Danuta Stenka: Staram się uczciwie obrabiać zagonki i role, które dostałam od losu

Danuta Stenka: Czy dojrzała kobieta to gorszy sort człowieka, skoro nie interesują nas jej historie, skoro nie chcemy ich opowiadać?
Czyta się kilka minut
Danuta Stenka // Fot. Jacek Poremba
Danuta Stenka // Fot. Jacek Poremba

Katarzyna Kubisiowska: Opowie Pani o widoku z okna?

Danuta Stenka: Okno, przez które najczęściej wyglądam, kuchenne, wychodzi na taras, przy którym rośnie brzoza płacząca, a na niej wiszą dwa karmniki. Całą zimę patrzę na ścigające się tam ptaki wszelakich gatunków. Głównie sikorki, bogatki i modraszki, ale też mazurki, między które próbują wcisnąć się duże sójki. Bywają dzięcioły. I kowaliki po pniu spacerujące głową w dół. A pod drzewem zbierają spady z karmników grzywacze i kosy.

Dalej jest ogród?

I lada moment zacznie się zazieleniać, dostrzegam już pierwsze sygnały wiosny. I co najważniejsze, topnieją z każdym dniem zimowe ciemności, nieznośny brak światła. Mam szczególną wrażliwość na światło pory dnia, światło pór roku, światło w pomieszczeniach, w jakich przebywam – na jego barwę, intensywność. Światło ma jakiś przemożny wpływ na mój stan psychiczny – poczucie bezpieczeństwa, poczucie zagrożenia. Również w pracy. Do tego stopnia, że kiedy wyjeżdżaliśmy na festiwal i graliśmy na scenie, która nie dawała możliwości zawieszenia reflektorów w podobnym miejscu co zazwyczaj, zdarzało mi się zapominać tekstu. Inne światło przenosiło mnie w inną rzeczywistość.

A sam ogród?

Jesienią posadziłam cebulki tulipanów, żonkili, narcyzów, widać już dziesięciocentymetrowe pędy. Jednak za mało mi kwiatów, więc sadzę je w donicach na tarasie, na ganku. Wśród nich hortensje, których jesienią nie wyrzucam, tylko z pomocą ogrodników zadołowuję w miejscu, gdzie mogą przetrwać zimę, i na wiosnę sadzę w ogrodzie. Sporo krzewów już się w nim zadomowiło. A w poprzednim roku wyhodowałam pomidory i bakłażany z własnych sadzonek.

Skąd ta miłość do ogrodu?

W dzieciństwie pomagaliśmy mamie, brat i ja, podczas wiosennych prac w ogrodzie. Każde z nas dostawało wówczas swój zagonek, na którym mogliśmy siać, co nam się żywnie podoba. Warunek był jeden: mieliśmy o to dbać – plewić, podlewać. Jaka mnie radość rozpierała, jaka duma, kiedy kładłam na talerzu moje rzodkiewki! Ogródek warzywny wrócił do mnie. Ale minęło ponad pół wieku.

Dlaczego tyle czasu musiało minąć?

Zagonienie? Chroniczny niedoczas? Nasz dom budowaliśmy również z myślą o rodzicach męża. To teściowa stworzyła tu pierwszy warzywniak. Kiedy odeszła, wraz z nią umarł i ogródek. Zarastał, dziczał... I stał się moim wyrzutem sumienia. Któregoś dnia odwiedziliśmy z mężem moją kuzynkę w jej nowym domu i pokazała nam swoje oczko w głowie – warzywniak. Zachwycił nas. Grządki tworzyły wysokie skrzynie, tyle że bez dna. Można się o nie oprzeć, sadząc rośliny, można na nich przysiąść wyrywając chwasty – koniec z klękaniem i bólem pleców.

To był ten impuls?

Dość szybko zrobiliśmy plan naszego sado-warzywniaka. Oczyściliśmy przestrzeń, postawiliśmy osiem skrzyń, posadziliśmy krzewy owocowe: borówki amerykańskie, jagody kaukaskie, czarne i czerwone porzeczki, agrest, ścieżki wysypaliśmy białym kamieniem. Uwielbiam to miejsce. Łapię się na tym, że wychodzę po pietruszkę, a wracam po dwóch godzinach. Tam czas inaczej płynie. Zawieszam się. Zastygam. W zachwycie, w zamyśleniu. Zabieram się do jakiejś pracy i zapominam o bożym świecie. A przy tym nie jestem typem ogrodniczki z wybujałymi oczekiwaniami.

Nie?

W poprzednim roku jakiś pomór kompletnie skasował ogórki i część pomidorów. Do tego kolejna inwazja ślimaków. Mąż stwierdził, że to nie ma sensu, tyle pracy poszło na marne. A ja... Oczywiście, że cieszą mnie piękne plony, że wolałabym zerwać te ogórki i choćby porozdawać znajomym, ale skoro się nie udało, to trudno. Ja z ogródka czerpię inne zyski.

Emocjonalne?

Wypadam z życiowego kołowrotka i ląduję w „tu i teraz”. Choć ogródek też bywa przyczyną stresu...

A jednak!

Po prostu uświadomił mi, że jeśli na przykład wejdę w próby sztuki, która będzie miała swoją premierę przed wakacjami, to całą wiosnę spędzę w zamkniętym pomieszczeniu bez okien. A co z moim ogródkiem? W październiku skończę 64 lata. Ileż mi tych wiosen jeszcze zostało?

Tak Pani liczy?

Nawet gdyby się spełniło życzeniowe „sto lat”, półmetek już dawno przekroczyłam.

To jak właściwie jest u Pani z tym czasem?

Pamiętam, jak bardzo przeżywałam swoje trzydzieste urodziny. Rok 1991, pierwszy sezon w Warszawie, mąż został w Poznaniu. Rozłąka, obce miasto, obcy teatr, obcy ludzie, mieszkanie w wynajętym pokoju. Jesienna słota, jadę tramwajem do pracy i myślę, że oto jestem na piku mojego życia, a teraz czeka mnie już tylko zsuwanie się, jak mawiał mój kolega „do piórnika”. Podchodzę do mojego ówczesnego Teatru Dramatycznego, który mieści się w Pałacu Kultury, otwieram ogromne pałacowe drzwi i nadziewam się na wychodzącego Jurka Satanowskiego, który patrzy na mnie i mówi: „Coś się stało?”. Ja: „Kończę dziś trzydziestkę”. Na co on: „Kobieto! Wszystko, co najpiękniejsze, dopiero przed tobą!”.

Sprawdziło się?

Święte słowa! Przekazuję je z przyjemnością młodszym koleżankom. A już dwanaście lat później, w dniu moich urodzin, podczas próby z Gabrysią Kownacką i Izabellą Cywińską, stwierdziłam, że czterdziestka to fantastyczny wiek. Gabrysia natychmiast rzuciła: „Po pięćdziesiątce jest jeszcze ciekawiej, zobaczysz”. Na co odezwała się Cywińska: „Dziewczyny, o czym wy mówicie! Fajnie zaczyna się dopiero po sześćdziesiątce. Jeszcze tyle możesz, a już nic nie musisz”.

I jest fajnie?

Bardzo mi się podoba zasłyszana niedawno wypowiedź Olgi Tokarczuk: „Okres między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką czy nawet siedemdziesiątką to czas wypłynięcia na szerokie wody. Już nie musimy funkcjonować na najwyższym poziomie: być bystrzachami w pracy, super matkami, atrakcyjnymi seksualnie kochankami, które radzą sobie z tym wszystkim jednocześnie. Dla mnie to stan błogosławiony”. Nic dodać, nic ująć.

Kupowaliśmy lata temu naszym rodzicom pewien specyfik na wzmocnienie. I oczywistym było dla mnie, kiedy słyszałam w radiowej reklamie, że przeznaczony jest „dla seniorów”, dopóki któregoś dnia nie dotarła do mnie pełna wersja tej reklamy: „dla seniorów 50 plus”. Okazało się nagle, w drodze do kuchni, że jestem seniorką. Nie wpadłam na to. Zaskoczyło mnie to, zadziwiło, ale i ubawiło.

Ubawiło?

Nie przeraziło. Jeśli wiek budzi mój niepokój, to raczej ma to związek ze zdrowiem, utratą sprawności. Nie chciałabym, żeby dopadły mnie problemy z pamięcią.

To w końcu jak jest z tym czasem dla aktorki?

Kobiecie czas w tym zawodzie płynie szybciej, co znaczy, że szybciej wypada z gry. Najwięcej propozycji dostaje, kiedy jest młoda. Powinna chwytać moment, nie przegapić swojego czasu. Bo na dojrzalsze lata propozycji dla aktorek jest coraz mniej, potem pojawiają się pojedyncze, aż wreszcie znikają. Choć niewątpliwie nastąpiły zmiany. 

