Lech Dyblik: Marzeniem każdego z nas jest być najważniejszym na świecie

Pogardzałem ludźmi, uważałem, że nie dorastają mi do pięt, że to żadni partnerzy. I raptem ci ludzie zaczęli wypełniać moje życie: przysłuchiwałem im się, przyglądałem, myślałem o nich. Odkrywałem, że są inni, a ja nie jestem pępkiem świata – mówi Lech Dyblik, aktor i pieśniarz.
Czyta się kilka minut
Lech Dyblik. Beskid Niski, 8 czerwca 2025 r. // Fot. Grażyna Makara
Lech Dyblik. Beskid Niski, 8 czerwca 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

Katarzyna Kubisiowska: Ten dom w sercu Łemkowszczyzny to jest Pana miejsce na ziemi?

Lech Dyblik: Jak w pandemii strażacy jeździli nyską i przez głośniki mówili, by nie wychodzić z domu, to wszyscy się z tego śmiali. Strefa istniejąca jakby poza państwem. Jasne, że działa policja i urząd gminy, ale rzadko kto tu zagląda.

To ważne, by nikt nie zaglądał?

Zdarza się, że sąsiedzi zachodzą. Traktują mnie jak swojego i kiedy się zapominają, to mówią do mnie po łemkowsku. Nie utrzymuję jednak kontaktów towarzyskich z koleżankami i kolegami z pracy. Choć ich lubię, jak nadarzy się okazja, to chwilę razem posiedzimy i pogadamy. Ale do nikogo nie dzwonię, zapisanych numerów telefonów mam zaledwie kilka. Telewizora nie posiadam, na festiwale nie jeżdżę, na premiery nie chodzę, tylko czasami w umowie jest zapis, że coś muszę zrobić, więc jak to egzekwują, to się pojawiam, gdzie trzeba. Tyle że rzadko.

Dlaczego tak?

Mniej napięć, a więcej spokoju? Jestem człowiekiem do wynajęcia, ale sam decyduję, co będę robił i z kim pracował. Żyję na moich zasadach.

A sam ten dom?

Przypadkowo trafiłem na ruinę z zapadniętym dachem i niemal nieprzejezdną drogą. Nikt nie chciał kupić. Kiedy zobaczyłem ten widok, powiedziałem do żony: to jest to.

Widzę wzgórza i lasy.

W dole, w kotlinie położona jest wieś z ograniczonym horyzontem. Wyjeżdża się na górę i raptem takie coś! Najpierw bywałem tu co wakacje, z czasem – coraz częściej. Wszystko nabrało dodatkowego sensu, kiedy moje dzieci zamieszkały w tym domu. A niektórzy koledzy stawiają sobie pomnik życia: budują dom z basenem w środku, a potem okazuje się, że nie ma tam kto mieszkać.

Co Pan robi, jak tu już jest?

Pierwsze trzy dni nie robię nic.

Jak to się robi?

Herbatę się pije, szwenda się…

Wycieczki?

Eeee, nie. Wycieczki? Jak tu się mieszka, to się nie chodzi na wycieczki. Na czwarty dzień, jak już coś mam do zrobienia, zaczynam się zastanawiać.

Nad czym?

Choćby nad piosenkami, płytami. Myśleniu sprzyjają też podróże samochodem, sporo po Polsce jeżdżę z moimi recitalami. Za kierownicą mam spokój, czas dla siebie. Sam występ trwa półtorej godziny, ale w robocie jestem dłużej.

Bo?

Stosuję technikę, w której chodzi o to, żeby cały czas być uprzejmym. Naoglądałem się dość moich kolegów, którzy odmawiają dawania autografów. Jak mnie ktoś pyta: „Panie Lechu, czy można zrobić z panem zdjęcie?”, to szczerze mówię: „To ja błagam”.

Szczerze?

Szczerze, bo już umiem traktować ludzi przypadkowo spotkanych jak dobrych znajomych.

Kiedy Pan się tego nauczył?

