Polska jest życzliwa. Na czym więc polega nasz kłopot z uśmiechem?

Prawdziwe wyzwanie na nowy rok? Możemy albo podzielić się na uśmiechniętych i zgorzkniałych, albo połączyć kraj uśmiechem życzliwości. Takim, który pojawia się także wtedy, gdy jest źle. I który nie ma politycznych barw. Są na to badania.
Czyta się kilka minut
Joanna Rusinek dla „TP”
Rys. Joanna Rusinek dla „TP”

„Miała być uśmiechnięta Polska, a mamy cyniczny uśmiech Tuska” – mówił Mateusz Morawiecki, swego następcę w fotelu premiera porównując do Jokera. „Miała być uśmiechnięta Polska, dzisiaj »pieniędzy nie ma i nie będzie« staje się tym głównym hasłem” – wtórowała mu Marlena Maląg, była minister rodziny. „Uśmiechnięta Polska przestanie się uśmiechać, gdy będzie dostawała coraz wyższe rachunki” – przestrzegał z kolei Daniel Obajtek. Od pewnego czasu nieprzychylne nowej władzy media odmieniają „uśmiech” przez wszystkie formy gramatyczne, a browar należący do Sławomira Mentzena, prezydenckiego kandydata Konfederacji, oferuje nawet piwo „Uśmiechnięta Polska”.

Zakusy na polski uśmiech

Jak do tego doszło, że słowo „uśmiechnięty” stało się w polskiej polityce najgorszą obelgą? W ciągu ostatnich lat uśmiech w debacie publicznej zaczął być utożsamiany z fałszywym samozadowoleniem, z pogardą dla tych, którym wiedzie się gorzej, z elitaryzmem i oderwaniem od życia. Zamiast z radością i spontanicznością, uśmiech coraz częściej kojarzy nam się z przymusem – obcą kulturą nieszczerego manifestowania, że wszystko jest dobrze nawet wtedy, gdy cierpimy („Połączenie kremowej pianki i oryginalnych nut ryżowego lagera sprawią, że uśmiechniesz się z chęci, a nie przymusu” – czytamy na stronie Browaru Mentzen).

Przez dekady uśmiech był w polskiej kulturze narzędziem oporu i solidarności – bronią słabych przeciw silnym. Dziś w zbiorowej wyobraźni dużej części społeczeństwa stał się narzędziem dominacji i ustanawiania hierarchii – bronią silnych wymierzoną w najsłabszych. Stało się tak nie bez przyczyny.

Wiele z podnoszonych w przestrzeni publicznej zarzutów celnie diagnozuje błędy popełniane od lat przez niektórych biznesmenów, ludzi mediów i polityków. „Uśmiechajmy się, bo przecież jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!” – można by streścić ich filozofię uśmiechu. Dziedzice fortun deklarują na łamach kolorowej prasy, że wystarczy tylko szerzej się uśmiechać, wcześniej wstawać i codziennie oszczędzać kilkaset złotych.

Politycy, których nic nie nauczyło osiem lat spędzonych w opozycji, w miejsce uświęconych tradycji proponują nowe wersje niesławnego orła z czekolady. A Ryszard Petru zatrudniający się na jeden dzień na kasie w dyskoncie, żeby udowodnić, że praca w Wigilię to nic strasznego, to po prostu współczesne „nie ma chleba – jedzcie ciastka”. Taki brak empatii nigdy nie kończy się dobrze...

Czy oburzenie na uśmiech ma charakter trwały? Czy występując przeciw elitaryzmowi, niedostrzeganiu problemów i naiwnej polityce radości, musimy teraz stać się narodem zgorzkniałych ponuraków?

A może uśmiech da się jeszcze odzyskać? Może istnieje jakiś inny jego rodzaj, który zamiast dzielić i wykluczać, mógłby nas naprawdę łączyć?

Taki uśmiech istnieje. I w dodatku jest czymś bardzo polskim. Na otwarcie nowego roku chciałbym Państwa zabrać w pełną niespodzianek podróż w poszukiwaniu jego sekretu. Zaczniemy w PKP.