O dekadę młodsza ode mnie Agata Kulesza powiedziała kilka lat temu: „Kiedy ty miałaś 40 lat, to tylko jedna z twojego pokolenia mogła dostać dużą rolę, reszta musiała czekać na następny sezon, albo cieszyć się drugim czy trzecim planem. A dziś my, aktorki z jednego pokolenia – Maja Ostaszewska, Magda Cielecka, Kinga Preis – gramy duże role równolegle”. 

Poprawiło się?

Granica się przesunęła, choć mężczyzna w tym zawodzie nadal zajmuje pozycję uprzywilejowaną. Wiek działa na jego korzyść. Dojrzewa jako człowiek i jako aktor. Każda zmarszczka staje się jego atutem, więc nie musi się przejmować upływającym czasem i zmianami cielesnej powłoki. Kobieta również dojrzewa jako człowiek i aktorka, a jednak w pewnym momencie wypada z gry. Chciałoby się zadać pytanie, czy dojrzała kobieta to gorszy sort człowieka, skoro nie interesują nas jej historie, skoro nie chcemy ich opowiadać.

Ale ja mam chyba, co uświadomiłam sobie lata temu, męski stosunek do zawodu, do kwestii wieku.

Dlaczego?

Zdarzało mi się w młodości dyskutować z propozycją roli. Uważałam, że jeszcze do niej nie dojrzałam, jeszcze za mało umiem, jeszcze nie mam odpowiednich narzędzi, że dla dobra spektaklu lepiej, żeby zagrała ją inna aktorka. Ja mam jeszcze czas. Uświadamiano mi, że nie mam racji, powinnam się podjąć tego zadania, a nawet jeśli nie udźwignę tej roli, powinnam to potraktować jako etap rozwoju, zdobywanie umiejętności, doskonalenie warsztatu. Więc zdarzało się, że skakałam na główkę do basenu, w którym nie spodziewałam się wody.

Pani jako czterdziestolatka zagrała przecież w kinowym hicie: „Nigdy w życiu!”.

Ale decydenci nie widzieli mnie w nim. Pomimo sugestii Kasi Grocholi, autorki, że to ja powinnam zagrać Judytę. Uznali, że filmową czterdziestolatkę musi – z wiadomych względów – zagrać aktorka trzydziestoletnia. Tymczasem kiedy stanęły przed kamerą Judyta i jej nastoletnia córka, okazało się, że wyglądają jak siostry, więc trzeba było jednak powtórzyć zdjęcia próbne dla mojej półki wiekowej i... stało się. 

Danuta Stenka // Fot. Jacek Poremba

Mówi się, że w tym zawodzie sukces co najmniej w połowie zależy od szczęścia. Sama nie umiałabym zawalczyć o siebie. Ale od samego początku spotykałam ludzi, którzy we mnie wierzyli. Którzy widząc, że o siebie nie zadbam, brali mnie za rękę w swoją podróż. Na pewnym etapie zawodowej drogi pojawiły się agencje aktorskie, które niewątpliwie ułatwiły życie, szczególnie takim jednostkom jak ja. Obserwując młodych aktorów, ich walkę, ich determinację, jestem pewna, że dziś, bez dobrych duchów, których dane mi było spotkać, przepadłabym z kretesem. To zawód piękny, niezwykły, ale i okrutny, nieprzewidywalny, pełen niesprawiedliwości.

Pani aktorski wzorzec?

Byłam na pierwszym roku Studium Aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże. Jako adepci, najniższy szczebel w hierarchii aktorskiej, statystowaliśmy całym rocznikiem w „Ślubie” Gombrowicza w reżyserii Ryszarda Majora, gdzie Joanna Bogacka, gwiazda tego teatru, grała Matkę. Uwielbialiśmy ją. Nie przyjaźniła się z nami, ale była wobec nas zadziwiająco serdeczna. Widać to było w wyrazie twarzy, tonie głosu, jak odpowiadała na dzień dobry czy nawet w niezobowiązującym zdaniu rzuconym gdzieś w przejściu. 

Nie mówiąc już o tym, jaką była aktorką, jak pracowała, jaka była na próbach i w trakcie spektakli, skupiona, precyzyjna. Pamiętam dokładnie ten moment – stałam za kulisami, ona zeszła ze sceny, minęła mnie z tym ciepłym uśmiechem na twarzy, a mnie przemknęło przez głowę: „Chciałabym być taka jak ona”. I wiem, że myślałam o człowieku w tej aktorce.

