Trauma-Zdrój. Dzieci z rabczańskich sanatoriów odzyskują głos

Rabka: słynne uzdrowisko, propagandowa duma peerelowskiej służby zdrowia. I wspomnienie dziecięcej krzywdy, która dopiero teraz wychodzi na jaw.
Czyta się kilka minut
// il. Magda Wolna dla „TP"
// il. Magda Wolna dla „TP"

Krzysztof z Bielska, po czterdziestce: 

– Od pierwszej do trzeciej klasy się nie odzywałem. Po prostu, siedziałem w ławce i nic nie mówiłem.

Katarzyna, o dwa lata starsza siostra Krzysztofa: 

– Nawet gdy pani sprawdzała obecność, Krzyś nie był w stanie powiedzieć: „Jestem”.

Krzysztof: – Po alkoholu stawałem się rozmowny. Np. gdy byłem w Londynie, potrafiłem odzywać się nawet po angielsku. Do dzisiaj gdy zabieram głos, serce zaczyna bić jak dzwon. 

Katarzyna: – Boję się medyków i medycyny. Jak mam iść do lekarza, jestem cała chora. W ogóle boję się ludzi dorosłych. Kiedy się z nimi konfrontuję, czuję się, jakbym nadal była małym dzieckiem. Takim, któremu odebrano głos.

Roman (imię zmienione) ze Śląska, po sześćdziesiątce: 

– Gdy jestem w Katowicach, omijam pałac młodzieży w centrum. A jeśli muszę tamtędy przejść, spuszczam głowę i przemykam. To stamtąd ruszał autokar.

Książka: „puszka Pandory”

Kwiecień 2024 roku, nakładem Czarnego ukazuje się „Miasto Dzieci Świata”, książka Beaty Chomątowskiej, współautorki tego tekstu. Historia Rabki-Zdroju, uzdrowiska szczycącego się takim właśnie tytułem, pokazana głównie z perspektywy dzieci. Choć książka opisuje losy miejscowości od połowy XIX wieku, a tylko kilka rozdziałów odnosi się bezpośrednio do PRL-owskich sanatoriów, już same hasła „Rabka” i „miasto dzieci” wystarczają, by skupić uwagę byłych kuracjuszy. 

Część z nich już wtedy kontaktuje się z autorką, by opowiedzieć o przeżyciach. Zwykle nieprzyjemnych, niekiedy drastycznych, jakby przypadkiem uchyliła się puszka Pandory. Książka i komentarze budzą też gwałtowne reakcje w Rabce-Zdroju – na lokalnych forach, wśród miejscowych autorytetów i byłych pracowników sanatoriów. Pojawiają się sugestie, że powstała w celu zdyskredytowania miasta, a dawni pacjenci „przesadzają”. Przecież w Rabce ratowano zdrowie i życie. 

Są jednak i tacy mieszkańcy, w tym pracownicy służby zdrowia, którzy publicznie przyznają: tak było. Jednak gdy jedna z mieszkanek, Anna Szarejko, napisze do lokalnych „Wiadomości Rabczańskich” list potwierdzający racje byłych podopiecznych, redakcja odmówi publikacji. 

Choć od wydania książki minęły dwa lata, wciąż odzywają się byli pacjenci. Wiadomości od nich zwykle zawierają zdania w rodzaju: „dotąd nikomu o tym nie mówiłem”, „siedzi to we mnie do dziś”. Bezpośrednio Beata Chomątowska dostała ok. 30 takich wiadomości, komentarzy w sieci są setki. Trafiają się i wspomnienia pozytywne, ale to mniejszość.

Uruchamianie odtwarzacza...

Dokładną liczbę pokrzywdzonych trudno oszacować, jednak skala zjawiska wydaje się na tyle duża, że ze względu na interes społeczny wspólnie z Przemysławem Wilczyńskim uznaliśmy konieczność podjęcia tego tematu na łamach „Tygodnika”. 