Wsiąść do pociągu bardzo polskiego

Wsiadłem w Niemczech, ale pociąg zaczynał bieg jakoś wcześniej, chyba za kolejną zachodnią granicą. Za oknem późna zima. Pola pokryte śniegiem, ale już takim niezbyt świeżym. W środku też robiło się coraz bardziej ponuro. Im bliżej naszej granicy, tym wyraźniej wśród pasażerów dominowali Polacy. Uśmiech surowo wzbroniony. Jeśli nawet jakiś Holender, Niemiec czy, nie daj Boże, zbłąkany wędrowiec z południa kontynentu próbował ocieplić atmosferę, nasze burkliwe „dzień dobry” szybko ścierało mu niestosowny uśmiech z twarzy. I tak się ta podróż toczyła – w nieufnym milczeniu, przy miarowym stukocie kół.

Jasne, że odrobinę przerysowuję, ale tak właśnie to zapamiętałem. Szczególnie w kontraście z tym, co wydarzyło się później. Bo w pewnym momencie, krótko po przekroczeniu polskiej granicy, skład uległ awarii. Utknęliśmy w szczerym polu. Ogrzewanie przestało działać. Momentalnie zrobiło się zimno.

Przez pierwszych kilkanaście minut ciśnienie jeszcze rosło. Stresowaliśmy się wszyscy: że nie zdążymy, że nam uciekną połączenia, że przegapimy ważne spotkania. Kiedy jednak okazało się, że nasze plany nieodwołalnie wzięły w łeb, balonik pękł, a w Polakach, którzy w tym momencie stanowili wyraźną większość pasażerów, zaszła nagle przemiana.

Konduktor zamiast robotycznym tonem pytać o bilety, roznosił wrzątek na herbatę i pytał, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. W miejsce zgryźliwych komentarzy witały go życzliwe zapewnienia, że damy radę. W obieg poszły termosy (i nie tylko termosy, przyznam). Ktoś pożyczył gorzej przygotowanemu sąsiadowi polar. Ktoś inny – śpiwór.

Zaczęły się ożywione rozmowy o tym, co wcześniej nikogo nie interesowało. Kiedy po dobrych kilku godzinach skład ruszył, wszyscy już znali się po imieniu, wiedzieli, kto skąd wraca, dokąd jedzie, ile czeka na niego dzieci lub wnuków. Po korytarzach pociągu niosły się śpiewy i dźwięki gitary. A co najdziwniejsze, wszyscy byli szeroko uśmiechnięci. Nie dlatego, że było dobrze, ale właśnie dlatego, że wspólnie było nam tak źle.

Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia taka sytuacja w moim życiu. Kolejowy kryzys był jednak o tyle ciekawy, że mogłem obserwować reakcje obcokrajowców na tę przedziwną przemianę Polaków. Sądzę, że to właśnie w tych chwilach – w największym tłoku, w walce z powodzią, w momencie, gdy naszemu sąsiadowi dzieje się krzywda – pojawia się u nas ten drugi uśmiech: uśmiech życzliwości. Uśmiech, który sankcjonuje status quo, nie wymusza zadowolenia z tego, co mamy, ani nawet naiwnego optymizmu. Życzliwy uśmiech, który nie ignoruje wstydliwie tych, którym się wiedzie gorzej, lecz przeciwnie – zwraca się zapraszająco ku niedoli bliźniego.

Kto się w Polsce uśmiecha?

Zacznijmy od fundamentalnego pytania: czy naprawdę Polacy uśmiechają się mniej niż przedstawiciele innych nacji? To szeroko rozpowszechniony stereotyp, ale czy prawdziwy? Otóż, niestety – prawdziwy. A przynajmniej w pewnej mierze...

