Najpierw są zwiastuny: obniżenie się brzucha, skurcze przepowiadające, odejście czopa śluzowego. Sama akcja zaczyna się od regularnych, coraz częstszych skurczy macicy i odejścia wód płodowych. O tym, czy i kiedy jedziesz do szpitala, decydujesz na podstawie tego, gdzie jesteś i co wiesz – o sobie, o porodzie i o systemie.
Co dzieje się dalej?
Poród idealny tylko dla wybranych
U Angeliki Trochonowicz, znanej w sieci jako Andziaks, było tak: ucieszyła się, że to już. Obudziła męża. Zadzwonili po mamę, by zajęła się córką. Jadąc na porodówkę obdzwonili rodzinę, ale Angelice było już ciężko rozmawiać. Szpital, rejestracja, winda. Najpierw pół godziny monitorowania czynności serca dziecka i skurczy macicy. Potem przejazd na salę porodową.
Angelika została z położną. Pożartowały. Sala pachniała olejkiem eterycznym z szałwią. Założono jej wenflon. Lekarka poinstruowała pacjentkę, co i po co się dzieje. Ciągle się śmiały. Angelika przyznała, że boi się tylko pęknięcia krocza, bo po poprzednim porodzie nie mogła oddawać moczu. Lekarka zamieniła się z lekarzem, atmosfera pozostała wesoła.
Przestrzenna, jednoosobowa sala porodowa. Specjalistyczne łóżko, na którym kobieta leży na lewym boku, z lekko podkulonymi kolanami. Słyszy: „przepięknie”, „genialna jesteś!”, „jak ładnie!”. Dotyka główki malucha, zanim ten w całości wychodzi na świat. Po minie widać, jak dziwne to uczucie. Siłami natury rodzi zdrowego syna.
„Było jeszcze fajniej niż ostatnio!” – podsumowuje. Po chwili widzimy, jak je zestaw sushi, którego unikała przez ostatnie miesiące (w ciąży nie powinno się jeść surowej ryby).
Film z drugiego porodu popularnej lifestylowej youtuberki obejrzano ponad dwa miliony razy.
„Może i większość ludzi hejtuje Andzie, ale ja jako kobieta która nigdy nie rodziła, jestem mega wdzięczna za takie filmy” – pisze jedna z użytkowniczek, a tysiące osób przytakują łapką w górę. „Andzia robi lepszą reklamę powiększania rodziny niż jakieś 800+” – przekonuje ktoś inny. Ale jest też krytyka: „To jest reklama prywatnego szpitala i porodu za 27k pln. Ty będziesz rodzić na sorze bo porodówki zamykają” [pisownia oryginalna].
Bo poród może też wyglądać zupełnie inaczej. Szczególnie poza prywatną kliniką na Wilanowie.
Żeby poród był naturalny i bez powikłań
– Obejrzałam poród Andziaks tylko w części, bo tak zaczęłam ryczeć. Marzyłam o tym: naturalnie, bez indukcji, bez cesarskiego cięcia – mówi Magda. Rodziła w państwowym szpitalu, w małej miejscowości na południu Polski. Jej poród był indukowany, a indukcja to dla wielu kobiet ciążowy red flag. Na forum dla ciężarnych albo z reelsa influencerki dowiadują się, że medyczne wywołanie porodu jest nienaturalne, a zatem złe, albo, co gorsza, pozbawia szans na poród bez operacji.
– To tak nie działa – tłumaczy Magdalena Zaremba-Malec, ginekolożka w trakcie specjalizacji z Kliniki Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Preindukując, wywołujemy dojrzewanie szyjki macicy, indukując – wywołujemy skurcze macicy. Obie te rzeczy powinny zadziać się naturalnie, ale nie zawsze tak jest. A celem indukcji, obok minimalizowania ryzyka, jest maksymalizowanie szansy na poród drogami natury.

To, że statystycznie ok. 75 proc. prawidłowo wykonanych indukcji kończy się właśnie takim porodem, potwierdziło w 2018 r. badanie opublikowane w „New England Journal of Medicine”.
