Macierzyństwo pod presją. Jak być dzisiaj matką bez ocen i wstydu

Paulina Małochleb, autorka książki „Mięśnie mam od miłości”: Kobiety z reguły decydują się mieć dziecko z kimś. Przestańmy więc pytać: „dlaczego Polki nie chcą rodzić?”. Przestańmy zawstydzać kobiety.
Czyta się kilka minut
// il. Nikodem Pręgowski dla „TP”
// il. Nikodem Pręgowski dla „TP”

Justyna Dąbrowska: Kiedy pracowałam w miesięczniku „Dziecko”, zapytałam przedszkolaki przed Dniem Matki: kim jest mama? Bardzo dobrze zapamiętałam pierwszą odpowiedź: „Mama to jest taki normalny człowiek, tylko z torbą”. A według Ciebie?

Paulina Małochleb: Matka to osoba, która się opiekuje. Osoba, na barkach której spoczywa ostateczna odpowiedzialność za dziecko. Osoba, która w warunkach tej kultury nie może swoich obowiązków porzucić ani nikomu ich na stałe przekazać. Może to zrobić wyłącznie w sposób ograniczony, a reguły tego przekazania są ściśle określone w czasie albo w przestrzeni. Całokształt zadań i obowiązków należy tylko do niej, począwszy od zaszywania dziurawych skarpetek, a skończywszy na dziecięcej depresji.

Czyli to jest praca.

Tak, i to niezbywalna. Można ją podzielić z partnerem, ale to matka najczęściej ten podział inicjuje, nadzoruje.

Wyobrażamy sobie matkę jako osobę, która najczęściej – w przeciwieństwie do ojca – nie może odejść z rodziny. Nie może też powiedzieć, że nie wie, co się będzie działo z jej dziećmi kolejnego dnia – odpowiada za organizację czasu opieki, nawet jeśli sama nie świadczy jej przez cały czas.

Przy czym opieką nazywam też gotowanie, pranie i sprzątanie, to nie jest trzeci etat, tylko część pracy opiekuńczej. Więc matka to człowiek, który opiekuje się dziećmi również poprzez obowiązki nazywane domowymi. Kiedy dziecko chce mieć na jutro ulubiony podkoszulek, to zaczynamy wygrzebywać z brudów odpowiednie kolory i zarzucamy pranie.

Tu chodzi też o pracę emocjonalną, prawda?

W sytuacji z praniem nie mówimy: ale przecież masz cztery inne podkoszulki, nie zawracaj głowy, tylko staramy się wyprać ten najulubieńszy. Tak samo jest z gotowaniem. Nie chodzi tylko o nakarmienie, ale o przygotowanie tego, co nasza rodzina lubi. A więc praca opiekuńcza wyraża się też w sposobie, w jaki wykonujemy zadania domowe, starając się zaspokoić nie tylko głód, ale też potrzebę akceptacji i bezpieczeństwa.

Myślę, że matka to człowiek, który nosi w sobie powinność zapewnienia dzieciom komfortu psychicznego. Tak się w danej chwili czujemy, jak czuje się jedno z naszych dzieci, które obecnie ma się najgorzej. 

To reguła, która sprawia, że jeżeli jedno dziecko jest chore, poświęcamy mu dużo więcej czasu niż zdrowemu, prawda? I dlatego zajmujemy się bardziej młodszym i mniej zaradnym niż tym większym, bardziej zaradnym. Matki często myślą o rodzinie w perspektywie deficytów i nieszczęść, przekierowując swoje zasoby, możliwości, umiejętności i uwagę w te przestrzenie, które ich najbardziej wymagają. Oznacza to jednak, że zawsze pracujemy na jakimś braku, chorobie, nieszczęściu i stresie.