Na potrzeby tekstu spotkaliśmy się dodatkowo z ośmiorgiem osób – głównych bohaterów. Większość przebywała w sanatorium dziecięcym im. Wincentego Pstrowskiego (później Śląskim Centrum Rehabilitacyjno-Uzdrowiskowym im. Adama Szebesty), tekst skupia się więc głównie na tym ośrodku, choć złe wspomnienia dotyczą również kilku innych. 

Budynek sanatorium: „brutalistyczny moloch”

„Dzieci drogie i najmilsze! Dzieci biedne, chore, bardzo nieszczęśliwe! Przysięgam Wam na złote, rabczańskie słońce, że Was Polska przytuli do serca i że za lata będziemy śpiewali radosny hymn na otwarcie Waszego cudownego domu, zbudowanego z maleńkich cegiełek” – unosi się propagandowo wysłany do Rabki Kornel Makuszyński, zapowiadając w 1947 r. w „Dzienniku Zachodnim” budowę wielkiego sanatorium dla dzieci, ale też prosząc o wsparcie. 

19 grudnia 1949 r., dzień wcześniej obchodzono rocznicę urodzin Stalina. „Sanatorium to społeczeństwo śląskie oddaje dzieciom w pierwszą rocznicę zjednoczenia partyj robotniczych” – można przeczytać w zaproszeniu na uroczyste otwarcie obiektu, który otrzyma imię Wincentego Pstrowskiego, zabrzańskiego górnika i przodownika pracy.

Sfinansowany ze składek mieszkańców Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego „Pałac Zdrowia” (propagandowa nazwa), w którym do połowy lat 60. będą się leczyć głównie mali gruźlicy, a później przede wszystkim astmatycy, docelowo pomieści nawet kilkaset łóżek dla dzieci od 2. do 14. roku życia. Będzie tu m.in.: 36 sypialń, jadalnia, leżalnie, werandy, gabinety lekarskie i wiele innych. 

„Rabczański Pałac Zdrowia staje (...) na szczycie wysokiego na pięćset pięćdziesiąt metrów, zalesionego wzgórza, którego stok, skąpany w słońcu, opada w kierunku Rabki” (fragment opisu z „Miasta Dzieci Świata”). Gmach olśniewa nowoczesnością: marmurowe schody, poręcze na różnych wysokościach dostosowanych do wieku dzieci, wielkie akwarium pełne rybek, podłogi wyłożone linolitem. 

Skala obiektu też robi wrażenie. Filip z Krakowa, który jako nastolatek przebywał w tym ośrodku jeszcze z początkiem pierwszej dekady XXI wieku, po przyjeździe na miejsce przeraził się: 

– Zamiast sanatorium, które wyobrażałem sobie bardziej jako pensjonat, zobaczyłem brutalistyczny moloch z tłumem rozwrzeszczanych dzieci i rówieśników – relacjonuje. Sanatoryjne labirynty schodów i korytarzy będą mu się śnić latami. 

Przyjazd: „zostałem porzucony”

Wspomnienia z lat PRL też odbiegają od idyllicznych obrazków. Pierwsza zapamiętana scena to niemal bez wyjątku wymiana odzieży, jakiej w „Pstrowskim” poddaje się każde dziecko.

– Ubranka były w różnym stanie: zepsute, przetarte itd. – zapamiętał z „Pstrowskiego” z lat 80. Michał Bagiński z Krakowa. – Jak ruszyłeś ręką, pękało w szwach. Trzeba było to ukrywać, bo wybuchała awantura: „Wszystko przez ciebie, matka będzie płacić!”. A u mnie w domu się nie przelewało, więc się tym przejmowałem.

Joanna, pacjentka „Pstrowskiego” z lat 70., do dziś pamięta nieświeży zapach znoszonych ubrań. Maja (pobyt w 1988 r.) wspomina, że świeże przysługiwały tylko przez pierwszy tydzień, gdy pozowały do zdjęć. Później były już przypadkowe, zwykle za duże lub za małe. 