– Kluczem jest jednak to „prawidłowe” wykonanie – zastrzega położna Karolina Skuła. – O indukcji często decyduje się ze względu na wygodę. Tymczasem sam brak wskazań medycznych to już nieprawidłowość, a technicznie prawidłowe wykonanie indukcji to sztuka.
U Magdy indukcja nie przyniosła żadnych efektów, urodziła cesarskim cięciem. U Moniki (rodziła w jednym z największych polskich miast) zakończyła się porodem siłami natury, choć z komplikacjami. Anna (Dolny Śląsk) po indukcji rodziła tradycyjnie, ale kiedy dziecku spadło tętno, konieczne było cesarskie cięcie. Ich historie poznamy później. U Anity (Pomorze) indukowano trzecią ciążę.
Ten poród siłami natury wspomina jako najlepszy i najbardziej świadomy ze wszystkich. Jej wcześniejsze doświadczenia wymarzone nie były.
To od lekarza zależy, czy poród nie będzie traumą
– Tak to jest, jak się za bardzo chce. Zrobi sobie pani następne – westchnął ginekolog, stwierdzając poronienie. Anita miała 21 lat i nadzieję, że jest w 7. tygodniu ciąży. Po tym zdaniu nie wiedzieli z mężem, jak się zachować. – Nie mogłam przestać płakać, chciałam tylko wrócić do domu – mówi.
Kiedy siedem lat i pięć ciąż później konsultowała kolejne życie, lekarka kręciła głową i przewracała oczami. – „Szósta?!” – prawie krzyknęła na wieść, że 28-latka nie jest w pierwszej ciąży. Tym razem, jako mama trójki dzieci, wybrała wizytę w Trójmieście, 70 kilometrów od domu. Mimo że ginekolożka znalazła na jajniku torbiel, to zachowanie lekarki zostało z Anitą najdłużej.
Właśnie zbliża się jej poród i obawia się komentarzy: „kto w tych czasach ma tyle dzieci”, „patologia”, „wszystko dla 800+”. – Nasze dzieci są kochane, oboje pracujemy, chodzą do prywatnych placówek, które sami opłacamy, a nikt z rodziny nie pomaga nam ani fizycznie, ani finansowo – tłumaczy Anita, jakby czuła, że bez tego nie będzie traktowana poważnie.
– Lęk, także ten przed oceną, i zwiększona reaktywność emocjonalna jest w ciąży naturalna. W psychologii okołoporodowej mówimy o naturalnym regresie, dzięki któremu matce łatwiej będzie dostroić się do dziecka – mówi Katarzyna Damps, doula, wspierająca kobiety przed, w trakcie i po porodzie. – Ale ta delikatność nie wyklucza sprawczości i siły. Jak do ciała podchodzimy, czy ciężko nam w nim coś zaakceptować: wszystko to staje się podczas porodu wrażliwą strefą – dodaje.
Dlaczego szpitale nie wierzą, że poród boli
Anna wybierała szpital pod kątem dostępności znieczulenia. Czytała, pytała. Mieszka w średniej miejscowości na Dolnym Śląsku. Można tu rodzić, ale znieczulenie jest dostępne od ósmej do czternastej, od poniedziałku do piątku. A co, jeśli poród rozpocznie się w sobotę? Wybrała dojazdy. Godzina drogi, nie tak źle. Ale akcji porodowej nie doczekała się w domu.
Podczas wizyty kontrolnej w 38. tygodniu miała wysokie ciśnienie, więc skierowano ją do szpitala. Tyle że od walizki porodowej dzieliło ją 50 kilometrów, a lekarz nie mógł obiecać, że poród poczeka. Po walizkę wrócił mąż.