Kiedy Cię słucham, myślę, że to nagromadzenie obowiązków musi budzić w kobietach gniew. Nieustająca, jednocześnie niewidzialna dla otoczenia praca, która nigdy się nie kończy i w żaden sposób nie jest gratyfikowana. No może poza tym, że możesz się cieszyć, iż dzieci się rozwijają. Co się dzieje z tym gniewem?

Kobiety są uczone, żeby gniewu nie wyrażać. Jakby nie miały prawa do złości. W naszej kulturze to jest często nazywane „histerią” albo „roszczeniowością”. O tych kobietach mówi się pogardliwie „madki”.

Czy partner, ojciec dziecka może tę emocjonalną pracę współdzielić?

Ciężar egzystencjalny związany z niepokojem o przyszłość naszych dzieci, o ich zdrowie, o ich komfort, nie znika, nawet gdy zostaje podzielony. Podobnie ciężar związany z utratą wolności i tym, że nigdy już nie będziemy istotami w pełni samostanowiącymi. Od momentu narodzin dziecka – zawsze, w chwili każdego wyboru życiowego, podejmujemy decyzje, odnosząc je do niego. Kiedy wydarza nam się jakieś nieszczęście, też myślimy o tym, jak dzieci to przyjmą i co z nimi będzie.

Myślisz, że ojcowie tak nie mają?

Nie wiem. Wydaje mi się, że myślenie o ojcostwie zakotwiczonym w rodzinie to nowe i mało poznane zjawisko. 

Nie znika też ani gniew, ani wstyd – nawet jeśli jakimś cudem takimi afektami jesteśmy w stanie się podzielić. To taka alternatywna matematyka – ciężar podzielony dalej istnieje, ale opieka współdzielona zaczyna obciążać również drugą osobę.

Co to znaczy?

Jeżeli mężczyzna w nocy nosi płaczącego niemowlaka, któremu rosną zęby, to rano i on pójdzie do pracy niewyspany. To, że robi coś dla rodziny, nie oznacza, że zostanie za to wynagrodzony. Zostanie ukarany tak samo jak kobieta.

Niczego nie zyskają?

Podniesieniu ulega solidarność w parze, to, że jesteśmy w tym razem... Kiedy mówię, że nie posprzątałam, bo nie miałam czasu, to wiem, że mąż dokładnie wie, co mam na myśli. Bo sam tego doświadcza.

Czyli to, co przyrasta, to wzajemne zrozumienie.

Przyrasta też tęsknota za życiem razem i innymi rozmowami niż wymienianie się informacjami o tym, co u dzieci, co w szkole i co trzeba kupić.

Mówisz o odpowiedzialności, obowiązkach, czasie, wysiłku, nie mówisz w ogóle o lęku, niepokoju i osamotnieniu, a to też są jakieś koszty. Rodzice są z całą tą pracą zostawieni samym sobie. 

Rodzina dwupokoleniowa, z dwojgiem pracujących rodziców, to wynalazek wczesnego kapitalizmu, rezultat industrializacji, która spowodowała, że zaczęto migrować do miast i wiązać się w pary daleko od miejsca urodzenia. Te rodziny były – dalej są – słabymi podmiotami, łatwymi do podporządkowania ekonomicznego i politycznego. Konieczność utrzymania ich z dwóch pensji, z mniejszym wynagrodzeniem wypłacanym kobietom, to potężna dźwignia nacisku na oboje dorosłych.

Daleko od rodziców i jakiejkolwiek większej wspólnoty. Wiele kobiet stających się matkami nigdy przedtem nie widziało na oczy noworodka.

Próbujemy sobie budować „wioski” w tych domach, w których mieszkamy, ale to się często nie udaje, również dlatego, że ludzie są tak obciążeni pracą, iż nie chcą nawet czasowo przejmować odpowiedzialności za cudze dzieci. Mam koleżanki, które wymieniają się dziećmi po południu – jednego dnia jedna rodzina odbiera kilkoro dzieci ze szkoły, drugiego inna. Ale myślę, że to wyjątek potwierdzający regułę. Większość z nas żyje osobno i każdy odpowiada za swoją podstawową komórkę społeczną.

