System of a Down znów w Polsce. Tankian nie przestał walczyć

System of a Down od 20 lat nie nagrywa, ale nie zamilkł. Przed koncertami w Warszawie wraca historia Serja Tankiana.
Czyta się kilka minut
System of a Down // materiały prasowe
System of a Down zagra w na Stadionie Narodowym 18 i 19 lipca 2026 r. // Fot. Materiały prasowe

Ameryka wciąż trwała w głębokim szoku. Minęły dopiero dwa dni po ataku na World Trade Center. Artyści, sportowcy i celebryci dawali wyraz swojego patriotyzmu, ale nie ścigali się w reakcjach na tragedię, bo raz, że jej skala była trudna do objęcia, dwa – mówimy o erze sprzed mediów społecznościowych. A jednak jeden z muzyków nie mógł się powstrzymać i 13 września w sieci pojawił się komentarz zatytułowany „Understanding Oil”

Tankian kontra Ameryka

Jego autor ukazywał terrorystyczny zamach na Nowy Jork jako dramatyczny rezultat amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Pisał o zaaranżowanym przez CIA zamachu stanu na demokratyczne władze w Teheranie, o wspieraniu przez USA talibów w Afganistanie i Husajna w Iraku, o lobbingu przemysłu zbrojeniowego i paliwowego – to jest o wszystkim tym, o czym amerykańskie media głównego nurtu mówią dziś bez ogródek w kontekście wojny z Iranem.

Jednak we wrześniu 2001 r. stawianie takich tez było niebezpieczne, żeby nie powiedzieć: straceńcze. Nic dziwnego, że koledzy z zespołu autora felietonu obawiali się o życie. Wytwórnia Sony, która doprowadziła do zdjęcia tekstu, obawiała się natomiast utraty milionów dolarów. W końcu komentarz ukazał się na stronie grupy System of a Down, jednego z najpopularniejszych wówczas zespołów Ameryki. 

Jego autorem był zaś Serj Tankian – urodzony w Libanie ormiański wokalista, aktywista i uchodźca, śpiewający z dziwnym akcentem i wyznający jeszcze dziwniejszą wiarę, że prawda zawsze się obroni. I może miał rację. 

„Toxicity” po katastrofie

Drugi album System of a Down – „Toxicity” – ukazał się dokładnie tydzień przed atakami na World Trade Center. Kilka dni po publikacji głośnego komentarza zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200. Płyta, która rozpoczyna się wykrzyczanym wykładem na temat patologii amerykańskiego systemu penitencjarnego, w ciągu pierwszego tygodnia sprzedała się w nakładzie ponad 220 tys. egzemplarzy. 

Choć największy nadawca radiowy w USA sugerował, by w obliczu społecznej traumy nie emitować pierwszego singla z „Toxicity” (w refrenie pojawia się wątek samobójstwa), nie przeszkodziło to płycie pokryć się sześciokrotną platyną i sprzedać się w nakładzie 2,7 mln egzemplarzy w samych tylko Stanach. Zresztą drugi album System of a Down nie powiedział tu jeszcze ostatniego słowa – kiedy piszę ten tekst, po raz kolejny pojawia się na liście Billboardu. Prawie 25 lat po premierze. 

System of a Down w Warszawie

Nic więc dziwnego, że bilety na koncert zespołu na Stadionie Narodowym wyprzedały się niemal natychmiast, a organizator nie miał problemu, by zapełnić go znów dzień później (grupa wystąpi w Polsce 18 i 19 lipca). 

A przecież, umówmy się, to nie powinno było się udać.

Fiksację Tankiana na temat prawdy łatwo zrozumieć, gdy pozna się jego historię. Zarówno jego życie, jak i życie jego przodków kształtował jej brak. Mam na myśli trwające długie dekady milczenie, jakim liderzy światowych mocarstw i organizacje międzynarodowe zbywali apele Erywania o uznanie za ludobójstwo rzezi Ormian, której dopuścili się Turcy w 1915 r. W jej wyniku zginęli przodkowie Tankiana, a jego dziadek w wieku pięciu lat wylądował w domu dziecka w Bejrucie

Niestety, w tej części świata tragiczne historie mają to do siebie, że lubią się powtarzać. I tak Serj jako dziecko również został uchodźcą. W 1975 r. wyemigrował z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, uciekając przed rozpoczynającą się właśnie libańską wojną domową

Mała Armenia w Los Angeles

Rodzina Tankianów wylądowała w północnym Los Angeles, w dzielnicy miasta nazywanej potocznie Małą Armenią. Począwszy od 1915 r. osiedlali się tu rodacy Serja, a o ich obecności świadczyły nie tylko liczne restauracje, sklepy i piekarnie, ale także lokalna szkoła i dom kultury. Przyszły rockman dorastał wewnątrz tej diaspory. Uczył się pilnie w ormiańskiej szkole, dorabiał w zakładzie jubilerskim wujka, a jego pierwszy zespół, Forever Young, w którym grał na klawiszach, wykonywał utwory zarówno po angielsku, jak i po ormiańsku. Przedstawiciele mniejszości trzymali się razem. 