Przydział państwowego filcu, kretonu, flaneli, drelichu i wełny (bielizna, skarpety, sukienki, koszule itd.) będzie się po latach kojarzyć też z tym, z czym trzeba się pożegnać (własne ubrania dzieci oddawały we wszystkich sanatoriach, charakterystyczne jednolite odzienie wydawano tylko w „Pstrowskim”, by dzieci, jak pisała prasa, „godnie reprezentowały osiągnięcia Polski Ludowej na odcinku społecznej socjalistycznej służby zdrowia”). 

Roman ze Śląska, który w latach 1967-75 był kilkukrotnie w „Pstrowskim”, w czasie wspominania pierwszych chwil w uzdrowisku spazmatycznie się rozpłacze. A gdy opanuje emocje, podzieli się wspomnieniem wkroczenia – wraz z przyjazdem do Rabki-Zdroju – w zupełnie inny niż znany mu świat: 

– Miałem gen małego śląskiego twardziela – zdarte kolana i łokcie przechodziły bez płaczu. Ale tu było inaczej: wysiadam z autokaru i nic nie jest jak zawsze. Masz kilka lat, a nikt cię nie odprowadza, nikt do ciebie nic nie mówi, nikt cię nie przytula. Ta atmosfera całkowitego opuszczenia obowiązywała przez cały pobyt.

Krzysztof, cytowany na początku czterdziestokilkulatek z Bielska, który był w „Pstrowskim” po raz pierwszy pod koniec lat 80., a na skutek przeżyć z Rabki nie odzywał się latami w szkole, zapamięta to opuszczenie w skrajnej postaci. 

– Miałem trzy latka, nikt mi nie powiedział, po co tam jestem. Ja po prostu byłem przekonany, że to jakiś dom dziecka, i że zostałem porzucony. Zwłaszcza że ordynatorka poradziła mamie i tacie, by w czasie odwiedzin mi się nie pokazywali, „bo tak będzie lepiej” – wspomina pan Krzysztof. 

Pamięć ciała: „coś bardzo niedobrego”

Czy dorośli, którzy często nawet na samą nazwę „Rabka-Zdrój” reagują nerwowo, mogą pamiętać wiernie przeżycia sprzed 20, 30, 40 lat? Niektóre osoby broniące „dobrego imienia Rabki” stawiają im zarzut koloryzowania, czy wręcz konfabulacji. 

Jak mówi psycholożka Sabina Sadecka, specjalizująca się w terapii traumy, u dziecka pamięć deklaratywna zaczyna pojawiać się dopiero około 2.-3. roku życia, gdy zaczyna dojrzewać nasz hipokamp. 

– Oprócz niej istnieje jednak pamięć somatyczna, której zapisy tworzą się już w życiu płodowym – mówi Sadecka. – W praktyce terapeutycznej spotkałam osoby, które w bardzo młodym wieku były w sanatoriach i szpitalach. Ich ciało i psychika sygnalizowały im, że wydarzyło się tam coś bardzo niedobrego, choć konkretnych zdarzeń nie pamiętały. To kolejny wymiar cierpienia.

Psychoterapeutka zaznacza też, że mamy tendencję do mocniejszego kodowania złych wspomnień, identyfikowanych jako zagrażające. 

– Inną cechą jest modyfikacja wspomnień, gdy coś wyjmujemy z naszego „magazynu pamięci”. Stąd szczegóły mogą się nie zgadzać, ale strukturę zdarzenia zapamiętujemy dobrze. I czynnik środowiskowy: dorosły, który przypomina sobie coś strasznego i spotyka się z zaprzeczeniem, zaczyna modyfikować wspomnienia, podawać je w wątpliwość: „Czy aby na pewno było tak źle?”. 