A kiedy kobiety zaczynają mówić o swojej frustracji czy gniewie, słyszą lekceważące, a przede wszystkim zawstydzające zdanie: „Sama chciałaś. Chciałaś mieć dzieci, to masz”.

Państwo wycofało się ze sfery troski: do niedawna nie istniały w Polsce nawet standardy opieki żłobkowej.

Ten brak jest odzwierciedleniem dyskusji, czy matki nie powinny jednak zostawać z dziećmi w domu do trzeciego roku życia. Konserwatyści, w tym Ordo Iuris, państwowy program rozbudowy żłobków w 2023 r. nazwali „defamilializacją”. Jednocześnie są badania, które mówią, że jeśli kobieta nie pracuje przez dwa lata, to trudno jej do pracy wrócić. Ta sytuacja budzi lęk: kobiety boją się, że wypadną z rynku.

Musimy też pamiętać, że mieszkanie w dużym mieście z małym dzieckiem radykalnie różni się od opieki nad nim na wsi. Tam nie da się wsadzić dziecka do wózka i pojechać z nim do biblioteki, do kawiarni, na deptak. Poczucie uwięzienia jest znacznie większe, podobnie jak poczucie izolacji i niepokój.

Nie ma czym pojechać, bo autobusu brak, a mąż pojechał ich jedynym autem do pracy.

Dla mnie te lęki są racjonalne, ale w przestrzeni publicznej są opowiadane jako rodzaj słabości psychicznej, nadwrażliwości przeintelektualizowanej klasy średniej.

W książce „Życie codzienne kobiet w PRL” Błażej Brzostek cytuje wyniki ankiet z lat 70. i 80. Kobiety skarżą się w nich na problemy z zasypianiem, ciągłym brakiem snu, koniecznością bardzo wczesnego wstawania, żeby przygotować śniadania dla domowników. Przeciążenie, poczucie osamotnienia i niepokój to nie są wynalazki matek współczesnych, ale stałe, trwałe doświadczenie kolejnych pokoleń wykonujących obowiązki macierzyńskie.

Piszesz, że centralnym uczuciem, jakiego doświadczają dziś matki, jest wstyd. Wiemy, jak sobie radzić ze złością i smutkiem, ale jak sobie radzić z uczuciem, które nie ma swojej ekspresji?

Wstyd przychodzi z zewnątrz, z tej wyobrażonej normy, dotyczy krytyki i osądu, często wyrażonego niewerbalnie, tylko przy pomocy chrząknięcia, długiego karcącego zawieszenia wzroku albo przeciwnie – odwrócenia się plecami, nieudzielenia pomocy.

Zawstydzanie to forma dyscyplinowania nas.

Reagujemy wówczas pragnieniem ukrycia się, rumieńcem, gorącem, bólem brzucha. Kurczymy się w sobie. Problem w tym, że ponieważ wstyd przyszedł z zewnątrz, same nie możemy go przepracować. Nie możemy go wyrzucić w momencie, kiedy już do nas przylgnie. Jeśli pozwolimy, żeby to zawstydzające spojrzenie lub słowo nas dotknęło, to jesteśmy ugotowane, faktycznie możemy się już tylko skurczyć. Jedyny sposób, żeby sobie ze wstydem poradzić, to go nie przyjąć.

Ale jak to zrobić w praktyce?

To ekstremalnie trudne, bo wymaga jakiegoś otorbienia się, uzbrojenia, do którego właściwie nie jesteśmy zdolni. Wymusza też utrzymywanie aktywnej uwagi we wszystkich okolicznościach, jakbyśmy ciągle oczekiwali na atak.

A jak Tobie się udawało? Pamiętasz takie sytuacje? 