Potwierdza to badanie przeprowadzone w 2010 r. przez Piotra Szarotę – psychologa z PAN, badacza uśmiechu i autora książek na ten temat. W oparciu o analizę 2000 fotografii z 10 krajów Szarota i jego współpracownicy stworzyli ranking najczęściej uśmiechających się narodów. Zdjęcia wrzucone do sieci przez samych użytkowników są o tyle cennym materiałem, że mówią nam nie tylko o tym, jaka jest faktyczna mimika ludzi, lecz również o tym, jak chcieliby być postrzegani.

Co się okazuje? Jak widać na załączonej infografice, stworzonej na podstawie artykułu Szaroty, kobiety w każdym kraju uśmiechały się wyraźnie częściej niż mężczyźni. Poza tym 20 lat po upadku muru berlińskiego wciąż widać było spore różnice między mieszkańcami bloku wschodniego i bloku zachodniego – choć poziom uśmiechu w Niemczech w zasadzie się wyrównał, a Finowie poważnie zaniżali statystyki Zachodu. Dla nas najistotniejsze jest to, że wśród przedstawicieli wszystkich krajów najrzadziej uśmiechali się mieszkańcy Polski, a w ponuractwie nasi mężczyźni wręcz deklasowali konkurencję.

Uśmiech ma więc narodowość i płeć. Polscy mężczyźni uśmiechali się aż trzykrotnie rzadziej niż najbardziej roześmiane w całej stawce Brytyjki, Włoszki czy Hiszpanki.

A zatem na jedno pytanie znamy już odpowiedź. Natychmiast pojawiają się jednak kolejne. Dlaczego tak jest? Skąd wzięła się kulturowa norma, która każe nam zachować powagę? Jest w tej sprawie kilka ciekawych tropów.

Co oznacza uśmiech?

„Nie wychodź z domu bez uśmiechu, bo na ulicy go tu raczej nie znajdziesz. Uśmiechanie się do obcych jest w Polsce postrzegane jako objaw głupoty” – ostrzega przewodnik Lonely Planet z 2008 r. Kuba Kryś i Karolina Hansen, też z PAN, od wspomnianego już Piotra Szaroty – postanowili pójść tym tropem i zaprojektowali bardzo ciekawe badanie. Z pomocą kolegów i koleżanek z zagranicznych uniwersytetów zgromadzili grupę ponad pół tysiąca ludzi z siedmiu krajów i pokazywali im fotografie uśmiechniętych i poważnych ludzi, zadając jedno proste pytanie: jak oceniliby inteligencję osoby na zdjęciu. Hipoteza była taka, że istnieją dwa typy kultur: w jednych uśmiech postrzegany jest jako znak inteligencji, w drugich przeciwnie – uznaje się, że śmieją się zwykle głupcy.

I faktycznie, Niemcy oraz Chińczycy postrzegali osoby uśmiechnięte jako inteligentniejsze, podczas gdy Irańczycy – jako mniej inteligentne. Tyle tylko, że badanie nie pozwala rozwiązać zagadki polskiego uśmiechu, gdyż ta zależność dla naszego kraju nie wystąpiła. Generalnie nasi, polscy badani ocenili wszystkich oglądanych ludzi najsurowiej, przypisując im niewielką inteligencję bez względu na to, czy się uśmiechali, czy nie.

A więc nierozstrzygnięte. Przynajmniej w perspektywie wizualnej. Bo w sferze językowej mamy sporo przykładów na to, że nasza kultura wyraża wobec śmiechu spory sceptycyzm. „Poznać głupiego po śmiechu jego” czy „śmiać się jak głupi do sera” łączą śmiech z niską inteligencją. Z kolei „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni” albo „nie śmiej się bratku z cudzego wypadku” prezentują śmiech jako narzędzie zemsty czy poniżenia. Czy dałoby się te wyrwane z kontekstu przykłady jakoś uogólnić?