Na oddziale ciśnienie skoczyło Annie jeszcze bardziej. Zgodziła się na indukcję. Dostała cewnik, leki. Czekała. U sąsiadki z sali nasilały się skurcze. Kiedy nie była w stanie odpowiedzieć, „czy zawołać położną?”, Anna po prostu po nią poszła. „A co to panią tak bardzo boli, że pani musi koleżankę wysyłać?” – usłyszała rodząca. A Anna poczuła, że powinna uważać z tym zgłaszaniem bólu.
W województwie podkarpackim znieczulenie przez całą dobę możliwe jest tylko w jednym szpitalu. Brakuje anestezjologów, a właściwie pieniędzy na ich etaty. Ale w rejonie największym problemem nie są teraz znieczulenia. – O „słynnym” Lesku mówi się już ironicznie nawet w mediach. Najpierw została zamknięta porodówka w Sanoku, później w Ustrzykach, Lesko dopiero teraz – wymienia Karolina Skuła.
Mówimy tu o trzech południowych powiatach województwa. Łącznie na ich terenie – o powierzchni sześć razy większej niż powierzchnia Warszawy – mieszka 135 tys. osób. Potencjalna pacjentka z bieszczadzkiej Zatwarnicy ma do najbliższego oddziału porodowego (w Brzozowie) 102 kilometry.
Tylko w styczniu z prowadzenia oddziału ginekologiczno-położniczego zrezygnowało 18 szpitali w całym kraju. W zeszłym roku – 26. Powód? Spadek urodzeń i rosnące szpitalne długi. Oszczędności kosztem bezpieczeństwa Polek pogłębiają przepaść między dużymi ośrodkami miejskimi a Polską powiatową.
Ministerstwo tłumaczy, że zbyt mała liczba porodów (poniżej 400 rocznie na szpital) prowadzi do obniżenia standardów opieki i bezpieczeństwa rodzących. Jednocześnie, jeżeli w promieniu 25 kilometrów od zamykanego oddziału nie znajduje się kolejna porodówka, proponuje tworzenie izb porodowych. Ma w nich przez całą dobę dyżurować położna. Czy weźmie na siebie ryzyko komplikacji porodowych u matki i dziecka? I czy ministerstwo zadba o wzmacnianie jej kompetencji? Nie wiadomo. Na Podkarpaciu takiej jednostki wciąż brak.
Lekarze musza choć trochę słuchać pacjentki
Monika pamięta poród tak: szpital – świadomie wybrany i sprawdzony. Wysoko oceniany w rankingu „Rodzić po Ludzku”, z setkami zachwyconych pacjentek. Sama wykonuje zawód medyczny, ale tu jest prywatnie. Chce, jak Andziaks, zaufać zespołowi.
Po wszystkim znów boli, nie do wytrzymania. Lekarze nie uprzedzili jej, że zszywają. Do sali wchodzą kolejni medycy, patrzą, milczą. Monika pyta „ile jeszcze” i stara się przetrwać. Wie, że coś jest nie tak. Tylko co? Słyszy: „Nic, nic, wszystko dobrze”, „drugi stopień pęknięcia”. Tak zapisano w dokumentacji. Zszywanie trwało ponad 40 minut. W ciszy.
Rano odchodzą jej wody płodowe, ale nie ma skurczy, więc zostaje na oddziale. Czeka na salę porodową kilkanaście godzin. Kiedy w końcu tam trafia, dostaje oksytocynę i znieczulenie. Zgłasza, że znieczulono ją tylko po lewej stronie. „Niech pani nie wymyśla”, słyszy. A potem czuje ból, albo raczej – połowę bólu. Rodzi jeszcze szesnaście godzin.
Położna, jako jedyna, sugeruje potem konsultację u proktologa. On tłumaczy Monice: trzeci, czwarty stopień pęknięcia, złe zszycie, wymagana operacja. Prywatnie, bo według wypisu problemu nie ma.
Brak informacji to jedno. Pozostałe kwestie to: szycie bez znieczulenia i ochrona krocza podczas porodu.