Chyba pierwszym momentem świadomego odrzucenia wstydu był mój drugi poród. Rodziłam już długo i byłam w potwornym bólu. Akcja zaczęła się rano, trwała do pierwszej w nocy. W pewnym momencie zaczęłam krzyczeć, bo potrzebowałam jakoś rozładować ból, znieść go. Tymczasem położna kazała mi zamilknąć, „bo nie ja pierwsza rodzę, a w ogóle jest późno i wszyscy chcą spać”.

„Niech się nie drze”, powiedziała?

Dokładnie tak, i tym tonem, i z takim prychaniem, i w trzeciej osobie. Nie bardzo ją widziałam, bo już leżałam wtedy na płasko, docierała do mnie właściwie tylko poprzez głos. I to była pierwsza sytuacja w moim życiu, kiedy nie miałam ani jednego wahania, że ona może mieć rację, że może nie powinnam... Tak jakby to była moja wina, że pomieszczenie porodowe nie było wytłumione. Łatwiej zawstydzać kobiety niż wytłumić ściany.

To był pierwszy moment. Dziś coraz częściej zdarza mi się taka postawa w kontakcie z systemem edukacji albo z ochroną zdrowia.

Z władzą, jednym słowem.

Tak, z władzą, która ma bezpośredni wpływ na moje dzieci. Np. przychodzę do lekarki, która pyta, a właściwie stawia mi zarzut, dlaczego dziecko nie ma zrobionych badań. I co ja wtedy mogę? Mogę powiedzieć, że lekarz pierwszego kontaktu dał mi skierowanie do pani, ale nie dał skierowania na te badania, które są potrzebne. Ja o tym nie wiedziałam, więc nie mogłam się upomnieć.

Feministyczne filozofki mówią, że im więcej będziemy rozmawiać o naszym doświadczeniu wstydu, wskazywać głośno, kiedy go dokładnie odczuwamy i kto nas zawstydza, tym większą energię społeczną wytworzymy. Nawet jeśli ta energia nie doprowadzi do zmiany prawa czy mentalności, to wytworzy przynajmniej jakiś rodzaj solidarności.

Takiej tarczy.

Tak, tarczy, która pozwoli łatwiej się obronić w tych codziennych sytuacjach.

Najgorzej jest z tym wstydem, który wytwarzamy same, uznając wskazania norm, zewnętrzny system obyczajowy. Wtedy same zaczynamy zadawać sobie pytanie: „czy jestem dobrą matką?”. Tutaj buduje się pas transmisyjny wstydu. Jakby istniał jakiś wzorzec dobrej matki, do którego powinnyśmy dorównać, nie biorąc pod uwagę tego, czym jest macierzyństwo.

Czym?

Relacją przede wszystkim! Nie bierzemy pod uwagę tego, że jesteśmy trochę takimi matkami, jakie mamy dzieci. To znaczy, że dzieci odpowiadają za część kształtu tej relacji.

To spojrzenie bardzo mi bliskie. Często powtarzam moim pacjentkom, że dziecko tę relację współtworzy i że naprawdę dużo zależy od tego, kto nam się w tej genetycznej loterii wylosował. 

Tymczasem wyobrażenie dobrej matki zakłada, że istnieje gdzieś jakieś „uniwersalne dziecko” i w związku z tym można wypracować zestaw zasad, według których należy postępować.

I ten wzór roli matki, napisanej nie wiadomo przez kogo i złożonej w depozycie nie wiadomo gdzie. Potem tę „rolę matki” musisz właściwie odegrać, bo jak nie, to recenzja na jedną gwiazdkę!

Gdybyś mnie teraz zapytała, jaką chciałabym być matką, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Nie wiem, jaką, ale wiem, że na pewno nie jestem wystarczająco dobrą.

Jak to? Jesteś taką matką, jaką jesteś. Kropka.

Kropka, tak. Ale wiesz, nie potrafię opisać tego wzorca, który gdzieś tam na jakimś etapie swojego życia sobie stworzyłam.

