła czy Zagłębie–Ruch

Zbiorowe maszerowanie ulicami miast, a najczęściej jednego miasta – Warszawy – jest w Polsce znaczącą formą aktywności politycznej od niemal 20 lat. Po okresie wstrzemięźliwości związanej z żywą a kompromitującą pamięcią pochodów pierwszomajowych, w pierwszej dekadzie XXI stulecia tłumne i zorganizowane chodzenie po ulicach odzyskało swoją pozycję, do czego przyczynił się w głównej mierze sukces Marszu Niepodległości.

Jednak pionierami zbiorowych wędrówek ulicami miast jako podstawowych form mobilizacji zwolenników byli nie narodowcy, ale dokładnie ci sami politycy, którzy organizują tegoroczne derby marszowe.

Miesiąc przed tym, zanim przez centrum Warszawy przeszedł pierwszy Marsz Niepodległości, w sobotę 7 października 2006 r., odbyły się w stolicy nie dwa, ale trzy konkurencyjne marsze polityczne, wywołane przez bardzo podobną do tegorocznej sekwencję zdarzeń. Gdy rządzące wówczas od roku PiS zwołało wiec poparcia dla swojego rządu, PO odpowiedziała organizując Błękitny Marsz jego przeciwników. Na trzeciego dołączyła Liga Polskich Rodzin (czy ktoś jeszcze pamięta ten ówczesny odpowiednik Konfederacji?), będąca częścią koalicji rządowej, ale rząd kontestująca, która zorganizowała marsz „Białej Róży”.

Tym razem jednak trzeci nie skorzystał na bójce dwóch wielkich: LPR wkrótce została zjedzona jako modelowa polityczna przystawka i memento dla innych ugrupowań zajmujących podobne pozycje, zaś uwaga zbiorowa skupiła się na rywalizacji największych antagonistów, którzy właśnie wtedy odkryli siłę maszerowania przeciwko sobie. Także dzięki niej, od 20 już lat spektakularne, POPiSowe zawody niewiele różnią się od rywalizacji Legia–Wisła czy Zagłębie–Ruch.

Co zbiorowe akcje i marsze mogą dać samym protestującym 

To trzeba podkreślić, bo łatwo uchodzi uwadze: Marsz Niepodległości, czy równie swego czasu skuteczne comiesięczne marsze smoleńskie, tylko pozornie są wydarzeniami tego samego rodzaju co marsze partyjne, takie jak „Błękitny” z 2006 r. i „Miliona Serc” z 2023 r., albo organizowane przez PiS „marsze patriotów”. W pierwszym przypadku zachowany zostaje żywy związek z genealogią politycznych zjawisk, które nazywamy zwykle demonstracjami lub manifestacjami. Oba te widowiskowe słowa znaczeniowo wiążą się z okazywaniem, wystawianiem, uwidacznianiem czegoś. Ich odmiany polityczne polegają zasadniczo na wprowadzaniu w przestrzeń publiczną w formie masowych wystąpień ugrupowań, poglądów, przekonań, którym w tej przestrzeni odmawia się miejsca i które właśnie dla jego zdobycia wkraczają w nią dosłownie – przejmując władzę nad ulicami i placami. Przy okazji takie zbiorowe akcje mogą samym protestującym uświadomić ich istnienie jako podmiotu i siły politycznej, o czym śpiewał w „Murach” Jacek Kaczmarski: „zobaczyli, ilu ich, poczuli siłę i moc”.

Klasycznymi wzorcami takich demonstracji są idące przez historię protesty przeciwko władzy o charakterze autorytarnym, negującej racje, a często wręcz i samo istnienie określonych grup społecznych czy etnicznych. Gdy w rosyjskiej Warszawie na plac Teatralny wychodzili polscy patrioci, a w komunistycznym Poznaniu czy Gdańsku zalewali ulice antykomunistyczni robotnicy, sama ich tłumna obecność negowała propagowany przez władzę obraz świata i przekreślała jej roszczenia do bycia czymś innym niż aparatem ucisku.

Kto jest złym wilkiem: Prezes lub Premier? Nieważne, i tak uda mu się zdobyć uwagę nas, czyli siedzącej przed ekranem Babci Czerwonego Kapturka

W społeczeństwie demokratycznym, zachowującym choćby względnie zasady wolnego słowa, manifestacje nadal mają podobne znaczenie, choć – na szczęście! – nie wiążą się z tak krwawymi konsekwencjami. Wielotysięczne przemarsze osób identyfikujących się z określonymi poglądami rozbijają natomiast dominujący dyskurs, kompromitują oficjalne interpretacje i hierarchie wartości, wymuszają – przynajmniej w jakimś stopniu – zmianę kierunku i charakteru debaty publicznej, a przez to także – decyzji politycznych.

Marsz Niepodległości osiągnął prawdziwy sukces, trwale wywracając liberalne przekonanie o anachroniczności tradycyjnej postawy bojowego patriotyzmu i nacjonalizmu, zwłaszcza w odniesieniu do młodzieży, która rzekomo miała być z zasady lewicowo-liberalna. Marsze smoleńskie skutecznie wprowadziły do publicznej agendy negowane przez dyskurs oficjalny interpretacje i emocje związane z katastrofą 10 kwietnia, sprawiając, że przynajmniej na jakiś czas media głównego nurtu przestały w osobach w nich uczestniczących dostrzegać wyłącznie oszołomów.

Zasada jest tu stosunkowo prosta: skoro żyjemy w świecie, w którym punkty skupienia uwagi i kierunki interpretacji wyznaczane są przez media powiązane w sposób oczywisty, choć niekoniecznie jasny, z ośrodkami politycznymi, to wielkie publiczne manifestacje stanowią sposób na wymuszenie zainteresowania tematami i wątkami, które owe media przedstawiają w sposób jednostronny, albo w ogóle nie dostrzegają.

Masowa demonstracja własnych poglądów, zwłaszcza wyposażona w dodatkowe „atrakcje” (chwytliwe hasła, transparenty, kreatywne mikroinscenizacje itp.), tworzy wydarzenie o znacznej nośności medialnej. Ma też i tę zaletę, że dobrze się pokazuje i opowiada, bo jest jednorazowa i wyrazista, a przede wszystkim posługuje się uproszczonymi komunikatami, ułatwiając mediom ich stałą pracę nad sprowadzeniem złożoności świata do prostych opozycji i jednowątkowych, klasycznie baśniowych narracji.

Można oczywiście nie zgadzać się z demonstrantami, że wielkim złym wilkiem jest Prezes lub Premier (w zasadzie to wszystko jedno), ale z pewnością i tak uda się zdobyć uwagę nas, czyli siedzącej przed ekranem Babci, która drży o to, co Czerwony Kapturek obiecał jej przynieść w koszyczku.

POPiS-owe marsze partyjne tylko pozornie mają taki sam charakter i spełniają takie same funkcje

Powtarzam: POPiS-owe marsze partyjne tylko pozornie mają taki sam charakter i spełniają takie same funkcje. Bez względu na to, czy organizująca je partia jest w danym momencie w opozycji, czy tworzy trzon siły rządzącej, nie sposób przecież twierdzić, że jej narracja nie istnieje w debacie publicznej. Ani w roku 2006, ani w 2017 czy w 2023, ani dziś partie będące w opozycji nie są pozbawione dostępu do wielu narzędzi komunikacji społecznej. Oczywiście można narzekać, że główna stacja telewizyjna stanowi tubę propagandową rządu (co, niestety, zasadniczo nie zmieniło się po wyborach 2023 r.), albo że na rynku medialnym nie ma równowagi, ale w dobie internetu i mediów społecznościowych istnieje wiele sposobów na dotarcie z własnym „przekazem” do odbiorców.

Tyle tylko, że przekaz ten jest w swojej multiplikacji rozproszony, a jego odbiór silnie zindywidualizowany. Nie ma charakteru zbiorowego. Nie tworzy wspólnoty. A właśnie w imię wspólnoty występują aktorzy polityczni, wspólnotę chcą reprezentować. Wspólnotę, a nie partię, bo partia w swojej wpisanej w nazwę cząstkowości jest już w punkcie wyjścia skompromitowana w relacji do wciąż dominującego w społecznej wyobraźni dyskursu jednościowego.

Przekonanie, że „wszyscy Polacy” powinni na jakiś temat myśleć tak samo i w ten sam sposób działać; że coś powinno nas wszystkich łączyć, to paradoksalnie podstawa politycznej konkurencji dzielącej polskie społeczeństwo. Wszyscy zgadzają się, że jedność jest dobra i pożądana, ale zarazem kompletnie inaczej odpowiadają na pytanie, wokół czego owa jedność powinna być budowana. I to właśnie ten paradoks rywalizacji na jedność i wspólnotę nadaje takie znaczenie wielotysięcznym marszom.

Nie chodzi w nich o protest, nie chodzi o wystawienie jakiegoś nieobecnego lub źle obecnego w przestrzeni publicznej zestawu znaczeń, tematów czy wartości. Chodzi o rzecz jeszcze bardziej podstawową: osadzenie zbiorowości przybyłych osób w roli przekonująco zainscenizowanej wspólnoty. Tej jedynej prawdziwej.

Gdzie stoi Polska? Zapowiedzi tegorocznych marszów jasno to pokazują

Obie strony przedstawiają je jako „marsze patriotów”, a więc ludzi, dla których najważniejszą wartością jest ojczyzna. Fundament rywalizacji stanowi to, co według naiwnej narracji powinno łączyć – wszak „Polska jest jedna”, nieprawdaż? Tymczasem podstawowa lekcja partyjnych demonstracji brzmi zupełnie inaczej i wyraża się w skandowanym: „Tu jest Polska!”. Tu, gdzie my – a nie tam, gdzie oni.

Marsze narodowo-partyjne nie są demonstracjami i manifestacjami rozumianymi klasycznie, jako wystąpienia ujawniające jakieś poglądy. Są natomiast modelowymi performansami wytwarzającymi podstawę życia politycznego – działającą wspólnotę. Nie chodzi o potwierdzenie poparcia dla określonych programów czy rozwiązań politycznych, ale o powołanie silnej i atrakcyjnej reprezentacji, z którą identyfikować się zechce jak największa grupa obserwujących.

Dążenie do atrakcyjności i uruchomienia mechanizmów identyfikacyjnych sprawia, że marsze stopniowo tracą swoje wyjściowe i – wydawałoby się – nieuchronne ostrze rywalizacyjne. Przynajmniej w deklaracjach przestają być marszami przeciwko. Oczywiście wykorzystują logikę opozycji „tu” (Polska) – „tam” („ZOMO”), którą w roku 2006, na sześć dni przed wielką sobotą marszów, aż zbyt klarownie wypowiedział Jarosław Kaczyński. Być może zresztą dlatego, że logika została wypowiedziana i zapamiętana, nie jest w ostatnich latach podkreślana.

Idzie marsz: polityczne performans czy dansing patriotów

Jeśli za dwa bieguny chodzonych wystąpień publicznych uznać dwa typy parad: wojskową i Równości, to polskie marsze partyjne ostatnich lat zbliżają się ku tej drugiej. A przecież teoretycznie bliskie im być powinny wzorce wojskowe i metafora oddziałów zwolenników gotowych do „walki o Polskę”, idących, by zdobyć wrogą twierdzę.

Tymczasem ani PO, ani – co znamienne – PiS w swoich najnowszych zapowiedziach nie sięgają po ten typ obrazowania, chyba tylko częściowo dlatego, że skutecznie wykorzystuje go od lat Marsz Niepodległości („Armia Patriotów”). Powodem poważniejszym jest rezygnacja ze wspomnianej konkurencyjności, z wystawiania własnego marszu jako z założenia idącego przeciwko komuś lub czemuś, a nawet – za czymś lub za kimś. Marsze antyrządowe czy też te „dla życia i rodziny” to także inny subgatunek publicznego performansu politycznego niż marsze partyjne. Tym nie chodzi o dojście gdzieś: o jakiś cel, ku któremu się idzie. One same są celem, bo powołuje się je dla stworzenia atrakcyjnego obrazu wspólnoty niekonfrontacyjnej, pozornie niepotrzebującej przeciwnika dla własnego zaistnienia i działania.

To dlatego wielkie marsze PO, choć były jednoznacznie antypisowskie, tak chętnie operowały dyskursem radości, uśmiechu, życzliwości, a nawet pobłażliwości. Z przeciwników raczej się śmiano niż im grożono, zaś sam marsz przyjmował krok coraz bardziej taneczny. Konkurenci najwyraźniej poszli w tę samą stronę i stąd pomysł na taneczny rekord.

„Prawdziwi patrioci” spotkają się 12 kwietnia w Warszawie nie po to, by zaprotestować przeciw komuś, ale by się radować „długością polskiej kultury na świecie”, której fizyczną reprezentacją będzie właśnie polonezowy wąż. Wydarzenie reklamowane jest nie jak performans polityczny, ale jak patriotyczna wersja „Tańca z gwiazdami”: „Weź żonę/męża czy partnerkę/partnera i bądź częścią tego historycznego wydarzenia!” – zachęcają organizatorzy, posuwając się w swej radosnej otwartości nawet do podważenia monopolu heteroseksualnego małżeństwa.

Czy czas już skończyć z polskim maszerowaniem

Korona Polska tańcząca to istotnie nowy element historii marszowego wytwarzania wspólnoty narodowej. Ciekaw jestem, czy i jak Platforma odpowie na to wyzwanie, bo jeśli zorganizuje tylko marsz poparcia dla swojego kandydata i potępienia dla kandydata strony przeciwnej, to wyjdzie na ugrupowanie nienawistników, przed czym ucieka konsekwentnie od czasów Błękitnego Marszu z jesieni 2006.

Niezależnie jednak od tego, co w odpowiedzi na prawicowego poloneza zatańczy ugrupowanie rządzące, nie wydaje się, by po dwóch dekadach masowego chodzonego polskiego zanosiło się na jakąś przerwę. Teoretycznie wszyscy twierdzą, że czas się już zatrzymać, usiąść i pomyśleć chwilę, ale w praktyce zwycięża lęk przed tym, co można by usłyszeć, gdyby ucichł tupot tysięcy stóp.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Marsz, marsz Polonia