Dotyczyło to nie tylko członków zespołu, ale także muzyków, z którymi dzielili salę prób. W ten sposób Tankian poznał gitarzystę Darona Malakiana, z którym założył nowy zespół – Soil. Tym samym skręcił w stronę cięższego rocka, a nawet metalu – które zaszczepił mu starszy brat – i podjął obowiązki wokalisty. Niedługo potem do zespołu dołączył basista Shavo Odadjian – gdyby nie różnica wieku, cała trójka znałaby się z korytarzy ormiańskiej szkoły.   

Po kolejnych personalnych i estetycznych turbulencjach trójka młodych muzyków opuściła Soil, by powołać do życia System of a Down. Jego skład ustabilizował się, gdy dołączył do nich perkusista John Dolmayan. Jak głosi plotka, jednym z powodów, dla których zespół obrał sobie taką właśnie nazwę, było marzenie, że jego płyty będą sąsiadować na sklepowych półkach z wydawnictwami Slayera. 

Tym większa musiała być radość zespołu, gdy na ich koncercie w hollywoodzkim Viper Room pojawił się Rick Rubin – kultowy producent, znany między innymi z pracy przy „Reign in Blood”, jednej z najważniejszych płyt tych ikon thrash metalu. To estetyczne pokrewieństwo nie ograniczało się jednak do Slayera. Począwszy od lat 80. Rubin pracował przy kamieniach milowych amerykańskiego hip-hopu, między innymi przy pierwszych płytach Public Enemy, których surowość i zaangażowany przekaz imponowały Tankianowi.

Takie zaplecze sprawiło, że Rubin świetnie odnalazł się w latach 90., pracując chociażby z Red Hot Chilli Peppers, którzy czerpali zarówno z alternatywnego rocka, funku, jak i hip-hopu. Ten cross-over szczyt swojej popularności osiągnął jednak dopiero na przełomie wieków, kiedy amerykańską popkulturą zawładnął nu metal. 

A wraz z nim System of a Down. 

Dziwnie i brzydko

Choć na przełomie wieków działało wiele bardziej interesujących artystycznie scen i postaci, to przecież fenomen nu metalu nie przestaje intrygować. W końcu nigdy później muzyka gitarowa nie cieszyła się tak wielką popularnością. Zespoły takie jak Limp Bizkit, Linkin Park, Slipknot czy System of a Down sprzedawały miliony płyt. 

Największe gwiazdy popu – od Christiny Aguilery po Jaya-Z – puszczały do nich oko, a telewizje muzyczne rozwijały przed nimi czerwony dywan. Nu metalowe grupy charakteryzowały nisko strojone gitary, rapowane zwrotki i DJ’skie popisy w miejscu gitarowych solówek – ale tak naprawdę znacznie więcej je dzieliło niż łączyło ze sobą. 

I nie mam na myśli tylko samej muzyki, której w zależności od zespołu bliżej było do hip-hopu, thrash metalu czy emo. Choć scena ta cieszyła się ogromnym wzięciem wśród białych Amerykanów z nizin społecznych i nieraz oskarżano ją o prostactwo i mizoginię, to przecież zasilali ją zarówno reprezentanci tej właśnie klasy społecznej (jak Fred Durst z Limp Bizkit), jak też dzieci imigrantów, które współtworzyły nie tylko System of a Down, ale także Deftones, Linkin Park czy Ill Niño. Te biografie zaznaczały się czasem w działalności artystycznej nu metalowych zespołów w postaci afro-kubańskich rytmów, bliskowschodnich skal czy estetyki anime. 

Nu metal eskalował też popularny w anglosaskiej popkulturze lat 90. zwrot w kierunku dziwności i brzydoty (filmy Davida Lyncha, teledyski Chrisa Cunninghama, image Marilyna Mansona itd.), do którego podchodził z postmodernistycznym zacięciem. Ktoś nazwie to odwagą, ktoś inny narcyzmem, ale wielu z tych twórców działało zgodnie z maksymą „wszystko wszędzie naraz”. I choć to łączenie ognia z wodą często przynosiło mizerne skutki, to po długich latach, kiedy muzyka rockowa działa pod dyktat algorytmów i nostalgii, mam dla tych prób więcej zrozumienia. 

Bo czy to nie odświeżające słuchać basisty zespołu Korn tłumaczącego w wywiadzie, że dla nich muzyka zaczęła się od Faith No More – to jest jakieś dziesięć lat wcześniej? Oczywiście nie zgadzam się z taką tezą, ale może bez tego myślenia nie byłoby unikatowego brzmienia grupy odpowiedzialnej za płytę „Follow the Leader”.

I pewnie też dlatego, kiedy Rick Rubin usłyszał System of a Down podczas wspomnianego wieczoru w Viper Room, jego reakcja mogła być tylko jedna – śmiech. Nie był to jednak śmiech ironiczny, była to naturalna reakcja na sytuację, w której nagle spotykamy się z czymś wysoce zaskakującym, absurdalnym, niespodziewanym. Oczywiście Rubin znał przynajmniej jeden zespół, który grał podobnie – ba, znali go wszyscy mieszkańcy Los Angeles. Mam na myśli Rage Against the Machine, które dzieliło z System of a Down nie tylko niektóre muzyczne inspiracje, ale też wiele politycznych poglądów. 