Czyli jesteś wyleczona... Ale myślę jeszcze o tym, jak bardzo zawstydzane są dziewczynki. Od małego. Zaczyna się od wyglądu.

Moja 7-letnia córka opowiadała mi, że na Dzień Kobiet mieli w szkole lekcję o tym, jakie są ich marzenia i pragnienia. Kilka jej koleżanek zadeklarowało, że chciałyby schudnąć. Sądzę, że powtarzały coś, co słyszą z ust starszych krewnych. Same sobie to robimy i jeszcze zarażamy wstydem następne pokolenia.

Doświadczenie ciąży, porodu i wczesnego macierzyństwa jest mocno splecione z doświadczaniem kobiecego ciała. To jest w poprzek naszej kultury, w której w zasadzie nie powinno się mieć żadnych płynów fizjologicznych – ani potu, ani krwi, ani siary. 

Jonathan Littell napisał kiedyś książkę o tym, jak filozofia Zachodu lubi to, co suche, i boi się tego, co wilgotne. Suche jest to, co męskie, intelektualne, stałe i niezmienne, cywilizowane, heroiczne. A wilgotne to, co kobiece, płynne, podlegające zmianom, dzikie, błotniste i brudne, zagrażające. Korzenie tych lęków sięgają głęboko, kultura uczy, że płyn, ciecz oznacza utratę kontroli. Na poziomie cielesnym to zresztą prawda – nie wiemy, kiedy dostaniemy miesiączki, kiedy odejdą nam wody płodowe.

Ciało kobiece, gdy staje się ciałem ciężarnym, jest obserwowane i krytykowane: czy ona nie pali? Czy nie pije? Czy nie je sera pleśniowego? Czy nie przytyła za dużo? Obcym kobietom zwraca się uwagę na ulicy. Ciało w ciąży staje się własnością publiczną.

Ciąża konfrontuje także z koniecznością proszenia o pomoc. A w tej kulturze nie ma miejsca na zależność, na to, żeby uznać, że komuś, kto nosił 9 miesięcy w środku drugą istotę, potem ją urodził, a potem dochodzi do siebie, należy się troska i opieka.

W społecznym wyobrażeniu kobieta powinna być we wszystkich sferach życia absolutnie niezależna. Samozwrotna, samozadaniowa, robi listy obowiązków i natychmiast je wykreśla. Kobiety uczy się, żeby nie informowały o swoich uczuciach, szeroko się uśmiechały, więc nie mamy poczucia, że możemy powiedzieć: potrzebuję pomocy. 

Jeżeli któraś z nas już się zdobędzie na asertywność i odwagę, to internetowy komentariat albo jakaś ciotka zaraz jej powie: „nasze babki rodziły w polu, nie miały pralek i jakoś sobie radziły”.

I nie miały pampersów!

Nie wiem, czy równanie do rzeczywistości Polski pańszczyźnianej to naprawdę kierunek, w którym chcemy zmierzać.

Elisabeth Badinter, francuska filozofka i feministka, pisze, że żaden egzemplarz gatunku ludzkiego nie dożyłby do dorosłości, gdyby kobiety robiły tylko tyle, ile wymaga od nich prawo. Dlatego należało stworzyć ten pas transmisyjny wstydu, który wychowuje kobietę na matkę i wkłada w nią różnego rodzaju przymusy, żeby stała się osobą, która jednocześnie się opiekuje i kontroluje proces opiekuńczy.

Czyli matka samej sobie stale musi patrzeć na ręce?

Tak. Rodzimy się jako bardzo słabe ssaki i nie przetrwalibyśmy do dorosłości bez największego zaangażowania matki. Teraz mamy niską dzietność i słabą demografię, ale wynikającą z tego, że po prostu dzieci się nie rodzą. 200 lat temu przyrost też nie był gigantyczny, ale wtedy rodziło się mnóstwo dzieci, tylko nie przeżywały niemowlęctwa.