Stoi za mną alkoholizm. Jeżeli człowiek uczciwie odrabia tę lekcję, to w pewnym momencie sam nasunie mu się wniosek, że nie jest najważniejszy na świecie. Wtedy i rozum wraca. Nie tak od razu. Lecz z chwilą, kiedy zaczyna się żyć świadomie, pojawia się potrzeba posiadania kodeksu moralnego.

I?

Okazuje się, że powszechnie go nie ma. Jeżeli jakiś jest, to z jednym tylko punktem: „ja tak chcę”. Czyli poziom dość przedszkolny. To też szerszy problem współczesności. Neguje się rolę Kościoła, Boga, religii, ale w zamian nie proponuje się niczego, za wyjątkiem tego właśnie przeświadczenia o byciu najważniejszym na świecie. To narcystyczne przekonanie oparte na tym, że jestem bohaterem swojego życia i nic innego się nie liczy. 

Pan od tego jest wolny?

Dawniej myślałem, że jestem najprzystojniejszy, najzdolniejszy i najinteligentniejszy. Pogardzałem ludźmi, uważałem, że nie dorastają mi do pięt, że to żadni partnerzy. I raptem ci ludzie zaczęli wypełniać moje życie – przysłuchiwałem im się, przyglądałem, myślałem o nich. Odkrywałem, że są inni, a ja nie jestem pępkiem świata.

Jakie to uczucie?

Ulga. Już nic nie nikomu muszę udowadniać. Tyle, co mam, jest w porządku.

Życie bez oczekiwań?

Jestem aktorem. Marzeniem każdego z nas jest być najważniejszym na świecie. Niektórzy marzą o karierze ogólnopolskiej, ale ja marzyłem o ogólnoświatowej. By to osiągnąć, nie szedłem na żadne kompromisy. Ale nie dostawałem dużych ról, grałem jakieś ogony. Nie mogłem zrozumieć, czego świat o mnie nie wie. Skończyłem w Krakowie świetną szkołę teatralną, dostałem angaż w Teatrze Narodowym w Warszawie. Byłem szczęśliwy, że właśnie w tym teatrze będę pracował, lecz okazało się, że nie czułem się tam dobrze. Frustracja narastała. Pewnego dnia poszedłem do dyrektora, powiedziałem: „Weź mnie pan skreśl”. On na to: „Panie Dyblik, pan żeś zwariował? Co pan będzie robił?”. 

No i z czego będzie Pan żył?

Z tym nie było problemów; mimo że nie mam tradycji rodzinnych, to dość dobrze radziłem sobie w biznesie podziemnym. Jeszcze za czasów studenckich zacząłem prowadzić wytwórnię sztucznej biżuterii. Koledzy, co mało zarabiali, pracowali dla mnie. A w latach 90. założyłem firmę odzieżową. Mieszkałem w Łodzi, więc siłą rzeczy… Ze szwagrem prowadziliśmy tę firmę 17 lat, szyliśmy ładne ciuchy w stylu lat 70., kupowały je bogate panie.   

W pewnym momencie zorientowałem się, że choć próbowałem być aktorem, to skoro nie wyszło, żadnego dramatu nie ma… A wcześniej bałem się, że to będzie koniec świata.

Nie był?

Nie. Ale aktorstwo wróciło do mnie z czasem i na spokojnie. Tutaj epizod, tam epizod. Okazało się, że mogę utrzymać z tego rodzinę. A na dodatek mnie cieszy, bo już wiem, jak drugi plan jest wymagający.

Ambicje zostały zaspokojone?

Pojawiło się dużo innych ciekawych rzeczy, pozaaktorskich. Zacząłem spotykać się z ludźmi w więzieniach, grać im piosenki, rozmawiać. Przekrój społeczeństwa w więzieniu jest szeroki: od recydywistów, którzy nie wykonują nad sobą żadnej pracy, pobyt za kratami traktując jako element biznesu, po tych, którzy zmieniają się na lepsze. Kiedyś byłem w kryminale w Pińczowie. Kierownik penitencjarny powiedział, że to spotkanie jest wychowawczym eksperymentem. Że widownią będą dożywocia i ćwiartki, czyli 25 lat odsiadki, wyroki za zabójstwa. Na sali było kilkunastu mężczyzn, patrzyłem na inteligentne twarze, chyba dużo rozumiejące. Panowało pełne skupienie.