Tu z pomocą przychodzi Narodowy Korpus Języka Polskiego. ​​To ogromna kolekcja tekstów dobranych tak, aby uwzględniały całe bogactwo naszej komunikacji – od druków specjalistycznych i artykułów naukowych po transkrypcje rozmów czy teksty ulotek. Towarzyszące korpusowi narzędzia pozwalają ocenić nie tylko częstotliwość występowania poszczególnych słów, lecz także szanse ich współwystępowania w różnych tekstach. Innymi słowy, wykorzystując NKJP można sprawdzić, „jaki jest polski uśmiech” w perspektywie języka – np. znajdując najczęściej towarzyszące mu przymiotniki.

Szukając rozwiązania zagadki polskiego uśmiechu, przeprowadziłem taką właśnie analizę kolokacji. Zamieszczona poniżej infografika przedstawia 50 najbardziej typowych przymiotników towarzyszących słowu „uśmiech” w języku polskim. Rozmiar słowa odzwierciedla częstość jego występowania (a dokładniej: o ile częściej towarzyszy słowu „uśmiech” niż innym słowom, zastosowano skalę logarytmiczną). Kolorem niebieskim oznaczono określenia pozytywne, czerwonym negatywne, szarym – neutralne lub ambiwalentne.

Co się okazuje? Wśród najpopularniejszych przymiotników towarzyszących słowu „uśmiech” częstotliwość występowania określeń negatywnych i pozytywnych jest właściwie identyczna. Uśmiech może być zarówno „ironiczny”, „kpiący” czy „drwiący”, jak i „pogodny”, „promienny”, „łagodny” (co ciekawe, w przypadku pokrewnego „śmiechu” nie ma już takiej równowagi i przewaga określeń negatywnych jest wyraźna).

A więc i analiza językoznawcza nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie jest tak, że Polacy uśmiechają się rzadziej dlatego, że uśmiech jest w naszej kulturze postrzegany w sposób wyraźnie negatywny. Wygląda raczej na to, że uśmiech ma dla nas charakter ambiwalentny. Może między ludźmi budować zarówno mury, jak i mosty.

Szlachetna kultura polskiego narzekania

Przyjrzyjmy się jeszcze jednej teorii. W przeprowadzonym przed niemal stuleciem badaniu Winnifred Bent Johnson przez wiele dni pytała grupę amerykańskich studentów, czy czują się dziś „lepiej niż zwykle”, „tak jak zwykle”, czy może „gorzej niż zwykle”. Wbrew temu, co nakazywałaby logika, typowe samopoczucie Amerykanina było... lepsze niż zwykle.

W latach 90. Dariusz Doliński powtórzył ten eksperyment u nas i okazało się, że Polacy mają dokładnie odwrotnie. Choć to wbrew logice, zwykle czujemy się gorzej niż zwykle.

Na tej podstawie wyróżnić możemy kultury afirmacji i kultury narzekania. W tych pierwszych stanem domyślnym jest pewien stopień optymizmu, a nawet euforii, a typowym wyrazem twarzy – uśmiech. W drugim modelu społeczną normą jest dzielenie się troskami i demonstrowanie złego samopoczucia. Polacy zaliczają się do tej drugiej grupy.

Na tym jednak nie koniec uśmiechologicznych badań. Istnieje bowiem jeszcze jedno fascynujące studium, rzucające nowe światło na zagadkę polskiego uśmiechu. Nim jednak do niego przejdziemy, przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę najważniejszym źródłom negatywnego obrazu uśmiechu.

Ponury jak Polak

Być może Polacy nie uśmiechają się po prostu dlatego, że nie jest im do śmiechu.

Zmuszanie ludzi, żeby robili coś, na co nie mają ochoty, i jeszcze się z tego cieszyli, jest szczególnie perwersyjną formą przemocy. Kilka lat temu pisałem o tym w „Tygodniku” przy okazji premiery „Jokera”. Miliony pracowniczek i pracowników zatrudnionych w handlu, obsłudze klienta czy wspinających się mozolnie po drabinie korporacyjnej hierarchii poddawane są dziś przymusowi uśmiechu. Słyszą, że uśmiech jest drogą do sukcesu. Mają być wdzięczni za pracę, bo przecież wkrótce może zabrać ją kto inny – imigrant, robot, sztuczna inteligencja...