Dlaczego kobiety dziś tak często decydują się na to, by nie wchodzić w doświadczenie macierzyństwa?

Ponieważ cały kształt rzeczywistości, w której żyjemy, mówi, że bycie matką to frajerstwo. Kobiety myślą logicznie i interpretują we właściwy sposób sygnały płynące z otoczenia. Np. że jak urodzisz dziecko, to stracisz część poborów, a potem będziesz do tyłu z karierą. Twoja kariera będzie uzależniona od osoby, która przez pierwsze kilka lat życia może być chora 11 razy w ciągu roku. A jednocześnie ta reguła jest jakąś wiedzą tajemną, o której nie wie twój szef. Prawo mówi, że możesz być na opiece tylko 60 dni.

Pokaż mi malucha, który choruje tak mało.

Dodatkowo żyjemy w przestrzeni, która faworyzuje zmianę, ruch i rozwój. Nie możesz powiedzieć: a ja teraz jestem w stagnacji. Musisz się zmieniać, rozwijać. Jak na kogoś wpadamy na ulicy, to pytamy: co robisz? Czym się zajmujesz? Nie usłyszysz w odpowiedzi: a nic takiego... odbieram dzieci z przedszkola i chodzę z nimi na trzy godziny na plac zabaw. Siedzę, patrzę, jak się bawią... 

Taka była moja odpowiedź przez lata i moi bezdzietni znajomi myśleli, że wykonuję jakiś rodzaj performansu, eksperymentu do książki. A przecież, jak przejdziesz się latem na plac zabaw, to widzisz tam takie enklawy ludzi, którzy siedzą i po prostu patrzą, jak się dzieci bawią. Dokarmiają je chrupkami i jabłuszkiem. Kiedy po takim dniu wracaliśmy wieczorem do domu, a ja byłam bardzo głodna, bez obiadu i w mieszkaniu miałam brudno, to myślałam sobie: no nie zrobię wszystkiego. Wyszliśmy na słońce. Fajnie się bawiliśmy.

Dożyliśmy wszyscy do wieczora.

Tak, na tym polega opieka i wychowanie. I kiedy ktoś cię właśnie dopytuje, gdzie byłaś na majówce, a dokąd jedziesz w przyszłym roku, czyli jak żyjesz w kulturze, która kładzie nacisk na sukces, status i prestiż, to odkrywasz, że macierzyństwo zagradza albo przynajmniej utrudnia dostęp do tych rzeczy. Że nasz status się obniża, bo jedna albo dwie osoby pracują mniej, świadczą opiekę popołudniami, rankami i nocami, a tym samym czas na myślenie o pracy i na rozwój jest krótszy. 

Jest krótszy i przerywany.

Wiesz, nikt świadomie nie wejdzie w taki interes. Gdybyśmy powiedzieli jakiejś w miarę młodej heteroseksualnej parze: słuchajcie, jest taki deal, że teraz przez 10 lat będziecie zarabiać połowę tego, co zarabialiście wcześniej, będziecie jeździć tylko w takie miejsca, gdzie możecie wypuścić dzieci na piach albo do lasu. I jeszcze prawdopodobnie będziecie się ze sobą kłócić wieczorami. Ale szeptem. I nie prześpicie ani jednej nocy, do tego raczej nie będziecie sami w łóżku. To kto przy zdrowych zmysłach powiedziałby: wchodzę w to!

Więc odwróciłabym to twoje pytanie i zapytała: dlaczego kobiety decydują się na to, by mieć dzieci? Przecież to jest pod włos całej naszej kulturze. I nie zapominajmy: tuż za ścianą jest wojna. Nie wiemy, czy przyjdzie do nas, czy nie. I co my wtedy zrobimy z małymi dziećmi?

Jest dużo takiej ogólnej niepewności dotykającej poczucia bezpieczeństwa.