Jak to się skończyło?

Jeden z tych gości, bez ręki, spytał klawisza, czy może wręczyć mi prezent. Dał mi ikonę Chrystusa Pantokratora, tego, co tak świdruje oczyma. Sam ją napisał, tą jedną ręką. Cała reszta towarzystwa wstała. Była w tym powaga, żadnych braw, śmieszkowania. Wtedy się rozpłakałem. Dotarło do mnie, że muszę być ostrożny w osądzaniu ludzi, nawet jeśli to mordercy.

Więzienia kobiece?

Kiedyś w Krzywańcu podeszła do mnie więźniarka o babciowatym wyglądzie, z trwałą na głowie, i mówi: „Mój mąż, którego zabiłam, dużo mi o panu opowiadał!”. Okazało się, że był moim kolegą z podstawówki. I kolejna refleksja: za tymi pancerzami z ondulacji mogą się kryć historie o przemocy domowej, której żona nie była już w stanie znieść.

Co Pan tym ludziom mówi?

Że coś da się zrobić, nawet jak się jest w czarnej dupie. Rzecz jasna, pojawia się wtedy pytanie: jak?

Więc jak?

Mówię o swoim piciu i drodze do niepicia. W ogóle to chętnie wracam do kryminałów, gdzie są prowadzone terapie odwykowe, np. w Uhercach Mineralnych jest znakomity zespół terapeutów.

Co jeszcze Pan mówi?

O swoim powrocie do Kościoła, o wierze, które mi pomaga w życiu. Że szczęścia się nie szuka, że ono jest w nas, tylko trzeba to dostrzec i docenić. To kwestia ukrócenia niebotycznych oczekiwań. Byłem gościem, który miał poczucie, że jego życie jest pozbawione kompletnie sensu, pojawiały się myśli samobójcze. I raptem okazało się, że moje życie ma ogromny sens i każdy człowiek ma prawo dojść do tego wniosku.

Taki wniosek w więzieniu?

Miejsce jest bez znaczenia. Taka historia: grałem w filmie, którego zdjęcia były kręcone na Ukrainie. Mieszkaliśmy przy granicy białoruskiej, w domu noclegowym dla załóg konduktorskich. Kiedyś ci konduktorzy przywieźli z granicy gościa, który nie miał właściwego paszportu. A ponieważ w moim pokoju było wolne łóżko, więc mi go zakwaterowali. Wracam w nocy ze zdjęć, pani mówi, że tam ktoś śpi. Trochę się zdziwiłem, ale też rozumiem: był facet cofnięty z granicy, trzeba go było gdzieś położyć.

I co Pan zrobił?

Najpierw zrobiłem mu kawę. Trochę był młodszy ode mnie, siedzieliśmy i gadaliśmy o życiu. On jechał z Doniecka do Petersburga do pracy na budowie. Ja mu opowiadałem o tych szalonych latach 80., jakie wspaniałe interesy robiłem na biżuterii. I wyrwało mi się sformułowanie, że świetnie zarabiałem, ale tych pieniędzy to miałem za dużo. Ciężko na mnie spojrzał i powiedział, że nigdy nie jest za dużo pieniędzy. Dotarło do mnie...

Spory odsetek ludzkości pod tym poglądem się podpisze.

Ogromnym uzależnieniem, nie dość opisanym medycznie, jest uzależnienie od pieniędzy, które staje się przyczyną wielu nieszczęść. W kryminale wyroki odsiadują ludzie, którzy chcieli zdobyć pieniądze za wszelką cenę.

Ciekawi mnie to Pana granie na ulicy.