Sądzę, że to właśnie ta „inżynieria zadowolenia” w dużej mierze odpowiada za fatalną prasę, jaką uśmiech ma dziś w Polsce. Im bardziej opresyjna staje się importowana kultura uśmiechu, im częściej nazywają nas ponurakami, tym bardziej nieufni stajemy się wobec wymuszonej wesołości.

Zaczęło się już na początku lat 90. Nowa fala biznesowych podręczników zalecała wprowadzanie uśmiechu w miejsce ponuractwa, które kojarzono z dawną rzeczywistością upadającego socjalizmu. Uśmiech najpierw zapanował w reklamie, później stał się obowiązkowy w handlu. Kolorowe czasopisma i poradniki dla biznesmenów promowały go jako skrót sukcesu. Wszak szczęście przyciąga szczęście – uśmiechaj się, jakbyś już był bogaty, a wkrótce bogaczem się staniesz! Piotr Szarota (autor cytowanego wcześniej badania zdjęć) opisuje ten okres w swojej książce „Psychologia uśmiechu” z 2006 r. Krytycznie odnosi się m.in. do roli uśmiechu w szkoleniach pracowniczych. Przywołuje nawet ironiczny termin „zarządzanie kącikami ust”, używany podobno do opisywania takich praktyk.

Logika rynku mówi, że w uśmiech pracowników warto inwestować. Wedle jednego z branżowych raportów uśmiechnięci pracownicy są o „43 proc. bardziej produktywni” oraz aż „86 proc. bardziej kreatywni”. Stąd niesłabnąca popularność „narzędzi inżynierii społecznej”, które Zofia Smełka-Leszczyńska świetnie opisuje w swojej nowej książce „Cześć pracy!”. Składa się na nie cały „przemysł lubienia pracy” zatrudniający tysiące specjalistów – od szeregowych happiness managerów, przez korporacyjnych „strażników szczęścia” i „ambasadorów szczęścia”, aż po „dyrektorów do spraw szczęścia”.

Smełka-Leszczyńska cytuje artykuł Martyny Śmigiel z „Gazety Wyborczej” opisujący codzienną pracę takiej właśnie dyrektorki. Podczas sesji zdjęciowej do artykułu kobieta „wyciąga ręce, uśmiecha się, robi zwariowane miny”. Wyraźnie czuje się władczynią korporacyjnej przestrzeni pełnej kolorowych puf i słoików z cukierkami. Wokół szeregowi pracownicy firmy stłoczeni w swoich boksach. Całą sytuację obserwują z zażenowaniem. „Nikt nie odrywa się od pracy i nie zagaduje. Nikt się nie uśmiecha”.

Ta dziwaczna scena idealnie oddaje główny problem potransformacyjnej kultury uśmiechu. Dla dyrektorów i polityków uśmiech stał się narzędziem dominacji – wywierania wpływu i demonstrowania sukcesu. Dla pracowników czy obywateli był zwykle czymś obcym, narzuconym, budzącym nieufność. Uśmiech z biznesowych kursów i poradników dobrego życia, choć ma podobno topić lody i budować poczucie wspólnoty, w rzeczywistości jest zwykle bardzo hierarchiczny. Uśmiechamy się „w dół”, manifestując, że żyje nam się dobrze, albo „w górę” – aspiracyjnie lub przymilnie. Taki uśmiech, mimo pozornej serdeczności, buduje między ludźmi mury, a nie mosty.

I sądzę, że to jest właśnie ten uśmiech, który ma dziś w Polsce bardzo złą prasę: wymuszony, związany z hierarchią. Uśmiech, który nie przyjmuje do wiadomości, że wielu bliźnim zwyczajnie nie jest do śmiechu. Ten, kto się nie uśmiecha, zostaje zaklasyfikowany jako ponurak. Trudności, biedę, porażkę traktujemy jako coś wstydliwego, co należy wysiedlić, zepchnąć w cień i odgrodzić, żeby nie psuło nam humoru albo widoków z okien; żeby nie kompromitowało nas w oczach sąsiadów, korporacyjnej centrali albo Starej Europy.