Również niepewności ekonomicznej i związanej z katastrofą klimatyczną. Kiedy moja córka miała jakieś trzy lata, a ja powoli dobijałam do czterdziestki, to myślałam: przecież ja w ogóle nie wiem, jak będzie wyglądał ten świat za 30 lat, jakie będzie pole jej wyborów życiowych!

Na co mam ją przygotować?

No właśnie. Słyszę te głosy: musimy mieć więcej dzieci, bo kto nam poda szklankę wody. Ja jednak jestem przekonana, że nie będzie świata, w którym projektujemy sobie dzisiaj naszą starość. Nie będzie domów starców ani szklanki wody, tylko jakiś zupełnie inny świat.

I jeszcze wracając do pytania o demografię: kobiety rzadko decydują się mieć dziecko w próżni. Z reguły decydują się mieć to dziecko z kimś. Przestańmy więc pytać: „dlaczego Polki nie chcą rodzić?”. Przestańmy alienować i zawstydzać kobiety. Ta rzeczywistość im nie sprzyja.

Wiele kobiet mówi: chcieliśmy mieć dwoje, ale zostaniemy przy jednym.

Taka odpowiedź wynika z nierównego podziału zadań i nierównomiernego rozkładu kosztów pracy opiekuńczej, o których rozmawiałyśmy. Matka jednego dziecka widzi już, w czym wylądowała. I widzi obszary, które się tylko powiększą, bo urodzenie drugiego dziecka to nie jest drugi raz to samo, tylko coś zupełnie nowego.

Jak widzisz, irytuję się w sprawie tego dopytywania kobiet, dlaczego nie chcą mieć dzieci. Czy pensje będą wyrównane, czy urlopy będą współdzielone, to wszystko są kwestie wtórne. Dopóki będziemy musiały tłumaczyć się z tego, że żyjemy – równości żadnej nie będzie. Facet samym swoim urodzeniem zyskuje prawo do życia. Kobieta musi się urodzić po coś.

Czego byś życzyła matkom na Dzień Matki, ojcom na Dzień Ojca i dzieciom na Dzień Dziecka?

Wszystkim bym życzyła, żebyśmy się zgodzili na to, że dzieci są ludźmi. Że wszystkie osoby, które żyją w rodzinie, wymagają i troski, i opieki. I to musi być troska i opieka, która jest budowana na szerszym planie niż tylko plan rodzin dwupokoleniowych. Życzyłabym takich zmian w prawie, które zapewnią wyrównanie pensji i równy podział urlopu rodzicielskiego. Ochrony kobiet, które po macierzyńskim wracają do pracy – nie tylko tych, które są na etatach. Życzę też wszystkim, żeby nie myśleli o dzieciach jak o demografii i statystyce.

Jeśli kobieta nie będzie chciała być matką, to nie urodzi, choćby nie wiem jakie statystyki ją do tego namawiały.

A w tym kraju robi się dużo, żeby kobietom utrudnić podjęcie tej decyzji. Więc życzyłabym kobietom, żeby prawo je chroniło, żeby się nie bały zachodzić w ciążę i rodzić. Życzyłabym im, żeby miały dostęp do znieczulenia i żeby im w szpitalu nie zagrażała śmierć na sepsę

Na koniec chcę zapytać o te fragmenty książki, które nazywam lirycznymi. Są napisane z ogromną czułością, ale bez egzaltacji. Jak to zrobiłaś?

Zaczęło się od potrzeby opisania afektów. Szukałam języka, bo myślałam i czułam, że w tym doświadczeniu jest mnóstwo miłości, której nie potrafię opowiedzieć – ani sobie, ani innym. Jednocześnie wydaje mi się, że uczymy się przeżywać miłość do dzieci jako doświadczenie cielesne, ciągle je nosimy na rękach, głaszczemy, kąpiemy, karmimy, przewijamy. Później ocieramy łzy i rozbite kolana, rozplątujemy włosy i prowadzimy za rękę. Ciało w ciało, ciągle razem. Starałam się więc opisać jak najwięcej momentów euforii, wspólnego bycia.