– U nas w klinice na prawie dwa tysiące porodów rocznie jest kilka przypadków pęknięcia trzeciego stopnia – podkreśla ginekolożka Magdalena Zaremba-Malec. – Nawet podczas prawidłowo prowadzonego porodu może do takiego powikłania dojść. Pacjentka niekoniecznie ma na to wpływ. Może przygotowywać się do porodu, ale mamy różną podatność tkanek, inaczej też wygląda to przy pierwszym porodzie, inaczej przy kolejnych.
Obawom trudno się jednak dziwić. Śledztwo OKO.press z listopada 2025 r. ujawniło m.in. praktykę różnicowania statystyk dotyczących nacięć krocza przez niektóre szpitale i przekazywania innych liczb Fundacji Rodzić Po Ludzku, a innych – Narodowemu Funduszowi Zdrowia. Statystyki przesyłane fundacji, od lat działającej m.in. na rzecz zmniejszenia liczby nacięć krocza, były średnio o 30-40 proc. niższe.
Powikłań, jakich boją się kobiety, jest jednak więcej.
Żeby nie było komplikacji i żeby zareagowali na czas
Nie mamy ogólnopolskich statystyk dotyczących wszystkich komplikacji poporodowych. Musiałyby one jednak rozgraniczyć te dotyczące matki (fizyczne – od bólu krocza po krwotok, i psychiczne, np. depresję) od dotyczących dziecka (np. niedotlenienie). Bez nich kobiety mogą sobie tylko wyobrażać, co i w jakim stopniu im grozi.
Justyna wyobraża więc sobie, że lekarze mogą nie zareagować na czas. – Np. nie przerwą odpowiednio szybko porodu siłami natury i dziecko urodzi się chore – mówi.
Jest w 5. miesiącu pierwszej ciąży, długo leczyli z mężem niepłodność. Zdążyła uwierzyć, że z jej ciałem jest coś nie tak. W ciąży brała zastrzyki, wciąż bierze dodatkowe tabletki. Udało się, dziecko w jej brzuchu rozwija się prawidłowo. Ale Justyna liczy się z potencjalnymi komplikacjami.
Poczucie bezpieczeństwa daje jej szpital. Wybrała ten z najlepszymi opiniami w Warszawie. Tam pracuje jej lekarz prowadzący, tam chodzą z mężem do szkoły rodzenia. – Poznając podejście położnych, czuję się bezpieczniej, ale wiem, że ten szpital ma największe obłożenie w mieście. Co jeśli przyjadę i nie będzie miejsca? – zastanawia się.
Poród z partnerem to marzenie
– W ogóle to jest mi okropnie myśleć, że miałabym być bez narzeczonego po porodzie – mówi Martyna. O takim marzeniu wspomina prawie każda kobieta, z którą rozmawiam. W szpitalach państwowych pozostaje kwestia odwiedzin: partnerzy, babcie i ciocie przychodzą, żeby mama mogła się spokojnie umyć, zjeść i zdrzemnąć.
Niekiedy istnieje też możliwość wykupienia pokoju rodzinnego. W Wejherowie to koszt 550-650 zł, w zależności od tego, czy łazienka jest prywatna, czy na korytarzu. W Warszawie pokój może kosztować nawet 1500 zł za noc, w Nowym Sączu 1000 zł. Na Podkarpaciu takiej możliwości nie ma.
Pokój rodzinny to także marzenie Pauliny, która boi się po porodzie samotności i wstydu. Mieszka na Śląsku i za rok czy dwa chciałaby zajść w ciążę, ale dodatkowe kilka tysięcy złotych to dla niej kwota nieosiągalna. – Jednoosobowa sala, prywatność, obecność partnera w nocy byłaby dla mnie dużym wsparciem. Z nim nie byłabym bezbronna – mówi.
Na poczucie bezpieczeństwa wpływa też obecność opłaconej położnej czy douli. Ale i wtedy konieczna jest praca nad sobą. – Rodzimy tak, jak żyjemy – mówi Katarzyna Damps. – Jeżeli ktoś obiecuje: „Kup mój kurs, a w porodzie poczujesz się pewna siebie”, choć nie czułaś się pewna siebie przez poprzednie 30 lat, to zakup kursu niewiele zmieni.
