Przede mną poród syna Angeliki Trochonowicz (znanej w internecie jako Andziaks) obejrzało na platformie YouTube 1 950 538 osób. To ciepły, pozbawiony krwi i golizny, za to opatrzony wizerunkiem osób najbliższych (w tym noworodka i pięcioletniej córki, co jest, rzecz jasna, problematyczne), film reklamujący usługi położnicze szpitala znanej firmy medycznej.
Bardziej tradycyjne media, plotkarskie i nie, zauważyły ten ruch, pisząc o burzy w komentarzach. Tych komentarzy są tysiące i jak refren powtarza się w nich zdanie: każda kobieta powinna rodzić w takich warunkach. I że gdyby kobiety mogły rodzić bez bólu, byłoby więcej dzieci. I że ten film powinien mieć tytuł „Rodzić po ludzku”.
Poród w luksusie kontra realia Polek
To nie liczba odsłon filmu powinna budzić nasze zdziwienie, skoro zwykły dzień influencerki Angeliki i jej męża Luki, czyli odwożenie dziecka do przedszkola i luksusowe wnętrza ich willi, potrafi zgromadzić 700-tysięczną publiczność. Nie wnikam, co ludzi przyciąga: czy chęć podglądactwa, czy potrzeba obcowania z luksusem, którą naszym babciom zapewniały tasiemcowe seriale telewizyjne, jak „Dynastia” czy „Moda na Sukces”.
Grunt, że na tym polega model biznesowy Andziaks i Luki: pokazywać życie, zarabiać na odsłonach, sprzedawanych produktach i współpracach reklamowych. Jako taką współpracę czytam także pokazanie prywatnej porodówki od najlepszej strony. Teraz internautki piszą, że ten film bardziej zachęca do założenia rodziny niż 800+.
Niestety większość rodzących Polek może pomarzyć o porodzie za 33 razy 800+.
I tu trzeba zadać pytanie: czy miły personel, schludny pojedynczy pokój i znieczulenie na żądanie serio powinny być dostępne tylko dla wybranych?
Skoro jest tak mało porodów, to czy intymność naprawdę jest tak nieosiągalna? Bo w zasadzie do tego sprowadza się luksus porodu Andziaks – w końcu sushi po wszystkim zamówili sobie już sami. Jej poród wyróżnia też własna (i podobno bardzo popularna) położna, co akurat można opłacić i w zwykłym szpitalu.
Dlaczego obejrzałam film z porodu Andziaks
Obejrzałam tę relację nie tylko dlatego, żebyście nie musieli tego robić, ale akurat wypadała pierwsza rocznica mojego porodu. Mam do niego swoje zastrzeżenia, ale trzeba przyznać, że oprócz prywatnej położnej, warunki w publicznym belgijskim szpitalu były podobne.
Szpital wybrałam dość obskurny, ale pokoje na wyremontowanej pięknie porodówce były indywidualne. I to, że wiedliśmy tam we trójkę swoje intymne, nowe rodzinne życie przez cztery doby było cudownym pakietem na start. Podobnie jak to, że anestezjolog przyszła zrobić znieczulenie, gdy o to poprosiłam.
Inna rzecz, że ruch w szpitalu był wtedy taki, że położna wprost powiedziała, że ma czas tylko patrzeć z monitora, więc zajrzy dopiero, jak zadzwonimy. Przebujaliśmy się tak przez cztery dyżurujące zmiany o różnych filozofiach rodzenia, aż szczęśliwie gorliwa nocna położna wsparta stażystką postanowiły dokończyć sprawę.
Jednak pod koniec skończyła się kojąca ból kroplówka, więc wiem, jak smakuje poród na znieczuleniu i bez. Gdybym mogła coś zmienić, to ostatnie oszczędności oddałabym za prywatną położną.
Jak się dziś rodzi w Polsce
Ostatecznie jednak, gdy ja sobie rodzę w Brukseli, a Andziaks w prywatnej klinice w Warszawie, inna Polka już zdążyła urodzić na SOR-ze w Leżajsku, gdzie niedawno zamknięto oddział położniczy. I wszyscy tam się cieszą, że był to fizjologiczny poród z położną i dyżurujący ortopeda nie musiał wykonywać cesarskiego cięcia.
Zatem wizja dostępności porodu jak ten, który miał prawie dwumilionową publiczność, raczej się Polkom oddala. Dyskutujemy o tym w obrębie ekonomii opieki zdrowotnej, optymalizacji, długów szpitali, nie widząc obywatelki rodzącej nowych obywateli. Chętnych do tego zadania nie ma wielu, więc może warto się skupić na stworzeniu im dobrych warunków.
Na razie, ze strachu przed bólem i poniżeniem, Polka umawia sobie planowaną cesarkę statystycznie dużo częściej niż medycznie potrzeba. Tak, kobiety w Polsce wybierają często poważną operację zamiast dostępnego w ich stanie zdrowia fizjologicznego porodu, bo w tym widzą jedyny sposób na kontrolę bólu i zachowanie poczucia godności.
A o bólu wiele mogą usłyszeć nie tylko od matek, które rodziły je na żywca często jeszcze w PRL-owskich szpitalach, ale od rodzących dziś koleżanek.
Czy godny poród to tylko bajka i mit?
A gdyby tę obywatelkę rodzącą nowych obywateli postawili w centrum systemu, a nie upychali w szpitalu gdzie się da, zwykle bez anestezjologa, bo szkoda na niego kasy, i choćby na SOR-ze?
Nie słyszałam politycznej wizji, która opowiedziałaby o tej szczęśliwej krainie.
W przestrzeni publicznej rozmawiamy częściej o patologii ciąży i śmierciach na porodówkach z powodu sepsy, a nie o godnych, pogodnych i udanych porodach. W to miejsce wchodzi Andziaks z Luką, żeby opowiedzieć nam bajkę o miłej rodzinie, która miała pogodny, godny i bezbolesny poród. Jakoś trzeba podtrzymać wiarę, że to w ogóle możliwe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