Sęk w tym, że w grupie Tankiana wszystko działo się wówczas szybciej i bardziej. System of a Down było bardziej melodyjne i metalowe, wściekłe i kreskówkowe, jego wokalista growlował i śpiewał z akcentem zapowiadającym nadejście Borata, a jego gitarzysta kopiował raz to Slayera, raz melodie przodków wygrywane na oud. I to wszystko działo się zwykle w ciągu dwóch minut. 

Kiedy włączam te płyty po latach, mam wrażenie, że słucham dwóch zespołów jednocześnie – System of a Down i grupy parodiującej System of a Down. I trudno powiedzieć, która jest lepsza. 

Rick Rubin usłyszał absurd

Kiedy Rubin przestał się wreszcie śmiać, zaprosił zespół do studia i już następnego roku ukazało się debiutanckie „System of a Down”. Płytę otwiera ciężki riff, jakby wyciągnięty z wczesnych nagrań noise-rockowej grupy Helmet, na tle którego Tankian rozprawia się z hipokryzją w Kościele, odnosząc się przede wszystkim do tematu pedofilii. Słowem, które organizuje cały ten czterdziestominutowy album, jest „intensywność”. Tankian z podobną pasją śpiewa, krzyczy, skanduje i ozdabia melizmatami teksty przeciwko wojnie, narkotykom i konsumeryzmowi. 

Nie byłoby jednak prawdą napisać, że wszystkie utwory z tej płyty ważą dla zespołu tyle samo. Debiut kończy piosenka zatytułowana „P.L.U.C.K.”, w której SOAD podejmują wprost temat ludobójstwa Ormian. To nie tylko przejmujące zakończenie albumu, ale także lekcja historii dla milionów nastolatków, które sięgnęły wówczas po to wydawnictwo. 

Podejrzewam jednak, że dla Ricka Rubina i jego wytwórni najważniejsza była inna piosenka. Mam na myśli „Spiders” – melancholijną, podniosłą balladę, która przypominała, że zanim zaczął słuchać thrash metalu, Serj Tankian śpiewał ormiańskie pieśni o wiernych bocianach powracających zawsze w to samo miejsce.

Jeśli System of a Down mógł zdobyć popularność czerpiąc ze Slayera, to jakie szczyty zdobędzie, nagrywając swoje „Nothing Else Matters” (czyli hit Metalliki)? Odpowiedź przyniosło „Toxicity” – drugi album zespołu, który promowały trzy względnie balladowe single. 

Patos zaczął wypierać chaos. 

Uciec snajperom

Tymczasem w zespole pojawiały się coraz mocniejsze tarcia wynikające nie tylko z różnic artystycznych, ale i ideowych. Na tym ostatnim polu muzyków trzymała przede wszystkim wspólna walka o doprowadzenie do uznania przez Stany Zjednoczone ludobójstwa Ormian. 

Ten lobbing miał być zresztą bardziej niebezpieczny niż geopolityczne refleksje Tankiana opublikowane po zamachu na World Trade Center. Po latach wokalista wspominał, że był czas, kiedy jego żywiołowe poruszanie się po scenie było reakcją na informacje o planowanym zamachu na jego życie, które docierały do niego z wiarygodnych źródeł. Wyobrażał sobie, że w ten sposób utrudnia zadanie snajperowi. 

Koniec końców, wszystkie te tarcia, napięcia i frustracje zrodziły album, który wpisał się na stałe do rockowego kanonu i na krótką chwilę uczynił z czwórki chłopaków z ormiańskiej diaspory jeden z największych zespołów świata. Fakt, później było gorzej. Kiedy minął efekt zaskoczenia, a zespołowi ubyło intensywności, teksty Tankiana objawiły nieznośną pretensjonalność, podobnie jak kompozycje Malakiana. 

Po 2005 r. System of a Down przestał nagrywać, a solowe nagrania wokalisty sugerowały, że był to dobry pomysł. A jednak ta bezczelna pewność siebie opłaciła się nie tylko przez wzgląd na wczesne płyty zespołu. Kiedy w 2015 r. SOAD zagrali w Armenii, Tankian mówił ze sceny o konieczności daleko idących zmian w swoim rodzinnym kraju. W tłumie jego słów słuchał Nikol Paszinian, któremu tamto wydarzenie dostarczyło paliwa do rozpoczęcia ulicznej rewolucji.

I choć Paszynian jest dziś premierem, a Stany Zjednoczone ostatecznie określiły wydarzenia roku 1915 mianem ludobójstwa, to przecież podczas koncertów w Warszawie Tankianowi nie zabraknie tematów domagających się natychmiastowej rewolucji. Dosłownie kilka dni temu zrugał premiera Izraela za uznanie ludobójstwa Ormian w czasie, gdy jego naród sam dokonuje go na Palestyńczykach. 

Bo System of a Down może nie nagrywać płyt od dobrych dwóch dekad, ale walka Tankiana nigdy się nie kończy. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nieustanna walka