Żeby wiedzieć, czego się chce, a nie tylko przetrwać
– A ja miałam idealny poród, choć nie poszedł zgodnie z planem – opowiada Sylwia. Przez całą ciążę przygotowywała się do porodu domowego, z położną. Zamiast znieczulenia szykowała łagodzące ból elektrostymulatory i okłady z ciepłej wody. Do tego ćwiczenia, książki, szkoła rodzenia, webinary. Na wszelki wypadek wzięła też udział w pikniku z warsztatami w szpitalu. Ulżyło jej, kiedy zobaczyła, że tamtejsze położne rozumieją jej decyzję.
Kiedy w 42. tygodniu ciąży KTG wyłapało spadek tętna dziecka, została jednak na oddziale i choć poród trwał 20 godzin, na każdym etapie czuła się słuchana: kiedy prosiła o zostawienie jej samej, kiedy wybierała pokój (zaproponowano jej jednoosobowy z łazienką na korytarzu lub dwuosobowy z prywatną łazienką), kiedy poprosiła o minimalną dawkę oksytocyny i kiedy zdecydowała się na znieczulenie.
Czy dobry poród w szpitalu publicznym poza Warszawą jest rzeczywiście możliwy? – Tak, ale pacjentka musi wiedzieć, czego chce – mówi Karolina Skuła. I przyznaje, że kiedy pyta ciężarne, na czym im zależy, często słyszy: „żeby było dobrze”. Jak to osiągnąć?
Pierwszy krok to edukacja przedporodowa u położnej rodzinnej, indywidualnie lub grupowo. Drugi: wybór miejsca. – Kiedy wiem, czego chcę, muszę sprawdzić, gdzie jest to dostępne. Który szpital w okolicy ma wysokie statystyki ochrony krocza, gdzie rodzi się w pozycji wertykalnej, z nieprzerwanym kontaktem skóra do skóry, z możliwością znieczulenia zewnątrzoponowego, w obecności partnera lub douli – wymienia położna.
Kluczowa jest także komunikacja. – Czasem pacjentki obawiają się: „Czy ktoś będzie się w ogóle pytał, czego chcę?” Albo: „Czy ten plan porodu ktoś w ogóle weźmie do ręki?”. Kobiety boją się mówić o swoich potrzebach, a „dobry poród” może przecież oznaczać różne rzeczy. Trzeba je wyrazić – podkreśla Karolina Skuła.
Ogromnym wsparciem jest znajomość samej siebie i psychoedukacja. – Do porodu zabieramy ze sobą całe nasze doświadczenia życiowe, pozytywne również – tłumaczy Katarzyna Damps. – Pierwszą warstwą ochronną jest wiedza, jak możemy zadbać o swoją psychikę, a jeżeli mamy taką potrzebę i możliwość, warto skorzystać z terapii.
Magdalena Zaremba-Malec przypomina jednak: – Nigdy nie mamy pewności, że nie będzie powikłań. Najważniejsze, żeby pacjentka czuła się bezpiecznie. Jednej osobie takie poczucie da wykupienie położnej, drugiej – najwyższy stopień referencyjności szpitala.
Polki mają zbyt dużo obaw
Marzenia porodowe Polek to także marzenia o wsparciu laktacyjnym, szybkim wyjściu ze szpitala, spokojnym połogu. Jednym porodowe relacje influencerek pomagają uwierzyć, że może być dobrze, inne stresują. Ale wydaje się to jedynie częścią systemowych problemów, z którymi Polki konfrontują się w wyjątkowo wrażliwym momencie życia.
Może dlatego Weronika oglądać vloga Andziaks nie chce.
– Mam dużo obaw – mówi. – To moja druga ciąża, pierwsza skończyła się nagłą cesarką. Teraz chciałabym spróbować naturalnie, ale nie chcę tworzyć sobie obrazu tego, „jak powinno być”. Każdy poród jest inny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