Sypialnia: szabrowanie i „samoloty”

To pierwsze pomieszczenie, z jakim musieli się oswajać. Sypialń w „Pstrowskim” było 36, po tuzin na piętrze, z ośmioma łóżkami w każdej. Ta część sanatorium tworzyła swoisty panoptykon – sypialnie były przedzielone szklanymi ścianami, by pielęgniarki i wychowawczynie mogły z dyżurek kontrolować dzieci. Każde z nich dysponowało łóżkiem, metalową szafką, a także 4 metrami tzw. powierzchni użytkowej.

Katarzyna z Bielska (siostra Krzysztofa) zapamięta przeszklone ścianki jako jedyny pozytywny obraz: 

– Na szkle były bajkowe postacie, np. smerfy i chyba pszczółka Maja. To cieszyło oczy i serce. 

Michał Bagiński z kolei coś, co powtarza się w wielu wspomnieniach: że teoretycznie „własna” przestrzeń sypialń była najczęstszym terenem przemocy

– W nocy było szabrowanie szafek, np. mnie starsi chłopcy ukradli wspaniałą resorówkę. Zrobiłem wycieczkę po cudzych szafkach, znalazłem. Ale wtedy przyszli ci starsi, bym oddał resorówkę, bo jest ich. Przemocy fizycznej od wychowawców nie doświadczyłem, ale od dzieciaków już tak. To ktoś szarpnął, to popchnął, to postraszył – wspomina Bagiński. 

Ale po chwili dodaje przykład zachowania, które da się zaliczyć jako przemoc także ze strony wychowawców: 

– Chodzi mi o tzw. samoloty w łóżkach – opowiada. – Przychodziła salowa, mówiła, że łóżko niepościelone. I wszystko rozwalała. 

Sanatoryjny dryl sprawił, że u wielu byłych pacjentów pojawiają się skojarzenia z więzieniem, poprawczakiem lub nawet z obozem koncentracyjnym

Trauma medyczna: polskie tabu

Złe rabczańskie wspomnienia dają się podzielić na trzy kategorie. Pierwsze to przeżycia ogólnosystemowe: specyficzny dryl panujący w tego typu placówkach w całej Polsce, a nawet w całym „bloku wschodnim”, na który składały się rutynowe procedury, standaryzacja wyglądu i wyposażenia placówek, skoszarowanie, masowość. A także omnipotencja państwowej służby zdrowia, której musieli podporządkować się nawet rodzice.

Pod tym względem na Rabkę trzeba patrzeć na szerszym tle – liczba złych wspomnień jej dotyczących ma zapewne też związek ze szczególnym skumulowaniem sanatoriów dla dzieci akurat w tym uzdrowisku. 

Ale nie wszystko można zrzucić na system: zachowania pracowników czy kiepski stan budynków to już lokalna specyfika. O kłopotach z pozyskiwaniem wykwalifikowanej kadry można przeczytać w raportach kontrolnych kierowanych do władz uzdrowiska już z końcem lat 40. XX w. 

Sabina Sadecka nie ma wątpliwości, że w przypadku byłych pacjentów sanatoriów to określenie – trauma – jest uzasadnione. Nawet u tych, którzy nie doświadczyli bezpośredniej przemocy. 

– Podczas szkoleń, a także w gabinetach często pojawia się wątek traumy medycznej, związanej z zagrożeniem zdrowia, polegającej na przetrzymywaniu w placówkach leczniczych dłużej, niż psychika może to unieść, często wbrew woli pacjenta. Wiąże się z nią ważny czynnik obciążający – poczucie osamotnienia. Pacjenci po pobytach w sanatoriach reagują atakami paniki np. na widok igieł, ale też miewają urazy związane z konkretnymi zapachami, potrawami czy nawet specyficznym rodzajem oświetlenia, powszechnym w takich instytucjach. 

Zdaniem Sadeckiej, trauma medyczna wciąż stanowi tabu w polskim społeczeństwie, więc pacjenci zaczynają się do niej „przyznawać” dopiero, gdy temat pojawi się w jakimś kontekście (np. gdy sama wspomniała, że zajmuje się tematem, dostała dużo wiadomości od osób nią dotkniętych). 