Łatwiej opowiadać negatywne doświadczenia – począwszy od prymitywnego języka wulgaryzmów, skończywszy na wyrafinowanych językach literackich. Ja też się skupiam najpierw na wstydzie i furii. Do tego miałam język. Natomiast doświadczenie miłości wobec dziecka jest literacko słabo opracowane. Literatura tradycyjna opisuje to po prostu jako instynkt.

Instynkt macierzyński nie istnieje.

On jest jakąś metanarracją, która sprawia, że nie potrafimy opowiedzieć uczucia, które się pod nim kryje.

Ty potrafiłaś.

Zależało mi, żeby stworzyć język opisu doświadczenia, z którym może się identyfikować każdy rodzic. Bardzo mi zależało, żeby opowiedzieć o relacjach, a nie opowiadać o jakichś konkretnych – moich – dzieciach. Myślę, że kluczem do tego tekstu jest myślenie o fizyczności ich ciał, o tym, że są osobnymi ludźmi, którzy stoją przede mną w tych swoich drobnych sylwetkach. Wiesz, ostatnio kiedy wieszałam uprany podkoszulek syna, pomyślałam, że jego rękawy są tej długości, co bodziaki, które mu zakładałam 15 lat temu.

I kiedy biorę na ręce inne, nie moje już dzieci, to czuję, jak tego pragnę. Wziąć w objęcia takiego małego człowieka.

No bo mięśnie masz od miłości.

Wciąż potrafię pochwycić to ciało. Podtrzymać je. Ale te wszystkie inne dzieci układają się na mnie jak na obcej osobie. Tylko moje dzieci układają się na mnie jak moje dzieci.


„Mięśnie mam od miłości”: o czym jest książka Pauliny Małochleb

O ciele

  • O rozdartym ciele i rozdartym umyśle matki.
  • O umyśle zanurzonym we własnej fizjologii i o tym, że mężczyzna – nawet najbardziej kochający – może w tym uczestniczyć tylko w sposób zapośredniczony.
  • O utracie prawa własności do swojego ciała.
  • O tym, że o misterium porodu trzeba walczyć.
  • O odbieraniu podmiotowości i infantylizacji jako praktyce powszechnej na porodówkach.
  • O niefrasobliwym okaleczaniu kobiet.

O wstydzie i ocenie

  • O tym, że kobieta, która jest matką, jest poddawana nieustającej ocenie.
  • O karzącym i dyscyplinującym spojrzeniu, które ma pokazać kobiecie, gdzie jest jej miejsce.
  • O tym, że z bólu można wykuć tarczę.

O systemie

  • O tym, że rynek nas pożera, kapitalizm karmi się lękami rodziców i świetnie je monetyzuje.
  • O skrajnej zależności młodych matek, które siłą rzeczy są skazane na pomoc innych, i że jest to dla wielu osób okazja do wykorzystania pozycji władzy.
  • O państwie, które wycofało się z obszaru opieki i troski.
  • O niemożliwym do pomieszczenia przez system ateizmie.

O miłości

  • O tym, że do wyrażenia tego, czym jest miłość macierzyńska, braknie słów.
  • O kształcie mięśni, które obejmują ukochaną osobę.
  • O tym, jak może brzmieć hymn do miłości.
  • O przejściu od tylko siebie do już nigdy samej siebie.
  • O kruchości i sile.

O codzienności

  • O czasie na płakanie w trakcie wieszania prania.
  • O niebinarnych pluszakach.
  • O tym, że praca macierzyńska może być kotwicą w chwili grozy.
  • O rodzicielskiej torbie, na której dnie jest kubek na kawę utytłany w piasku.
  • O tym, jak dzieci powoli wyfruwają, a przecież jesteśmy z nimi zrośnięci.
  • O tęsknocie za ukochanym, z którym razem mieszkasz.

J.D.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”