Odzyskanie uśmiechu jako pozytywnej wartości w naszej kulturze nie może więc polegać na tym, by całej populacji zaaplikować „szkolenie z zarządzania kącikami ust”. Może nam jednak pomóc co innego – uświadomienie sobie, że ten hierarchiczny wyszczerz zadowolenia to nie jest jedyny rodzaj uśmiechu, jakim obdarzyły nas natura i kultura.

Z pomocą znów przychodzą badania naukowe.

Czy Polakom uśmiech jest potrzebny?

Kilka lat temu na łamach „PNAS” – jednego z najbardziej szanowanych periodyków naukowych na świecie – ukazał się artykuł badający związki między częstotliwością uśmiechania się a różnorodnością społeczną. Także tu warto podkreślić polski akcent – pierwszą autorką tekstu jest Magdalena Rychłowska (też kiedyś współpracowała z Szarotą i jego zespołem). Może więc w uśmiechaniu się nie jesteśmy mistrzami świata, za to w badaniach nad uśmiechem – owszem!

Opublikowane badanie pokazało, że historyczne zróżnicowanie społeczeństwa – to, skąd pochodzą nasi przodkowie – ma silny związek z tendencją do uśmiechania się. Im większa różnorodność naszych korzeni, tym mniejsza hierarchizacja (dystans) i większa akceptacja dla wyrażania emocji, w tym uśmiechu. Dlaczego?

Wygląda na to, że uśmiech jest po prostu dobrym sposobem na dogadanie się w sytuacji, w której nie do końca wiadomo, czego się spodziewać. Ludzie czasem uśmiechają się nie dlatego, że im wesoło albo że są zadowoleni z życia. Uśmiechają się, żeby otworzyć i podtrzymać komunikację w sytuacji, gdy normy nie są jasne. „Witaj! – mówi ten rodzaj uśmiechu. – Nie mam złych intencji. Pogadamy?”.

Współczesna Polska, jako kraj dość jednorodny, jest ojczyzną ludzi stosunkowo mało uśmiechniętych, co potwierdziły badania. Nasi przodkowie mogli przybyć ze Śląska, Pomorza albo nawet zza Bugu, ale zwykle nie pochodzili z Irlandii, Maroka albo Boliwii. Zróżnicowanie skryptów zachowania nie wymuszało więc częstego stosowania „uśmiechu na dzień dobry” – przyjazne intencje mogliśmy komunikować także na wiele innych sposobów. W ten sposób „hipoteza różnorodności” całkiem nieźle wyjaśnia zakres naszej ekspresji emocji, lokując Polskę stosunkowo nisko na skali krajów uśmiechniętych.

Na tym jednak Rychłowska i jej współpracownicy nie poprzestali. Zgłębiając temat, przyjrzeli się kilku krajom uważniej i pytali ludzi z różnych kultur, co tak właściwie wyrażają za pomocą uśmiechu. Na tej podstawie wyodrębnili dwa modele (zob. infografikę poniżej). 

Model hierarchiczny to właśnie uśmiech, o którym mówiliśmy wcześniej. Może nagradzać za dobre zachowanie, w pewnym stopniu tworzy więzi społeczne, przede wszystkim jednak pozostaje pozytywnie skorelowany z poczuciem hierarchii. Uśmiechamy się, żeby zaznaczyć podległość lub dominację w społeczeństwie, w którym każdy powinien znać swoje miejsce.

Badanie pokazało jednak, że istnieje także drugi model – uśmiech, który jeszcze bardziej nagradza i buduje więzi, a w dodatku w przeciwieństwie do tamtego drugiego komunikuje też brak hierarchii, równość, wspólnotę i solidarność. Moglibyśmy go nazwać „uśmiechem życzliwym”.

Przyglądając się odpowiedziom respondentów z różnych krajów, badacze uszeregowali je według rozpowszechnienia poszczególnych modeli. W tej części badań Polska niestety się nie znalazła, ale na podstawie analizowanego wcześniej związku różnorodności historycznej z modelami uśmiechu możemy z dość dużym prawdopodobieństwem odgadnąć jej położenie.

Oznacza to, że jesteśmy na rozdrożu – wciąż po stronie uśmiechu hierarchicznego, ale z niezłym potencjałem na odkrycie w sobie tego drugiego modelu. A jest to kierunek, w którym naprawdę warto podążyć.

Życzliwy uśmiech przyszłości

Interesujące podpowiedzi w tym zakresie znaleźć możemy w książce „Przetrwają najżyczliwsi”. Jej współautor, Brian Hare, jest jednym z twórców „hipotezy samoudomowienia”. Nieco sprawę upraszczając – w pewnym momencie największym atutem ludzkości stała się nie zdolność do konkurencji, lecz właśnie umiejętność kooperacji. „Współpraca stanowi klucz do naszego przetrwania jako gatunku” – pisze Hare.

Natura wyposażyła nas w szereg niezwykłych cech, które pozwalają ten potencjał wykorzystać. Jedną z takich adaptacji są białe twardówki. Pozostałe gatunki ssaków maskują ruch źrenic mocno pigmentowanymi twardówkami.

Gdy wilk i zajączek stoją naprzeciw siebie w śmiertelnym zwarciu, choć obserwują się uważnie, żadne z nich nie wie dokładnie, w którą stronę kieruje się spojrzenie tego drugiego. Zajączek niepostrzeżenie spogląda w bok, szukając drogi ucieczki. Wilk łypie, przewidując jego ruchy. Przetrwanie każdego z nich zależy od umiejętności zamaskowania swoich intencji.

U ludzi jest zupełnie inaczej. Nasza twarz to otwarta księga. Nasz wzrok komunikuje nasze intencje. Już niemowlęta podążają za ruchem gałek ocznych rodziców. Patrzymy tam, gdzie inni. Synchronizujemy nasze spojrzenia. Dążymy w ten sposób nie do maksymalizacji jednostkowego wyniku, lecz do stworzenia warunków pozwalających wykorzystać unikalny potencjał współpracy, jakim obdarzyła nas natura.

Na takiej właśnie zasadzie działa życzliwy uśmiech opisywany w badaniu Rychłowskiej i współpracowników. Uśmiech hierarchiczny, choć oczywiście komunikuje intencje i emocje, lokowałby się jednak po stronie rywalizacji. To uśmiech zwycięzcy, uśmiech zachęcający do rywalizacji lub podporządkowania. Uśmiech, który – jak boleśnie pokazuje negatywna reakcja zwrotna ostatnich miesięcy – wiele osób pozostawia z poczuciem zepchnięcia na margines.

Stoimy dziś na rozdrożu. Możemy albo podzielić Polskę na uśmiechniętych i zgorzkniałych, albo połączyć ją uśmiechem życzliwości. Uśmiechem solidarności, zapraszającym, a nie wykluczającym; budującym mosty, a nie mury. Uśmiechem, który pojawia się nie tylko wtedy, gdy jest dobrze, lecz przede wszystkim wówczas, gdy jest źle.

Taki uśmiech nie ma politycznych barw. Nie należy do żadnej partii, nie promuje ideologii. Przeciwnie – stanowi warunek dialogu, przypominając nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A wobec braku kłów i pazurów naszą ewolucyjną siłą jest tylko to, że potrafimy współpracować, nawet jeśli mówimy bardzo różnymi językami.

Mocy takiego właśnie uśmiechu życzę wszystkim Państwu w rozpoczynającym się roku!

Joanna Rusinek dla „TP"

MARCIN NAPIÓRKOWSKI jest dyrektorem Muzeum Historii Polski. Stale współpracuje z „TP”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Przyszłość za jeden uśmiech