– Wiąże się z nią nie tylko lęk czy złość, ale przede wszystkim silna emocja wstrętu, którą pacjenci kierują przeciwko sobie, zwłaszcza własnemu ciału. To dlatego, że trauma sanatoryjna mocno rujnuje granice, zewnętrzne i wewnętrzne. 

Umywalnia: „jakby spłukiwano maszyny”

Zlokalizowane na każdej kondygnacji, naprzeciw sypialni, z kranami na różnej wysokości, by dzieci mogły same je odkręcać, i natryskami wyposażonymi w automatyczne mieszadła gorącej i zimnej wody. Stanowiska były przedzielone ściankami, znad których na zdjęciach wystają już głowy i szyje starszych podopiecznych. 

To zdanie, tu akurat padające z ust pana Krzysztofa z Bielska, usłyszymy nieraz: 

– Zbiorowe kąpiele, jak w obozie. Wszystkie dzieci gołe, jedna pani myje gąbką, druga spłukuje wężem. 

– Będąc w Rabce, miałam osiem lat, więc zaczynałam się już wstydzić – wspomina pani Katarzyna. – A wszyscy naokoło byli nago, włącznie z nastolatkami! Była tam dziewczyna i chłopak z niepełnosprawnościami, oboje dojrzali płciowo. Czułyśmy się upokorzone i odarte z intymności. Myli nas taśmowo, jakby ktoś spłukiwał maszyny w fabryce. 

– Nie zapomnę, jak jedna z wychowawczyń publicznie ośmieszyła dziecko, które nie miało już czystej bielizny, mimo że jego własna zalegała w magazynie – wspomina Magdalena Grzywacz-Szymoniak, 42-latka, która jako dziecko była na początku lat 90. w innym niż „Pstrowski” rabczańskim sanatorium. – Podchodząc do koleżanki, powiedziała: „Fuj, ale masz brudne majtki! Pewnie pupę też!”. Chciała ośmieszyć tę dziewczynkę, na szczęście nikt się nie śmiał.

Wspólne kąpiele w obecności obcych dorosłych bez podziału na płeć, często w niezmienionej wodzie (najmłodsi bali się, że się utopią w zbyt głębokich wannach); konieczność załatwiania się przy otwartych drzwiach; pobieranie przez pielęgniarki wymazów z odbytu w obecności innych podopiecznych i zmiany bielizny raz na tydzień – takie praktyki pamięta też wielu innych byłych pacjentów. Trafiali do Rabki jako dzieci często już straumatyzowane samą chorobą, cierpiące, żyjące w poczuciu zagrożenia. 

Przemoc: „trzeba cię wychować”

To motyw częsty: nasi bohaterowie wpierw zastrzegają, że nie pamiętają przejawów agresji czy przemocy, by później przytoczyć sceny, które pod taką przemoc podpadają. Tak jakby pierwszej kwalifikacji owych scen dokonywali jako dzieci tamtej epoki – gdy przejawy pastwienia się uchodziły za „normalne”. 

Roman ze Śląska zapamiętał salową. 

– Mogła być po trzydziestce, i do dziś jest dla mnie wzorcem kogoś złego – opowiada. – Kazała podczas zbiórki występować przed szereg. Mówiła dziecku, że jest „posraną świnią”, że jest „niewiele wart”, „mama i tata się do ciebie nie przyznają”, a „oprócz wyleczenia trzeba cię jeszcze wychować”. Gdy stałem w tym dwuszeregu, byłem bliski posikania się. Sparaliżowany strachem. 

Magdalena Grzywacz-Szymoniak pamięta z Rabki opiekunkę, która w nocy nie pozwalała iść się wysikać. Podobne sceny, tyle że z jeszcze innego rabczańskiego sanatorium, zapamiętał Tomasz Zawadzki, 60-latek z Wieliczki, który wspomina, że zdarzyło mu się przez to nieraz zsikać do łóżka, co wywoływało śmiech innych dzieci. 