W szkole teatralnej miałem ledwie tróję z piosenki, co mnie bolało. Ponieważ widziałem siebie na estradzie, zacząłem uczyć się grać na gitarze. Grubo po trzydziestce, a nawet bliżej czterdziestki. Zacząłem się też uczyć języków. W tym rosyjskiego, bo jako polski patriota w szkole się go nie nauczyłem.

Dlaczego właśnie rosyjskiego?

Piękny język, za którym stoi wielka literatura. Mimo tego, że istnieją świetne przekłady, czytana w oryginale klasyka rosyjska to rewelacja. Odkryłem w ten sposób, jakim Dostojewski jest subtelnym narratorem, a jego język jest elegancki, kunsztowny. 

To samo odkrył Pan w rosyjskich pieśniach?

To piękna, poruszająca poezja. Dużo w tym siedzi. Życia, człowieczeństwa. Kiedyś chłopak z dziewczyną stali ze dwadzieścia minut i słuchali, jak śpiewam. Chłopak coś tej pannie na ucho tłumaczył, a ona w pewnym momencie powiedziała: „Proszę pana, ani słowa nie rozumiem, ale oderwać się nie mogę”.

Ale dlaczego śpiewa Pan na ulicy?

Dlatego, że to jest nielogiczne. Jak wszyscy chórem mówią, że coś jest nielogiczne, to ja się tam natychmiast pcham. Logikę zaraz w tym przecież znajdę. Mam naturę rebelianta.

To coś daje w show-biznesie?

Uświadomiłem sobie, że tam zawsze istnieje jakaś liga, liderzy i spadkowicze. Ci, którzy są niżej, pretendują do tego, by być na szczycie, a ci na szczycie pilnują, by nie spaść niżej. Szybko zrozumiałem, że też gram w lidze, ale jestem w niej sam, więc siłą rzeczy – na szczycie. No i nie mniej ważne: żadnej konkurencji.

Sprytnie.

Kiedy przygotowywałem się do grania na ulicy, wstydziłem się, choć wiedziałem, że nikt mnie nie usłyszy. Pod koniec pandemii pojechałem z gitarą do Krynicy. Tam żywego ducha nie było, sanatoria pozamykane. Czerpałem przyjemność z tego, że siedzę sam na ulicy i śpiewam. Wtedy zdarzyła się taka sytuacja: szedł facet, rozmawiał przez telefon. Minął mnie, wrócił za chwilę i rzucił do futerału 100 złotych. Pytam: „A co to jest?”. On na to: „Bo ja z zespołu Wojtka Karolaka jestem. On przez telefon usłyszał, jak pan gra, i powiedział: daj mu stówę”. Miałem nadzieję, że będzie jeszcze okazja, żeby Wojtkowi się zrewanżować, ale, niestety, umarł chłop wcześniej.

Grał Pan na ulicy, jak Rosja napadła na Ukrainę?

Przestałem. Uznałem, że nie ma co ludzi drażnić tym językiem. W języku rosyjskim jest powiedzenie: „Muchi oddielna, kotlety oddielna”. Nie należy mieszać różnych rzeczywistości, więc podjąłem decyzję, że nie będę śpiewał na ulicy. Teraz mnie korci, by już zacząć, muszę się do tego zebrać. Mam parę miejsc w Polsce, gdzie lubię i mogę to zrobić.

Uzdrowiska?

To dobre miejsca do grania na ulicy. Ludzie mają do południa zabiegi, a później szwendają się, nigdzie się nie spieszą. Tak się nudzą, że gotowi są słuchać nawet piosenek po rosyjsku. Moja publiczność to uniwersytety trzeciego wieku, koła gospodyń wiejskich i działkowcy. Czasami opowiadają mi historię swojego życia. W ludziach jest ogromna potrzeba mówienia o ważnych dla nich sprawach.

Coś jednak mi tu nie gra…

Co?

Ta Pańska pochwała szczęścia. Tyle utrat za życia doświadczamy: są choroby i śmierci. Jak to wszystko pogodzić ze szczęściem?

Nie ma we mnie buntu przeciwko starzeniu się.

Mam w to uwierzyć?

Mnie otuchy dodaje myśl, że jak umrę, to moje dzieci powiedzą, że stary był w porządku. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę przypuszczać, że zgliszcza po mnie nie zostaną. Kiedyś tego właśnie się bałem. 

Czyli siła w rodzinie?

Cieszy mnie uśmiech na twarzach moich córek. I telefony z życzeniami w Dzień Ojca. Nie zawsze tak było. Kiedyś słowo „ojciec” wzbudzało we mnie przerażenie, bo przypominało, że mam obowiązki, że powinienem wziąć odpowiedzialność. Już nie piłem, trzeźwiałem, ale nadal nie umiałem dogadać się z własnymi dziećmi. One nawet nie mówiły do mnie „tato”, tylko zwracały się po imieniu. Kiedyś wszedłem do kościoła i udałem się do spowiedzi, po dwudziestu latach. W konfesjonale siedział ojciec Klemens.

I co powiedział?

Najpierw usłyszałem śmiech, dalej słowa: „Dwadzieścia lat, chłopie – spowiedź życia. To trzeba porządnie zrobić”. Spowiadałem się ponad dwie godziny. Po rozgrzeszeniu ojciec Klemens powiedział: „A teraz, bracie, zobaczysz, jak bardzo i jak szybko zmieni się twoje życie”. A ja mu na to: „Pogratulować entuzjazmu”. Ale zacząłem się modlić, chodzić do kościoła. A w domu próbowałem rozmawiać, nie warczeć. Początkowo nie było to łatwe. Ale w pewnym momencie moje dzieci zaczęły mówić do mnie „tato”.

Wartość sama w sobie.

Kiedyś ze Strasburgerem jem śniadanie w hotelu. Mówię Karolowi, że na weekend jadę do Niemiec. On pyta po co, a ja na to, że będę głosił rekolekcje dla małżeństw. Zaniemówił, a po chwili pyta: „To kim ty jesteś?”. Ja na to, że profesorem rozwoju duchowego.

No, w sumie…

W małżeństwie narobiłem dużo gnoju, więc naprawdę jestem specjalistą.

Pan na tych rekolekcjach mówi, jak ten gnój wyglądał i co robić, by z niego wyjść?

Poważnym argumentem jest to, że z żoną jestem od 45 lat i im dalej w las, tym jest ciekawej. Wszystkim tym, którym chodzą po głowie głupie myśli, mówię: poczekać. Kiedyś odkryłem ze zdziwieniem, że zakochałem się w swojej żonie po raz drugi. A ludzie teraz tak szybko rozwodzą się, w ogóle nie mają pojęcia, czym jest małżeństwo. Bywa, że myślą o nim jako o umowie między dwojgiem ludzi, no i jak się nie sprawdzi, to można ją rozwiązać. A jeżeli coś nie gra, to warto by się w problem zagłębić, poznać przyczyny, przypomnieć sobie czas, kiedy było fajnie, a nie od razu składać papiery.

A Pana myślenie o przyszłości?

Rano robię plany, a wieczorem i tak okazuje się, że było inaczej. No to co ja będę myślał o przyszłości? Jednym z moich osiągnieć jest to właśnie, że nie planuję przyszłości. Moja recepta na zadowolenie w życiu: minimalne oczekiwania, więc z automatu mniej rozczarowań. Wolność od oczekiwań, wizji, rojeń, prognoz i tak dalej. W przyszłość nie patrzę z żadnym lękiem, jeśli już, to z zaciekawieniem.

Lech Dyblik. Beskid Niski, 8 czerwca 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

LECH DYBLIK (ur. 1956) jest aktorem i pieśniarzem. Zagrał drugoplanowe role w wielu filmach, m.in. „Krollu” Pasikowskiego, „Ogniem i mieczem” Hoffmana, „Zemście” Wajdy, „Weselu”, „Domu złym”, „Wołyniu” i „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego i kilku serialach. Wydał też płyty, m.in. „Ech, te drogi”, „Bandycka dusza”, „W miasteczku Tarusa”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kanał ulgi