To ważne?

Kluczowe. Moje marzenia zawodowe nie dotyczą ról, a ludzi, z którymi chciałabym wyruszyć w nieznane. Tekst, nad którym mam pracować, jest bardzo ważny, ale zrezygnuję nawet z dużego zadania, jeśli nie wierzę w ekipę, a podejmę się najmniejszego epizodu, jeśli spodziewam się ciekawej ludzkiej przygody.

Teatr to praca zespołowa, a nie zestaw solowych występów. Jasne: każdy aktor rzeźbi swoją rolę, ale wspólnie budujemy świat, w którym będą żyć postaci przez nas tworzone. Bywają aktorzy, którzy w samotności pracują nad rolą, przychodzą na próbę i domagają się od reszty, żeby bezdyskusyjnie podporządkowała się ich wizji, dopasowała swoje postaci do ich rzeźby. To jest adres, pod który zupełnie mi niespieszno.

Pani jak rzeźbi?

Też w domu dziergam swoją rolę i przychodzę na próbę z jakimiś propozycjami, jakimiś pomysłami. Ale biorę pod uwagę, że być może, choć z bólem, trzeba się będzie z nimi rozstać. Kiedy w dyskusji z reżyserem czy partnerem zderzają się moje i jego zupełnie różne wyobrażenia czy rozwiązania, to proponuję: „Dobrze, nie przepychajmy się, spróbujmy obu wersji, zobaczymy, która do nas przemówi”. To oczywiście nie jest łatwe, zrezygnować ze swojego odkrycia i uznać czyjąś propozycję, tym samym odebrać swojej postaci jakiś ciekawy kolor na rzecz sprawy.

Ale dając sobie tę możliwość, otwierając się na spojrzenie pod innym kątem, nierzadko docierałam do sensów, których bym nie odkryła, gdybym nie weszła na drogę zaproponowaną przez innego uczestnika naszej wyprawy. Bo to jest wyprawa. W nieznane. Często w ryzykowne. Tu niezbędne jest wzajemne zaufanie, wspieranie się, inspirowanie.

Aktorstwo coś zabiera?

Spokój. Wiem, co to znaczy wieloletnia bezsenność i stan depresyjny. Jeśli jest pasją – zabiera czas. Widzisz dzieci śpiące, wracając nocą po spektaklu, i widzisz je nadal śpiące, wychodząc rankiem na plan zdjęciowy. Jesteś w domu, ale one tego nie wiedzą. Zabiera uwagę. Nawet jeśli spędzasz czas z bliskimi, a na przykład zbliża się premiera albo po prostu wymagający spektakl, trudny dzień zdjęciowy, próba, twoje myśli uciekają do innej rzeczywistości.

Czyli to sytuacja bez wyjścia?

Od kilku lat gram w Teatrze Narodowym Charlottę w „Sonacie jesiennej” Bergmana. Sławna pianistka, po siedmiu latach braku kontaktu odwiedza córkę i po raz pierwszy słyszy z jej ust, jak wyglądało jej dzieciństwo w cieniu matki-artystki. Odnajduję tam sytuacje ze swojego życia. To mój gorzki rachunek sumienia. I moja pokuta. Jeśli udaje mi się wejść w postać naprawdę głęboko, to po skończonym spektaklu czuję się jak wrak człowieka – zjada mnie ta rola, wyżera. 

A znowu kiedy jestem daleko od poprzeczki, którą w dobrych momentach zawiesiłam wysoko, kiedy sam spektakl tyle mnie nie kosztuje, płacę za to po zejściu ze sceny. Wyrzutami sumienia wobec widzów, że nie dałam im wszystkiego, co mogliby i powinni dostać. A teatr to rozmowa, to wymiana – oddając dostajesz, dostając, masz z czego dać.

Ta wzajemność działa też poza sceną?

Śmiejemy się z mężem, że jesteśmy kasą zapomogową. Jeśli ktoś jest w potrzebie, a my możemy, to dzielimy się. Jednak pieniądze nie spadają nam z nieba. Mąż kiedyś grywał w totolotka. Bez spektakularnych rezultatów, ale nieugięcie próbował. Któregoś dnia mnie olśniło: „Słuchaj, naszej skarbonki nie napełni żadna czarodziejska różdżka. My należymy do tych szczęśliwców, którzy dostają od losu pracę”. I rzeczywiście, ilekroć komuś pomagamy, pozbywając się naszych oszczędności, po chwili pojawia się jakaś zawodowa propozycja, możliwość uzupełnienia skarbonki. Niewątpliwie po to, żebyśmy mieli czym się dzielić.

To są właśnie te rzodkiewki, zebrane z grządki, którą podarowała Pani mama?

Między innymi. Moja mama skończyła w październiku 90 lat. Kiedy do niej przyjeżdżam, zasiadamy przy stole i toczy się długa, kilkudniowa, okraszana posiłkami rozmowa, z przerwą na sen. Lubię tę opowieść o małej Agatce, która przychodziła do pokoju dziadków i kiedyś zapytała, dlaczego tak długo patrzą się w te płachty papieru. Wtedy usłyszała, że to są gazety, a te znaczki to litery. 

W słowie „gazeta” są takie, z których można utworzyć jej imię. Widzę oczyma wyobraźni tę małą dziewczynkę, jak biegnie do kuchni z kartką papieru i ołówkiem, z dala krzyczy do mamy i sióstr: „Jô sã mògã pòdpisac!” i nie zważając na ich pobłażliwe komentarze, ku ich ogromnemu zaskoczeniu koślawymi, drukowanymi literkami pisze: AGATA.

I jak się potoczyły jej losy?

Od zawsze chciała zostać nauczycielką. Ale żeby przystąpić do egzaminu do szkoły średniej, należało ukończyć siedmioletnią wówczas szkołę podstawową. Jej wiejska podstawówka miała tylko sześć klas, więc czwórka czy piątka uczniów marzących o dalszej nauce błagała nauczycielkę o pomoc, a ta wywalczyła dla nich w urzędach tę możliwość. Ci zapaleńcy chodzili do szkoły na dwie zmiany – rano do klasy szóstej, a po południu przerabiali materiał z klasy siódmej. Mimo że wówczas przepis na los dziewczynki na wsi był prosty i oczywisty – uczyła się, jak prowadzić gospodarstwo, i wychodziła za mąż – dziadkowie byli otwarci na marzenie mamy. 

Jednak zanim skończyła podstawówkę, babcia zachorowała na raka i wszystkie pieniądze dziadek przeznaczał na leczenie. A po wojnie rolników, zwłaszcza tych, którzy mieli więcej ziemi, wykańczano podatkami ponad miarę. Plany legły w gruzach, ale mama bardzo chciała się uczyć, a że wykazywała się talentem i pracowitością, wstawiali się za nią u dziadka i nauczycielka, i ksiądz. 

Pomogło?

Niewiele to dało, po prostu nie było pieniędzy. Aż któregoś dnia zastukał do ich drzwi, żeby przeczekać ulewę, nauczyciel z sąsiedniej wsi. Wytłumaczył dziadkowi, że tak naprawdę jest to kwestia opłacenia pierwszego semestru, bo jeśli Agatka będzie miała dobre wyniki w nauce, dostanie stypendium. Mama wybłagała, żeby pozwolił jej pojechać na egzamin wstępny – jeśli go nie zda, temat sam się zamknie. Zdała egzamin, uczyła się świetnie, dostała stypendium i całe życie przepracowała jako nauczycielka.

Ale trudno było mamie tę swoją rzodkiewkę wyhodować.

Podziwiam ją, jej determinację. Tym bardziej że moją drogę wymyśliła i wręcz wepchnęła mnie na nią polonistka w liceum. A w zawodowej podróży spotykałam ludzi, którzy prowadzili mnie za sobą, otwierali przede mną furtki. Ja dostałam prezent od losu. Dostawałam swoje zagonki, swoje role, nie musiałam o nie walczyć. Niewątpliwie pod tym samym warunkiem co w dzieciństwie, że będę je uczciwie obrabiać.


Danuta Stenka (ur. 1961), aktorka, od 2003 r. w zespole warszawskiego Teatru Narodowego. Grała w spektaklach m.in. Izabelli Cywińskiej, Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny, Mai Kleczewskiej, Michała Zadary. Na małym ekranie popularność przyniósł jej serial „Boża podszewka” w reżyserii Izabelli Cywińskiej, na dużym film: „Nigdy w życiu!” w reżyserii Ryszarda Zatorskiego. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Stan błogosławiony