Zawadzki opowiada nam też o nocnych ucieczkach pod kołdrę starszego brata, czasami zakończonych brutalną komendą salowej: „Tam jest twoje łóżko!”. A także o tym, że w czasie poobiedniej ciszy nauczył się wyznaczać godzinę wedle pozycji słońca. 

– Dzięki temu wiedziałem, kiedy ta pierdolona cisza się skończy – opowiada. 

Zawadzki dorzuca jeszcze opowieść o sanitariuszu, „sadyście absolutnym”. 

– Obcinał paznokcie, kalecząc dzieci. A obcinał wszystkim. Na początku uważał, później ciął, jak popadło. Gdy były jego imieniny, dzieci śpiewały mu sto lat – wspomina Wieliczanin. 

Krzysztof zapamiętał jak przez mgłę scenę. – Ja płaczę, a jedna z pań ciągnie mnie po korytarzu za nogę, strasząc zastrzykiem – mówi, zastrzegając, że nie jest pewien, czy tej sceny nie „dopowiada” mu po latach wyobraźnia. 

Chyba jednak nie, skoro takie samo zdarzenie opisuje jego siostra: – Urywek, jak kadr z filmu. Idę korytarzem, a pielęgniarka ciągnie mojego zapłakanego brata. Nie podeszłam, bałam się.

Z kolei Michał Bagiński opisuje przechwytywanie korespondencji do rodziców, a nawet ingerencję w ich treść: 

– Kartki pisałem co trzy, cztery dni. Przynosiłem do pielęgniarek pieniądze, one miały kupować znaczki i wysyłać. Tylko że z kilkunastu korespondencji dotarły dwie, z czego jedna zawierała… dopiski. Tam, gdzie skarżyłem się na warunki, ktoś dodał: „To nieprawda, wszystko jest w porządku”. 

Wśród wcześniejszych rozmówców i osób dzielących się wspomnieniami w sieci pojawiają się doświadczenia bezpośredniej przemocy – katalog ich narzędzi jest szeroki. 

Ośmieszanie chłopców przez wiązanie im kokardek we włosach („do dziś mam flashbacki; wtedy 5 lat, rok 84” – pisze użytkownik z forum e-dziecko). Wyzywanie i bicie, czym popadnie, w tym kluczami, przez pielęgniarki. Szantażowanie. Przesadna kontrola lub przeciwnie – brak nadzoru i reagowania na przemoc rówieśniczą. 

Celowa niedelikatność w czasie zabiegów medycznych. Upokarzanie „niegrzecznych” – np. poprzez stanie pod ścianą ze ściągniętymi spodniami na oczach reszty grupy. Klęczenie albo stanie za karę nawet przez pół nocy na bosaka w ciemnym, zimnym korytarzu. Polewanie zimną wodą ze szlaucha lub zamykanie w piwnicach, gdzie biegały szczury. 

We wspomnieniach przewijają się też kontrastujące z tymi zachowaniami przymusowe praktyki religijne, jak zbiorowe modlitwy czy celebrowanie wizyt przedstawicieli władz kościelnych, choć sanatoria były świeckie. Oraz podwójne standardy: wysokie na pokaz dla mediów i zgrzebne – z dala od dziennikarzy i aparatów. 

Do wielu osób tamte przeżycia wracają wciąż w postaci nocnych koszmarów. Pobyt w rabczańskich sanatoriach łączy pod tym względem kilka pokoleń Polaków. 


W drugiej części opowieści, którą opublikujemy za kilka dni, m.in.: o brutalnej przemocy w jadalniach i izolatkach; o psychologicznych konsekwencjach pobytów w rabczańskich sanatoriach; o tym, co mają dziś do powiedzenia przełożeni wychowawców i przedstawiciele rabczańskich instytucji; o tym, jak mogą sobie pomóc cierpiący na medyczną traumę. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł